Выбрать главу

— Nie ma się więc co dziwić, że tak trudno je rozczesać — powiedziała z zażenowaniem Budur, na co Idelba roześmiała się.

— Mimo to coś jest nie w porządku? — zapytała nieśmiało Budur. Idelba z początku nie odpowiedziała. Zamyśliła się. Przez dłuższą chwilę wszystko dookoła niej jakby przestało istnieć. Później wpatrywała się tylko w oczy Budur.

— Tylko wtedy coś jest nie w porządku, kiedy popełniamy błąd. Jak zawsze. W naturze wszystko jest w porządku.

Budur nie była tego taka pewna. To przecież natura stworzyła mężczyzn i kobiety, stworzyła ciało i krew, serce, menstruację i gorzkie uczucia… Czasami Budur miała wrażenie, że wszystko było nie w porządku, jak gdyby szczęście było okruchem suchego chleba, a jej serce wszystkimi, głodnymi łabędziami świata.

Taras na dachu był miejscem zakazanym dla kobiet. Tylko tam ktoś mógłby je obserwować z tarasów domów stojących wyżej na Wschodnim Wzgórzu Turi. Mężczyźni jednak prawie nigdy z niego nie korzystali, mimo iż był to idealny punkt widokowy, znajdujący się tuż ponad wierzchołkami parkowych drzew. Dalej, na południe od Jeziora Turi roztaczał się widok na Alpy. Kiedy mężczyzn nie było w domu, a Ahmet spał w swoim fotelu przy bramie głównej, ciotka Idelba i kuzynka Yasmina brały dwie drewniane żerdzie, których na co dzień używały do suszenia bielizny, wkładały je do garnca po oliwie z oliwek i obwiązywały sznurem w regularnych odstępach, aby następnie użyć ich jako drabiny i wspiąć się po niej na dach. Ciotka trzymała żerdzie u góry, a dziewczęta pilnowały garnca na dole i po chwili już wszystkie były na dachu, w całkowitej ciemności, pod niebem pełnym gwiazd, gdzie wiatr smagał ich twarze. Musiały mówić szeptem, żeby Ahmet ich nie słyszał i żeby przypadkiem same się nie zapomniały i nie zaczęły krzyczeć w niebo, ile sił w płucach. Alpy jawiły się w blasku pełni jak makieta wycięta z kartonu, stojąca w tle sceny teatru lalek. Były idealnie pionowe i wyglądały dokładnie tak, jak powinny wyglądać góry. Yasmina wzięła ze sobą świece i pudry, aby odmówić zaklęcia, mające zawrócić w głowach jej absztyfikantom, jak gdyby nie mieli już wystarczająco namieszane. Yasmina miała nienasycony apetyt na mężczyzn, a ich brak w haremie tylko go u niej zaostrzał. Dym z jej trawankorskiego kadzidła wzbijał się spiralną smugą w nocne powietrze. Drzewo sandałowe, drzewo nagi, piżmo i szafran. Kiedy te egzotycznie zapachy wypełniły głowę Budur, świat wydał się jej całkiem inny, rozleglejszy, pełny tajemniczych znaczeń, w którym rzeczy nasycały się swoimi znaczeniami niczym wodą, do granic wytrzymałości napięcia powierzchniowego. Wszystko stało się swoim własnym symbolem. Księżyc był teraz symbolem księżyca, niebo symbolem nieba, a góry symbolem gór. Wszystko zaś tonęło w ciemnoniebieskim oceanie tęsknoty, będącym esencją tęsknoty, bolesną i piękną, i większą niż cały świat.

Podczas kolejnej pełni Idelba nie poprowadziła kolejnej ekspedycji na dach. Tamtego miesiąca spędziła wiele godzin na rozmowach przez telefon i po każdej z nich była coraz bardziej przygnębiona. Nie opowiadała dziewczętom, o czym rozmawiała ani z kim, lecz z tonu jej głosu Budur wywnioskowała, że musiał to być jej siostrzeniec. Nie uzyskała jednak żadnego potwierdzenia swych domysłów.

Być może właśnie to sprawiło, że Budur stała się czujniejsza i wrażliwsza na wszelkie zmiany. Jednej nocy, w czasie pełni księżyca, prawie w ogóle nie spała. Budziła się co godzinę i wpatrywała się w długie cienie, tańczące na podłodze. Wyrywała się ze snów o niespokojnej gonitwie przez wąskie uliczki starego miasta, którędy uciekała przed czymś, czego do końca nie widziała. Tuż przed świtem obudził ja hałas docierający z tarasu. Wyjrzała przez okno i zobaczyła Idelbę, przenoszącą żerdzie do suszenia prania i gliniany garniec.

