Выбрать главу

— Niezupełnie. Właściwie to niczego się nie uczysz. Kiedy mamy jednak pod ręką takiego matematyka jak Iwang, może uda nam się rozwiązać kilka prostszych zagadek lub chociaż stworzyć niewielką bazę, którą przekażemy następnym pokoleniom. To jest prawdziwe dzieło Boga, Bahramie. Bóg nie ofiarował nam świata, abyśmy w nim stali i przeżuwali pokarm jak wielbłądy. Sam Mahomet powiedział: „Zdobywaj wiedzę, nawet jeśli miałoby to cię zaprowadzić do Chin!”. Mając Iwanga, sprowadziliśmy Chiny do siebie. Dzięki temu wszystko jest jeszcze bardziej interesujące.

— No więc sam widzisz, że jesteś szczęśliwy, dokładnie tak jak mówiłem.

— Szczęśliwy i rozzłoszczony. Szczęśliwie gniewny. Wszystko naraz. To jest właśnie życie, chłopcze. Z czasem stajesz się coraz pełniejszy, aż w końcu cię rozsadza i Allah zabiera cię do siebie, aby później zesłać twoją duszę w kolejny żywot. W ten sposób wszystko z czasem staje się pełniejsze.

Przy rogatkach brzmiało pianie kogutów, a ze wschodniego nieba powoli znikały gwiazdy. Pomocnicy dotarli wcześniej do kompleksu i otworzyli bramy na oścież, lecz Khalid zatrzymał się na zewnątrz, między wysokimi hałdami węgla drzewnego i rozglądał się dokoła z wyraźną satysfakcją.

— Iwang dopiero teraz wraca — powiedział po cichu. Wielki Tybetańczyk kroczył w ich stronę niezdarnie niczym niedźwiedź, zmęczony, lecz z uśmiechem na twarzy.

— No i jak? — zapytał.

— Za szybkie, aby dało się je zmierzyć — przyznał Khalid. Iwang odchrząknął.

Khalid podał mu bukłak z winem, a ten pociągnął duży haust.

— Światło — powiedział. — Cóż możemy o nim powiedzieć?

Wschodnie niebo wypełniało się teraz tą tajemniczą substancją, a Iwang chwiał się na boki jak niedźwiedź tańczący w rytm muzyki. Bahram jeszcze nigdy nie widział go takim szczęśliwym. Obaj mężczyźni byli zadowoleni ze swojej nocnej pracy. Zespół Iwanga miał za sobą noc pełną niefortunnych przygód. Pili wino, gubili drogę, wpadali do rowów, śpiewali piosenki, mylili inne światła ze światłem latarni Khalida, a później, podczas właściwych prób, nie mieli pojęcia, jakie czasy notowano po drugiej stronie doliny na wzgórzu Afrasiab i niewiedza ta sprawiała, że czuli się bardzo dziwnie, aż w końcu mieli wrażenie, że zwariowali.

Wydarzenia te nie byty jednak głównym powodem dobrego humoru Tybetańczyka, to raczej jego własne myśli tak dobrze go nastrajały. Mruczał coś pod nosem w swoim języku i intonował z głębi siebie niskie dźwięki. Pomocnicy śpiewali w tym czasie pieśń powitalną, ku czci wschodzącego słońca. W końcu Iwang zwrócił się do Bahrama i Khalida: — Schodząc z grani byłem tak zmęczony, że niemal zasypiałem na stojąco, a myśl o twoim doświadczeniu przyniosła mi ze sobą wizję. Rozmyślając o świetle twojej latarni mrugającej w ciemnościach po drugiej stronie doliny, pomyślałem, że gdybym mógł zobaczyć jednocześnie wszystkie momenty wędrówki świata pośród gwiazd, każdy z nich, jako odrębny i swoisty byt, tylko odrobinę różniący się od pozostałych… i gdybym mógł przechodzić od jednego do drugiego, jak z pokoju do pokoju, wtedy byłbym w stanie sporządzić mapę wędrówki samego świata. Każdy mój krok w dół zbocza był niejako odrębnym światem, fragmentem nieskończoności, tworzonym przez rzeczywistość tego kroku. Szedłem więc od świata do świata, krok po kroku, nie widząc w mroku ziemi pod stopami, i pomyślałem, że gdyby istniała liczba, znamionująca każde miejsce mojego stąpnięcia, wtedy, poprowadziwszy linię łączącą wszystkie te punkty, ukazałby się obraz całej grani. Nasze ślepe stopy podążają instynktownie poprzez mrok, podobnie i my, nie potrafimy ogarnąć swoim niedoskonałym wzrokiem niezgłębionej rzeczywistości, moglibyśmy jednak uchwycić całość, wykonując regularne oznaczenia i pomiary. Wtedy dopiero moglibyśmy stwierdzić: to jest tym, a to tamtym. Zakładając oczywiście, że po drodze nie natknęlibyśmy się na ogromne głazy czy przepastne jaskinie, w ten sposób poznalibyśmy w końcu kształt całej grań. Każdy krok prowadził mnie ze świata w świat. — Spojrzał na Khalida. — Rozumiesz, o czym mówię?

