Na chwilę wszystko zastygło w bezruchu.
W końcu jelenie wycofały się. Rzeczywistość znów się obudziła.
— Wszystkie czujące istoty — mruknął pod nosem I-Chin, który przez większość czasu intonował półgłosem mantry. Kheim nie lubił tracić czasu na czczą gadaninę, lecz teraz, kiedy posuwali się naprzód i przemierzali wzgórza, polując i spotykając co rusz bobry, przepiórki, zające, lisy, mewy, wrony, jelenie czy niedźwiedzicę z dwojgiem małych i czające się stworzenie z łysym ogonem, wyglądające jak skrzyżowanie lisa z wiewiórką i wiele, wiele innych jeszcze dziwniejszych stworzeń, słowem, cały świat zwierząt, żyjący pod milczącym niebem w idealnej harmonii z ziemią, kwitnącą z wnętrza samej siebie, której tylko niewielką część stanowili ludzie, zaczął czuć się nieswojo. Zrozumiał, że mówiąc dotychczas „rzeczywistość”, miał na myśli Chiny — to Chiny były dla niego rzeczywistością. Tajwan, Mindanao i inne wyspy były zaledwie ścinkami lądu, marnymi resztkami. Chiny natomiast wydawały mu się całym światem. Chiny znaczyło lud. Chiny, rozbudowane, uprawiane i rozparcelowane ha na ha — świat stworzony przez człowieka. Kheim nigdy sobie nie wyobrażał, że gdzieś tam daleko mógł istnieć świat w naturalnej postaci, świat całkiem inny od stworzonego ręką człowieka. Tutaj właśnie, na własne oczy widział naturalną krainę, pełną najrozmaitszej zwierzyny, a do tego o wiele większą niż Tajwan, większą nawet niż Chiny, większą niż cały świat, jaki dotychczas znał.
— Gdzie my wylądowaliśmy na tym bożym świecie? — zapytał I-China.
— Dotarliśmy do źródła strumienia kwitnącej brzoskwini.
— Nadeszła zima. Dni były nadal ciepłe, lecz noce stały się zimniejsze. Miwok ofiarowali członkom załogi okrycia ze skór wydry morskiej, pozszywane skórzaną nicią. Nic tak przyjemnego w dotyku nie mieli chyba jeszcze nigdy w życiu na sobie. Płaszcze były niemal tak wytworne jak szaty Nefrytowego Cesarza. W czasie sztormu padało i chmurzyło się, zazwyczaj jednak było jasno i słonecznie. Aż trudno uwierzyć, że kraina leżała na tej samej szerokości geograficznej, co Bejing. Jak twierdził I-Chin, o tej porze roku byłoby tam nieznośnie zimno i wietrznie, dlatego marynarze chwalili sobie tutejszy klimat. Kheim nie mógł uwierzyć, kiedy tubylcy mówili, że tak właśnie wygląda u nich każda zima. Dzień przesilenia zimowego był równie słoneczny i ciepły co pozostałe. Miwok zaprosili Kheima i I-China do świątyni, małej, okrągłej budowli na kształt karłowatej pagody z zapadniętą podłogą. Całość konstrukcji porastała darń, której ciężar opierał się częściowo na pniach bujnie rozgałęzionych drzew, tworzących swoiste rusztowanie całej budowli. Wnętrze przypominało jaskinię. Mrok rozświetlało ognisko i promienie słońca wpadające przez otwór kominowy w dachu, przebijające się przez dym. Mężczyźni mieli odświętne, pierzaste nakrycia głowy i gęste naszyjniki z muszli, łyskające ognistymi refleksami. Rozległy się bębny, tubylcy zaczęli tańczyć wokół ogniska, zmieniając się co jakiś czas. Dzień przeszedł w noc, a oni nie przestawali tańczyć. Otępiały Kheim pomyślał, że może już nigdy nie skończą. Starał się nie zasnąć, wyczuwał powagę chwili i nie chciał obrazić skupionych na rytuale gospodarzy, którzy wyglądali teraz jak zwierzęta, jakimi się żywili. Powracające na nieboskłon słońce obwieściło nadejście kolejnego dnia. Jednak opanowanie senności było wręcz niemożliwe. W końcu Kheim zebrał się w sobie, podniósł się na nogi i dołączył do młodszych tancerzy, którzy zrobili mu miejsce między sobą. Toczył się teraz z wolna za nimi na swoich pałąkowatych, koślawych i falujących jak ocean nogach. Tańczył i tańczył, aż w końcu poczuł, że brak mu sił, i