Выбрать главу

— Wszędzie nowe pędy. Dalej, w nowe życie, wypijmy za lepsze czasy! — krzyknął Bai, powtarzając słowa Kuo. — Wypijmy za lepsze czasy!

Iwa westchnął i usiadł dokładnie tam, gdzie wcześniej siedział Kuo. Padał na nich deszcz, na długi czas zapadła ciężka cisza.

— Chodzi o to — odezwał się w końcu Iwa — że co z nami będzie, jeśli nie ma czegoś takiego jak następny żywot? To jest to, tylko o tym ostatnio myślę. Fan Chen powiedział, że dusza i ciało są dwoma aspektami tego samego. Mówi o ostrości i nożu, o duszy i o ciele. Bez noża nie ma ostrości.

— A bez ostrości nie ma noża.

— Zgadza się…

— Ostrość nie przemija i nigdy nie umiera.

— A z drugiej strony, spójrz tam, na te martwe ciała. Ci ludzie już nie powrócą w formie, którą niegdyś posiadali. Kiedy przychodzi po nas śmierć, już nigdy nie wracamy.

— Bai pomyślał o Hindusie, który tak nieruchomo leżał na ulicy. W końcu odezwał się.

— Wpadłeś w jakąś rozpacz, to oczywiste, że wracamy, dosłownie przed chwilą rozmawiałem z Kuo.

Iwa wbił w niego zdziwione spojrzenie.

— Nie powinieneś go zatrzymywać. Właśnie tę wiedzę posiadł Budda w tym miejscu. Nie próbuj zatrzymywać czasu. Nikt tego nie potrafi.

— Ostrość pozostaje, to prawda, ranił mnie jak zawsze!

— Musimy się starać akceptować zmianę. Zmianę, która w konsekwencji prowadzi do śmierci.

— A później poza śmierć — Bai wypowiedział te słowa z największą radością, na jaką było go stać, lecz w jego głosie i tak brzmiała samotność. Tęsknił za Kuo.

Iwa zastanawiał się nad słowami kolegi, a jego twarz wyglądała, jakby chciał powiedzieć, że cały czas ma nadzieję, że buddyści od Drzewa Bodhi powiedzą jeszcze coś pomocnego. Cóż jednak mogliby powiedzieć? Przecież już dawno temu Budda powiedział wszystko: cierpienie jest prawdziwe. Należy się z nim zmierzyć i nauczyć się z nim żyć. Nie ma od niego ucieczki.

Po dłuższej chwili Bai podniósł się z ziemi i poszedł sprawdzić, co robili oficerowie. Intonowali sutry, najwyraźniej w sanskrycie, jak pomyślał Bai, kiedy przyłączał się do nich, śpiewając po chińsku Lengyan jing. Wraz z upływem dnia zbierało się w tym miejscu coraz więcej buddystów ze wszystkich armii, były ich setki, czarne błoto zakryło się ludźmi, którzy odmawiali modlitwy we wszystkich językach buddyzmu, stojąc na spalonej i dymiącej ziemi, która, jak okiem sięgnąć, czerniła się i srebrzyła. Ostatecznie zamilkli. Pokój w sercach, współczucie i pokój. Ostrość pozostała w nich.

Księga IX

Nsara

1.

W słoneczne poranki parki przy brzegu jeziora wypełniały się spacerującymi rodzinami. Wczesną wiosną, zanim rośliny zdążyły zmienić swoją szatę z zielonych, zbitych pączków w ciężkie, pachnące i nasycone barwami pąki kwiatów, wygłodniałe łabędzie zbierały się przy promenadzie, walcząc o okruchy czerstwego chleba, rzucane im przez dzieci. Kiedy Budur była małą dziewczynką, karmienie łabędzi było jej ulubioną zabawą, a od patrzenia na ptaki, które kotłowały się i wyrywały sobie z dziobów chleb, zawsze skręcała się ze śmiechu. Teraz sama przyglądała się dzieciom, które bawił do rozpuku ten sam widok, podczas gdy ją przeszył żal za utraconym dzieciństwem i świadomość, że łabędzie, choć tak piękne i zabawne, były też zdesperowane i głodne. Chciałaby mieć odwagę dołączyć do dzieci i razem z nimi rzucać chleb tym biednym stworzeniom, lecz jeśli zrobiłaby to teraz, wyglądałaby dziwacznie, niczym pacjent ośrodka dla umysłowo niedorozwiniętych na wycieczce szkolnej, a poza tym w ich domu i tak nie było zbędnego chleba.