— Chyba tak — odpowiedział Khalid. — Proponujesz sporządzić wykres ruchu.

— Tak, lecz również ruchu w ruchu, zmiany prędkości, rozumiesz, która zawsze występuje na tym świecie, tak jak opór i wsparcie.

— Opór powietrza — powiedział Khalid z lubością. — Żyjemy na dnie oceanu powietrza. Ma ono swoją masę, jak to wykazała waga rtęciowa, napiera na nas, w nim rozchodzą się docierające do nas promienie słońca.

— Które nas ogrzewają — dorzucił Bahram.

Słońce przebijało już spomiędzy odległych szczytów na wschodzie. Bahram odezwał się:

— Wszelka cześć i chwalą i podziękowanie dla Allaha za cudowne słońce, które jest na świecie znakiem jego nieskończonej miłości.

— A zatem — powiedział Khalid, ziewając — pora spać.

Demonstracja lotu

Ich najrozmaitsze prace i doświadczenia musiały w końcu zaowocować kolejną wizytą Nadira Divanbegi. Tym razem Bahram był na bazarze, gdzie z przerzuconym przez ramię worem kupował melony, pomarańcze, kurczaki i linę, kiedy nagle stanął przed nim Nadir ze swoją osobistą strażą. Bahram wiedział doskonale, że spotkanie to nie było przypadkowe.

— Dobrze, że cię widzę, Bahramie. Słyszałem, że ostatnio jesteście bardzo zajęci.

— Jak zawsze, efendi — odpowiedział Bahram, skłaniając się. Dwóch strażników w zbrojach, z długolufowymi muszkietami, wbijało w niego wzrok niczym polujące sokoły.

— I, jak mniemam, wasza wspaniała praca skupia się również wokół działań na rzecz chana Seida Abdula Aziza oraz ku chwale całej Samarkandy?

— Oczywiście, efendi.

— Opowiedz mi o nich zatem — powiedział Nadir. — Wymień je i powiedz, jak daleko posunęliście się w każdym z nich.

Bahram z niepokojem przełknął ślinę. Wiedział, że Nadir celowo przydybał go na targu, zakładając, że dowie się od niego więcej niż od Khalida czy Iwanga, tym bardziej w przestrzeni publicznej, gdzie Bahram będzie prawdopodobnie zbyt zdenerwowany i zaskoczony, aby udzielać wymijających odpowiedzi.

Zmarszczył więc brew, próbując robić dobrą minę do zlej gry, gdyż właściwie nie za bardzo miał się nad czym rozwodzić.

— Dużo pracują nad rzeczami, których nie rozumiem, efendi. Zdaje się, że większość czasu spędzają nad konstrukcją broni i projektowaniem fortyfikacji.

Nadir pokiwał głową, a Bahram wskazał dłonią na znajdujące się obok nich stragany z melonami.

— Mogę?

— Oczywiście — odparł Nadir i poszedł za nim. Bahram podszedł do stoiska z miodem i kantalupami i zaczął wykładać owoce na wagę. Z pewnością wytarguje za nie dobrą cenę, mając Nadira i jego straż za swoimi plecami.

— Jeśli chodzi o broń — improwizował Bahram, wskazując ponuremu sprzedawcy czerwone melony — to pracujemy nad wzmocnieniem metalu, z którego odlane będą lufy armat, aby były lżejsze i bardziej wytrzymałe. Poza tym stale eksperymentujemy z lotem kul armatnich w różnych warunkach, przy użyciu różnych rodzajów prochu i dział, to znaczy… wszystko spisujemy i badamy wyniki, aby móc precyzyjnie określić, gdzie wyląduje dany rodzaj pocisku.

— To może być bardzo przydatne. Udało już się wam coś ustalić?

— Prace nadal trwają, efendi.

— A co z fortyfikacjami?

— Trzeba wzmocnić mury — odpowiedział prosto Bahram. Khalid na pewno będzie wściekły, kiedy dowie się o tych pośpiesznie złożonych obietnicach. Bahram nie widział innego wyjścia z sytuacji, musiał mówić ogólnikowo i mieć nadzieję, że Nadir nie będzie dopytywał się o szczegóły.