— Dość tego, wystarczy! Znów wyglądasz jak zmokły szczur. Natychmiast podali jej zydel, a jeden z mężczyzn uklęknął tyłem do niej, prezentując swoje szerokie plecy. Następnie wręczono jej grzebień i flakon z oliwą. Przystąpiła do pracy przy rozczesywaniu długich, spętlonych włosów mężczyzny. Kolorowa załoga statku głupców zasiadła dokoła i przyglądała się wszystkiemu z zadowoleniem.
Na północ od rzeki Ebro karawana przestała się rozrastać. Na starej drodze prowadzącej na północ spotykali coraz mniej miast, a te, które się zdarzały, były coraz mniejsze, zamieszkane przez maghrebskich osadników i Berberów, którzy przypłynęli tu z Algieru, a nawet z Tunezji. Uprawiali jęczmień i ogórki, a w żyznych dolinach o skalistych zboczach, odsuniętych nieco w głąb lądu od wybrzeża Morza Śródziemnego wypasali owce i kozy. Krainę tę zwano Katalonią, były tam wspaniałe ziemie, gęsto zalesione wzgórza. Królestwa taifa zostawili daleko za plecami na południu, a teraz wszyscy byli zadowoleni z miejsca, do którego dotarli, i nie czuli już potrzeby, aby podążać dalej za wydziedziczonym sułtanem i jego kolorową karawaną przez Pireneje, do dzikiej Firanii. Jak słusznie zauważył Ibn Ezra, karawana nie miała na tyle pożywienia, aby zapewnić byt wszystkim. Brakowało złota i pieniędzy, za które kupowali żywność od ludności w mijanych po drodze wioskach. Nadal trzymali się starej drogi. Wychodząc ze zwężającej się doliny, znaleźli się na szerokim, wyschniętym, skalnym plateau, prowadzącym ku zalesionym flankom wysokiego łańcucha gór, o skalach ciemniejszych niż Himalaje. Stara droga wiła się po najniższych partiach pochyłego plateau, wzdłuż żwirowego łożyska, w którym leniwie ciekła niewielka struga wody. Dalej plateau przechodziło w przełęcz, położoną niewiele wyżej nad korytem strumienia, wijącego się w górę, pomiędzy coraz wyższymi i coraz bardziej skalistymi górami. Teraz podczas nocnych postojów nie spotykali już nikogo, ułożeni na posłaniach lub pod gwiazdami usypiali, słuchając wiatru gwiżdżącego w koronach drzew, szumu strumienia i trzeszczenia skórzanych pasów końskich uprzęży. W końcu droga zaczęła kluczyć pomiędzy skałami, przechodząc w plaski szlak, prowadzący przez skalistą przełęcz, przez górskie łąki pośród szczytów, później stromo do góry, przez kolejną wąską przełęcz, otoczoną granitowymi urwiskami, a za nią nareszcie w dół. W porównaniu z Przełęczą Chajberską, droga wcale nie była trudna, pomyślał Bistami, mimo to wielu członków karawany drżało, zdradzając przerażenie.
Po drugiej stronie przełęczy skalne rumowiska co rusz zagradzały drogę, która bardzo często stawała się zwykły pieszym szlakiem, wijącym się we wszystkie strony po skalnych osuwiskach. Była to trudna przeprawa. Sułtanka często zsiadała z konia, szła pieszo i prowadziła swoje kobiety, nie zważając na niedyspozycje i narzekania. Zaiste, potrafiła mieć ostry język, kiedy coś ją zdenerwowało, ostry i pogardliwy. Każdego wieczora podczas postojów Ibn Ezra badał drogi oraz skalne osuwiska w miejscach, gdzie się kończyły. Sporządzał szkice odsłoniętych odcinków dróg, kopiował kształty ciosanych kamieni i kanałów odprowadzających wodę.
— To klasyczne rzymskie budownictwo — powiedział jednego wieczoru, kiedy siedzieli wokół ogniska, jedząc pieczonego barana. — Ich drogi łączyły ze sobą wszystkie krainy nad Morzem Śródziemnym. Możliwe, że to był ich główny szlak przez Pireneje. Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, gdyż jest za daleko wysunięty na zachód. Sądzę, że zaprowadzi nas do oceanu, a nie nad Morze Śródziemne. Ale z drugiej strony może jest łatwiejszy. Aż trudno uwierzyć, że nie była to główna droga, jest taka duża.
— Może wszystkie ich drogi były właśnie takie — odezwała się sułtanka. Możliwe. Używali wozów, jak ten, który ludzie niedawno znaleźli zarośnięty bluszczem, więc ich drogi musiały być szersze od naszych. Wielbłądy, jak wiadomo, w ogóle nie potrzebują dróg. A może to była główna droga? Może to właśnie nią podążał na słoniach Hannibal z kartagińską armią w czasie najazdów na Rzym? Widziałem te ruiny na północ od Tunezji. To musiało być wspaniałe miasto. Hannibal ostatecznie przegrał, a z nim przegrała Kartagina. Rzymianie zburzyli miasto, a ziemie uprawne zasypali solą, tak że Maghreb w końcu wysechł. To był koniec Kartaginy.
