Выбрать главу

Bahram i Paxtakor rzucali balsowe kule, nadając im końcówkami palców ruch wirowy. Mimo że kilka kul i tak poleciało po luku, to wylądowały znacznie dalej, a ich prędkości były większe niż w przypadku kul niepodkręconych. Bahram trafił w tarczę łuczniczą pięć razy pod rząd i był z tego wyraźnie zadowolony.

— Ruch wirowy kuli stabilizuje jej lot nawet w podmuchach wiatru — wyjaśnił Khalid. — Oczywiście wiatr nadal na nią napiera, tego nie da się uniknąć, lecz za to nie zmienia jej lotu tak gwałtownie. Ten sam efekt osiągamy, przymocowując do strzały łuczniczej pierzysko, które nadaje jej w locie ruch obrotowy.

— A więc proponujesz, abyśmy do kul armatnich przymocowali pióra? — chan zarechotał.

— Nie do końca, Wasza Wysokość, lecz efekt będzie ten sam. Kula po wystrzale będzie wpadać w ruch obrotowy. Aby to osiągnąć, wypróbowaliśmy dwie metody. Pierwsza sprowadza się do wykonania nacięć na powierzchni kuli, lecz powoduje to znaczne osłabienie zasięgu. Druga polega na wycięciu żłobienia wewnątrz lufy. Wystarczy jeden zwój długiej spirali, albo i mniej, na całą długość lufy. Dzięki temu kula będzie opuszczać lufę, obracając się wokół własnej osi.

Khalid ze swoimi ludźmi przyciągnął na miejsce mniejszą armatę, z której następnie wystrzelono, a lot kuli śledzili rozstawieni po bokach pomocnicy. Czerwoną chorągiewką oznaczyli miejsce jej lądowania. Było to dalej niż wylądowała kula wystrzelona z większej armaty, lecz różnica pozostawała niewielka.

— Powtarzam, że to rozwiązanie nie zwiększy w znaczący sposób zasięgu, lecz za to znacznie poprawi precyzję — wyjaśnił Khalid. — Kule odtąd zawsze będą leciały po linii prostej. Opracowujemy specjalne tabele, które umożliwią odpowiedni dobór ilości i rodzaju prochu do kul o różnym ciężarze, aby zawsze można było posłać je dokładnie tam, gdzie się planuje.

— Interesujące — powiedział Nadir.

Chan Seid Abdul Aziz przywołał do siebie Nadira.

— Wracamy do pałacu — rzekł i poprowadził swoją świtę w stronę koni.

— Lecz nie aż tak ciekawe — rzucił Nadir do Khalida. — Będziesz miał kolejną szansę.

Lepszy dar dla chana

— Podejrzewam, że lepiej będzie, jak zrobię dla chana nową zbroję z damasceńskiej stali — powiedział Khalid nieco później — coś ładnego, co mu się w końcu spodoba.

Iwang uśmiechnął się.

— A wiesz, jak ją otrzymać?

— Oczywiście. To wysokowęglowa stal. Żadna tajemnica. Zawartość tygla stanowi kęs porowatego żelaza, skutego w ogniu z żelazną płytką i drewnem, które uwalnia popiół do mieszanki. Do tego należy dodać trochę wody. Czasem tygiel wstawia się do pieca i kiedy składniki roztopią się, przelewane są do form, wszystko to w temperaturze uniemożliwiającej całkowite połączenie się wszystkich elementów. Otrzymaną stal wytrawia się następnie nieorganicznymi siarczanami, otrzymując różne wzory i odcienie, w zależności od użytego siarczanu, kęsa i temperatury. To ostrze — powiedział wyciągając i kładąc przed słuchaczami szeroki, zakrzywiony kindżał, z rękojeścią z kości słoniowej i o ostrzu pokrytym gęstym szrafowaniem, będącym efektem trawienia — jest dobrym przykładem trawienia zwanego drabiną Mahometa. Perska robota, podobno wywodzi się z kuźni wielkiego alchemika Jundi Shapura. Mówią, że jest w tym prawdziwa alchemia — zamilkł i wzruszył ramionami.

— I uważasz, że chan…

— Jeśli pobawimy się trochę składem kęsa, strukturą spieku, temperaturą i substancją trawiącą, wtedy na pewno otrzymamy jakieś nowe wzory. Bardzo mi się podobały te wiry, które otrzymałem, używając stali z dużą ilością drewna.

Zapadło milczenie. Od razu było widać, że Khalid nie był zadowolony. W końcu odezwał się Bahram:

— Mógłbyś to potraktować jako serię doświadczeń.