opadł bezwładnie w kąt świątyni, aby obudzić się dopiero późnym rankiem. Niebo było już całkiem jasne, a słońce powoli wyłaniało się zza wzgórz, okalających zatokę od wschodu. Gromada niezamężnych, młodych kobiet poprowadziła wesołą grupę lekkonogich tancerzy i bębniarzy do loży parowej. Będąc całkowicie oszołomionym, Kheim zauważył, jak piękne były to kobiety — wyjątkowo silne, zdrowe i rześkie, tak jak i mężczyźni. Miały bose stopy i błyszczące oczy, byty życzliwe i nieskrępowane, serdecznie uśmiechały się do zmęczonych mężczyzn. W łaźni parowej pomogły im zdjąć cudaczne nakrycia głowy i odświętne stroje. Kheim usłyszał coś, co brzmiało jak sprośny komentarz pod jego adresem, lecz całkiem możliwe, że były to tylko jego imaginacje wynikające z pożądania. Rozpalone powietrze, lejący się pot i niezręczny nur do chłodnego strumienia w jednej chwili przywrócił mu trzeźwość myśli i świadomość rozpoczynającego się dnia. To wszystko wyostrzyło jego wrażliwość na ponętność kobiet. Nie pamiętał, aby kiedykolwiek doświadczył w Chinach tak silnych wrażeń, mimo iż tam, w tawernach i oberżach niejeden zwiędnięty kwiatuszek potrafił zwabić marynarza. Zaduma, pożądanie i chłód strumienia zmyły z niego wycieńczenie. Położył się na słonecznej plaży i zasnął.
Wrócił już na okręt flagowy, kiedy przyszedł do niego I-Chin i przez zaciśnięte usta powiedział:
— Jeden z nich wczoraj zmarł. Zabrali mnie do niego, abym mu się przyjrzał. To ospa.
— Niemożliwe! Jesteś pewny?
I-Chin powolnie skinął głową. Miał tak ponury wyraz twarzy, jakiego Kheim jeszcze nigdy u niego nie widział. Khein cofnął się o krok.
— Musimy pozostać na statkach.
— Powinniśmy odpłynąć — powiedział I-Chin. — Sadzę, że to my przywlekliśmy ze sobą chorobę.
— Ale jak? Nikt w czasie rejsu nie miał przecież ospy.
— To prawda, ale żaden z tubylców nie ma śladów po ospie. Sądzę, że to dla nich nowa choroba. Niektórzy z nas przechodzili ją w dzieciństwie, co zresztą widać po twarzach Li i Penga, a Peng sypiał z jedną z tutejszych kobiet. Jej dziecko zmarło na ospę, a teraz ona jest chora.
— Nie może być!
— Niestety. Trudno. Dobrze wiesz, co się dzieje z dzikimi plemionami, kiedy pojawia się nowa choroba. Widziałem to w Aozhou. Większość umiera. Ci, którzy przeżyją, będą uodpornieni, mogą jednak przenosić chorobę dalej, na tych, którzy nie mieli z nią wcześniej kontaktu. Nie wiem wszystkiego, ale jest niedobrze.
Usłyszeli Bagatelkę, jak piszczała radośnie na głównym pokładzie, grając z marynarzami. Kheim wskazał na sufit kajuty i zapytał:
— A co z nią?
— Myślę, że możemy zabrać ją ze sobą. Jeśli wróci, na pewno umrze.
— A jeśli zostanie, to może zarazić się od nas.
— To prawda, lecz wtedy będę mógł ją przeprowadzić przez chorobę. Kheim zmarszczył czoło i w końcu rzekł:
— Zapasy wody i pożywienia są uzupełnione, przekaż załodze, że bierzemy kurs na południe, niech wszyscy przygotują się na wiosenną przeprawę z powrotem do Chin.
Zanim odpłynęli, Kheim zabrał Bagatelkę do łodzi, popłynął z nią w stronę brzegu i zatrzymał się w bezpiecznej odległości od plaży. Ojciec Bagatelki zauważył ich od razu i mówiąc coś w swoim języku, ruszył w ich stronę pośpiesznym krokiem, brodząc po kolana w spokojnych wodach odpływu, jego głos był ochrypły. Kheim zauważył wrzody na jego skórze, zacisnął dłonie na rękojeściach wioseł i odepchnął łódź nieco dalej.
— Co on mówi? — zapytał.
— Mówi, że ludzie chorują, że umierają. Kheim przełknął ślinę.
— Powiedz mu, że to my przywlekliśmy chorobę ze sobą. Spojrzała na niego tak, jakby właśnie przestała go rozumieć.
— Powiedz mu, że to my, że przez przypadek przywlekliśmy chorobę. Możesz mu to powiedzieć? Powiedz mu to!