— A więc tą drogą mogły niegdyś chodzić słonie — powiedziała sułtanka. Sułtan spojrzał na dukt, potrząsając ze zdziwieniem głową. Oboje lubili dostrzegać tego typu szczegóły.
Kiedy zostawili za sobą góry, znaleźli się w znacznie zimniejszej krainie. Południowe słońce złociło oddalone i ledwo już widoczne szczyty Pirenejów. Kraina była plaska i szara, miejscami przy ziemi gromadziły się mgły. Na zachód od nich znajdował się zimny i szary ocean, z dzikimi, pieniącymi się falami.
Karawana doszła do rzeki, wpadającej w tym miejscu, ogromnego zachodniego basenu. Ujście rzeki otaczały ruiny starożytnego miasta, a na jego skraju stało kilka skromnych, świeżo postawionych budynków, zapewne rybackich osad, założonych po obu stronach nowego, drewnianego mostu.
— Spójrzcie, o ile mniej jesteśmy zaradni od Rzymian — powiedział Ibn Ezra i mimo to pośpieszył w stronę budowli.
Kiedy wrócił, oznajmił:
— Jak mniemam, są to ruiny miasta zwanego Bayonne. Na pozostało ściach wieży mostowej widnieje inskrypcja. Według map, na północy powinno znajdować się jeszcze większe miasto, Bordeaux, Granica Wody.
Sułtan potrząsnął głową.
— Zaszliśmy już wystarczająco daleko. To powinno wystarczyć. Jesteśmy za górami, lecz nadal w optymalnej odległości od AlAndalus. Dokładnie tak, jak chciałem.
Sułtanka Katima skinęła głową. Rozpoczęto długi proces osiedlania się.
8. Baraka
Na ogół budowali się w górę rzeki, na północ od ruin starego miasta, które rozbierano z kamienia i belek, aż w końcu pozostało w nim niewiele starożytnych budynków, oprócz kościoła, ogromnej budowli na kształt kamiennej stodoły, odartej z idoli i obrazów, której struktura, w porównaniu ze współczesnymi meczetami cywilizowanego świata, nie urzekała pięknem. Była to ordynarna, przysadzista bryła, lecz za to przestronna i usytuowana na lekkim wzniesieniu, tuż nad zakrętem rzeki. Po gorących dyskusjach toczących się wśród wszystkich członków karawany, zadecydowano wykorzystać budowlę i uczynić z niej meczet.
Przebudowa rozpoczęła się bezzwłocznie. Odpowiedzialność za projekt spoczęła na Bistamim, który spędził mnóstwo czasu z Ibn Ezrą, opisując mu wszystko, co pamiętał na temat grobowca Chisthiego i innych wspaniałych budowli imperium Akbara. Razem studiowali szkice Ibn Ezry i zastanawiali się, w jaki sposób stary kościół upodobnić do meczetu. W końcu wypracowali wspólny plan, który zakładał zdarcie i tak zniszczonego dachu ze starej konstrukcji i wykorzystanie ścian jako wewnętrznych przypór okrągłego, a raczej elipsoidalnego meczetu, który następnie planowano przykryć kopulą. Sułtanka życzyła sobie, aby dziedziniec modlitewny, liwan, otwierał się na przestronny plac miejski, co miało odzwierciedlać ich wizję islamu, otwartego na wszystkich ludzi. Bistami robił wszystko, co mógł, aby sprostać jej rozkazom, mimo iż wyglądało na to, że tutejszy klimat nie byt deszczowy, a zimą mógł padać śnieg. Nie było to jednak najważniejsze. Miejsce kultu miało otwierać się z wnętrza głównego meczetu, na plac, dalej na miasto i na cały świat.
Ibn Ezra z radością zaprojektował i sporządził rusztowania, kozły do noszenia kamieni, wózki, tężniki, przypory, cement i wiele innych przedmiotów. Według gwiazd i map, zorientowanych w kierunku Mekki, określił położenie wskazujących na nią symboli oraz orientację całej budowli. Już wkrótce reszta miasta zaczęła ściągać na północ, w kierunku meczetu, a z czasem, kiedy coraz więcej ludzi osiedliło się w pobliżu, wszystkie pozostałe ruiny rozebrano i zagospodarowano pod budowę nowych domów. Pojedyncze grupy Ormian i Romów zamieszkujące ruiny przed ich przybyciem albo przyłączały się do ich społeczności, albo przenosiły się dalej na północ.