Promienie słońca odbijały się od powierzchni jeziora, a budynki stojące z tyłu nabrzeżnej promenady lśniły na żółto, brzoskwiniowo i morelowo, jak gdyby same emitowały światło zamknięte jakimś sposobem we wnętrzu kamieni, z których je wzniesiono. Budur ruszyła przez stare miasto z powrotem do domu, mijając po drodze szary granit i czarne drewno starożytnych budowli. Na początku Turi był miastem rzymskim, stacją postojową na głównym szlaku przez Alpy. Ojciec kiedyś poprowadził ich w góry, ku mało znanej przełęczy zwanej Dziurką od Klucza, gdzie wyraźnie widoczne były jeszcze odcinki starych rzymskich dróg, które jak grzbiet spłoszonego smoka pięły się zakosami w górę traw, a ich bruk ewidentnie tęsknił za stopami rzymskich legionistów i handlarzy. Teraz, po stuleciach umiarkowanej popularności, Turi znów był stacją postojową, lecz tym razem dla pociągów. Przede wszystkim jednak był największym miastem środkowej Firanii, stolicą Zjednoczonych Emiratów Alpejskich.

Centrum miasta tętniło życiem, panował gwar, a tramwaje skrzypiały na ostrych łukach skrzyżowań. Budur lubiła chodzić pieszo. Na Ahaba, swojego opiekuna, nie zwracała najmniejszej uwagi, choć osobiście bardzo go lubiła i nie miała do niego żadnych pretensji, jednak nie za bardzo podobała jej się jego praca, która polegała na towarzyszeniu jej w trakcie pieszych przechadzek. Z zasady starała się od niego stronić, a jego obecność uważała za afront dla swojego honoru. Z drugiej strony doskonale wiedziała, że Ahab od razu doniesie o wszystkim Ojcu. Kiedy opowiadał mu o jej braku poszanowania dla jego pozycji, tym samym kolejny mały protest z haremu docierał, choćby i okrężną drogą, do Ojca.

Szła przed Ahabem ulicą Wysoką, pomiędzy apartamentami, stojącymi na zboczu, skąd roztaczał się wspaniały widok na całe miasto. Ich dom otoczony był przepięknym murem, na którym widniał falisty wzór z przeplatających się szarych i zielonych ciosanych kamieni. Nad drewnianą bramą rozpinał się kamienny luk, w tym samym stylu co mur ozdobiony siecią rzeźbionych pnączy wisterii chińskiej. Odnosiło się wrażenie, że nawet gdyby wyciągnięto z łuku kamień centralny, jego reszta nadal stałaby niewzruszona. Ich odźwierny, Ahmet, siedział w swoim przytulnym drewnianym gabinecie tuż za główną bramą i witał bądź zapowiadał wszystkich pragnących wejść do środka, a tym, którzy dysponowali wolną chwilą, proponował filiżankę gorącej herbaty.

Ciotka Idelba znów rozmawiała przez telefon, który stał na wewnętrznym dziedzińcu, na stoliku pod okapem, skąd praktycznie każdy wszystko słyszał. W ten sposób ojciec dbał, aby domownicy powstrzymywali się od mówienia czegokolwiek niestosownego, lecz prawda była taka, że ciotka Idelba najczęściej rozmawiała przez telefon o mikroskopijnej naturze materii i o matematyce wnętrza atomów, więc i tak nikt nie rozumiał, o czym tak naprawdę mówiła. Mimo to Budur lubiła jej słuchać, przypominały się jej wtedy bajki, które ciocia Idelba opowiadała jej w dzieciństwie, albo jej rozmowy kulinarne z matką, prowadzone najczęściej w kuchni. Gotowanie było jej kolejną pasją. Wertowała przepisy i receptury, dobierała odpowiednie przyrządy i naczynia, a wszystko wokół niej stawało się tak samo tajemnicze i ciekawe jak jej rozmowy przez telefon, jakby chciała zgotować całkiem nowy świat. Czasami po skończonej rozmowie na jej twarzy malował się niepokój, wtedy też beznamiętnie dawała przytulić się Budur i oznajmiała, że właśnie się stało: że ilmi, naukowcy i uczeni, zgotowali nowy świat, a przynajmniej byli na dobrej do tego drodze. Innym razem odłożyła słuchawkę oblana różowym rumieńcem i odtańczyła po podwórku swojego małego menueta, wyśpiewując jakieś dziwaczne sylaby i ludowe przyśpiewki praczek, „Bóg to potęga, potęga to Bóg, oczyść Panie naszą odzież oczyść nasze dusze!”.

Tym razem jednak skończyła rozmawiać, nawet nie spojrzała na Budur, wlepiła tylko wzrok w wycinek nieba, widoczny z dziedzińca.

— Co się stało, Idelbo? Znów masz globus? Globus to taki kobiecy termin na określenie lekkiej depresji, pojawiającej się bez widocznej przyczyny.