— Jak zawsze — odparł zirytowany Khalid — lecz w tym wypadku jestem skazany na robienie różnych rzeczy w całkowitej nieświadomości ich przyczyn. Zbyt dużo materiałów, substancji i zjawisk jednocześnie. Podejrzewam, że wszystko to dzieje się na niższym poziomie, którego nie potrafimy obserwować. Szczeliny powstające w efekcie końcowym przypominają rozerwane struktury krystaliczne. Zjawisko bardzo ciekawe, lecz nie sposób go przewidzieć ani stwierdzić, dlaczego zachodzi — a taki właśnie jest cel użytecznych doświadczeń — aby mówiły coś konkretnego, odpowiadały na pytania.

— Możemy zadawać pytania, na które odpowie nam hutnictwo — zasugerował Bahram.

Khalid skinął głową, nadal niepocieszony, spojrzał jednak w stronę Iwanga, aby przekonać się, co myśli na ten temat.

Iwang stwierdził, że teoretycznie to dobry pomysł, lecz w praktyce sam miał problemy ze znalezieniem odpowiednich pytań, na które odpowiadałby ten proces. Wiedzieli, jak gorący ma być piec, jakie rudy, drewno i wodę mają wprowadzić do tygla, jak długo całość mieszać i jakiej twardości stal się otrzyma. Na wszystkie pytania z zakresu technologii odpowiedziano już dawno temu w Damaszku, odkąd stosuje się tam damaskinaż. Bardziej fundamentalne pytania o przyczyny, na które można by jeszcze próbować szukać odpowiedzi, trudno było sformułować. Bahram tęgo się wysilał, lecz żaden pomysł nie przychodził mu do głowy, a przecież dobre pomysły zawsze były jego atutem, tak mu przynajmniej wszyscy powtarzali.

Podczas gdy Khalid zajęty był swoimi problemami, Iwang dał się całkowicie pochłonąć obliczeniom matematycznym. Posunął się nawet do tego, że odłożył dmuchanie szkła i złotnictwo, zostawiając te zajęcia swoim nowym terminatorom, młodym, wysokim i kościstym Tybetańczykom, którzy jakiś czas temu pojawili się u niego nie wiadomo skąd. Siedział teraz nad hinduskimi księgami i starymi zwojami z Tybetu, kreśląc kredą na tabliczkach symbole i uzupełniając własne notatki, które utrwalał na papierze: atramentowe diagramy, wzory hinduskich cyfr, tybetańskie, chińskie lub sanskryckie znaki i litery — prywatny alfabet jego prywatnego języka, tak się przynajmniej wydawało Bahramowi. Mało użyteczne przedsięwzięcie, niedające się łatwo podziwiać, jednak z tych wszystkich papierowych stronic emanowała wyczuwalna energia, może nawet magia lub po prostu szaleństwo. Wszystkie jego idee uporządkowane były w heksagonalne wzory ideogramów i liczb. Stojący na bazarze warsztat Iwanga zaczął się jawić Bahramowi jako ciemna jaskinia maga, obracającego w palcach rąbki rzeczywistości.

Iwang wkrótce sam wszystko wyjaśnił. Na słonecznym dziedzińcu, za murami kompleksu Khalida, usiadł razem z Khalidem, Zaharem i Tazim z Szir Dar i Bahramem, który ocieniał ich i spoglądał im przez ramiona, podczas gdy Iwang wykładał matematykę ruchu, mówiąc o czymś, co sam nazywał „prędkością prędkości”.

— Wszystko jest w ruchu — zaczął — to karma. Ziemia obraca się wokół Słońca, a ono podróżuje pośród innych gwiazd, które również nie stoją w miejscu. Dla potrzeb tego badania zakładamy rzeczywistość zastygłą w bezruchu. Być może właśnie w takiej nieruchomej próżni zawieszony jest wszechświat… nie ma to jednak teraz znaczenia. Do naszych celów wystarczą nam te oto matematyczne wymiary, które oznaczymy pionową i poziomą linią, w ten sposób, lub za pomocą długości, szerokości i głębokości, jeśli życzylibyśmy sobie rzeczywistości trójwymiarowej. Dla ułatwienia, zacznijmy od dwóch wymiarów. Ruch danego przedmiotu, dajmy na to kuli armatniej, może być mierzony względem tych dwóch osi: jak wysoko, jak nisko, jak bardzo w prawo czy w lewo — to tak, jakbyśmy nanosili ruch na mapę. Poza tym na poziomym wymiarze możemy zaznaczać upływ czasu, a na pionowym pojedynczy kierunek lotu. Powstaną wtedy krzywe, odzwierciedlające przemieszczanie się przedmiotu w powietrzu. Następnie styczne nakreślone do takiego łuku, wskażą nam prędkość samej prędkości. Mierzymy zatem wszystko, co się da, i zaznaczamy kolejne wyniki. To tak, jakbyśmy w dużym domu przechadzali się po pokojach, a każdy z nich miałby inną objętość, jak szklane kolby, w zależności od ich szerokości i wysokości. W naszym przypadku zmiennymi będą odległość i czas. Badamy cząstki ruchu, rozumiecie? Cały zbiór pojedynczych ruchów.