Budur wyślizgnęła się na korytarz, zeszła na dół i podeszła do okna w wykuszu, wychodzącego na frontowy dziedziniec. Idelba właśnie Kończyła wiązać drabinę, którą oparła o mur domostwa, tuż za rogiem domu, nieopodal głównej bramy zamykanej na noc przez Ahmeta, i wdrapała się na nią przy starym wiązie, który rósł po drugiej stronie, przy alejce odgradzającej ich domostwo od domu al-Dinów, pochodzących z Nashapuru.

Bez chwili wahania i bez jednej zbędnej myśli Budur pobiegła do pokoju i szybko się ubrała. Następnie zbiegła na dół, wyszła na dziedziniec, udała się za róg domu i wyjrzała ukradkiem, aby upewnić się, że Idelba przeszła na drugą stronę.

Ciotki nie było, Budur mogła ruszać bezprzeszkód.

Tym razem jednak zawahała się. Trudno byłoby opisać jej myśli w tym kluczowym momencie. Nie miała w głowie jednej, konkretnej. Teraz raczej ważyła całą swoją dotychczasową egzystencję: harem, humory matki, obojętność Ojca, prostą twarz Ahaba, który łaził za nią jak ogłupiały pies, płacz Yasminy i Turi, który balansował na dwóch wzgórzach, po obu stronach rzeki Limat oraz w jej głowie. Ponad tym wszystkim unosiła się ogromna i ciężka masa emocji, które kotłowały się i przelewały niczym chmury nad Alpami. To działo się w jej wnętrzu. Na zewnątrz miała wrażenie, że wpatrują się w nią setki oczu — może były to duchy towarzyszące jej w tym życiu, których nie musiała widzieć, żeby istniały, jak gwiazdy i księżyc. Zawsze tak jest w momencie zmiany, kiedy to wznosimy się ponad codzienność i odrzucamy ograniczające nas przyzwyczajenia, kiedy stajemy nadzy w obliczu własnej egzystencji, w obliczu sytuacji wyboru, niezgłębionej, mrocznej i wietrznej. W takich chwilach świat wydaje się ogromny, zbyt duży, aby dało się go ogarnąć, a jednocześnie widoczny dla wszystkich duchów — staje się centrum wszechświata.

Rzuciła się do przodu. Podbiegła do drabiny i wspięła się zwinnie do góry, dokładnie tak, jak robiła to piętro wyżej, kiedy wychodziły na dach. Gałęzie wiązu były na tyle grube i solidne, że dało się po nich zejść nieco niżej i zeskoczyć na ziemię z bezpiecznej wysokości. Twarde lądowanie ostatecznie ją obudziło, przekoziołkowała i stanęła na nogi, jakby było to w planie od samego początku.

Przebiegła na palcach przez ulicę i spojrzała w stronę przystanku tramwajowego. Serce waliło jej jak młotem i choć było chłodno, pociła się z gorąca. Teraz mogła wsiąść do tramwaju albo pójść pieszo wąskimi uliczkami, które czasami były tak strome, że na ich poboczach budowano schody. Była pewna, że Idelba pojechała na dworzec kolejowy, jeśli by jednak się myliła, mogła zawsze przerwać pościg.

Była tak wczesna pora, że nawet w czadorze żadna kobieta z dobrego domu nie wsiadłaby sama do tramwaju. W rzeczy samej, było za wcześnie, aby szanująca się kobieta chodziła również sama po ulicy. Budur wbiegła więc po schodach na szczyt pierwszej górki i zaczęła schodzić w dół wijącej się drogi przez podwórza, park, alejki, wzdłuż klombów róż, przez aleje wysadzone japońskimi klonami i ciągle w dół, tą samą, dobrze znaną drogą, prowadzącą do starego miasta i do mostu nad rzeką, za którą stał dworzec kolejowy. Wbiegła na most i zatrzymała się. Spojrzała w górę rzeki na plamę nieba prześwitującego między starymi, kamiennymi budynkami. Dalej błękitny łuk rozpinał się ponad różową linią ledwo widocznych alpejskich szczytów i tonął w odległych wodach jeziora.

Kiedy na stacji zobaczyła Idelbę czytającą rozkład jazdy, w jednej chwili straciła całą pewność siebie. Kucnęła za latarnią uliczną i odczekała chwilę, po czym zerwała się na nogi, obiegła dookoła budynek dworca, weszła do środka od drugiej strony i również stanęła przed tablicą z rozkładem jazdy. Najbliższy pociąg do Nsary odjeżdżał z toru szesnastego, na drugim końcu stacji, punktualnie o piątej. Pozostało niewiele czasu, Budur sprawdziła godzinę na zegarze wiszącym nad rzędami pociągów, pod szerokim dachem dworcowej hali. Pięć minut do odjazdu. Ruszyła zdecydowanym krokiem i wsiadła do ostatniego wagonu pociągu podstawionego do Nsary.