— W ten sposób dałoby się precyzyjnie opisać lot kuli armatniej — powiedział Khalid.
— Zgadza się, do tego o wiele prościej niż innych przedmiotów, ponieważ kula armatnia pokonuje drogę w jednej płaszczyźnie, po luku, zupełnie inaczej niż na przykład szybujący orzeł lub człowiek przy swoich codziennych zajęciach, aby opisać taki ruch potrzebowalibyśmy matematyki, która… — Iwang się zamyślił i gdzieś odpłynął, po chwili otrząsnął się — o czym to ja mówiłem?
— O kulach armatnich.
— Tak! Najprawdopodobniej da się wyliczyć tor ich lotu, zgadza się.
— To znaczy, znając prędkość kuli przy wylocie z lufy…
— …moglibyśmy z dużą dokładnością przewidzieć, gdzie wyląduje.
— Powinniśmy o tym porozmawiać z Nadirem. Khalid opracował zestaw tabel do obliczania ognia armatniego, zawierający precyzyjne wykresy torów lotu pocisków, a Iwang dołożył niewielką tybetańską książkę ze szczegółowymi obliczeniami. Przedmioty te złożyli w misternie rzeźbionej, stalowo-drewnianej szkatule, inkrustowanej srebrem, turkusem i lapisem lazuli. Dołączyli do niej przepiękny napierśnik z damasceńskiej stali i wszystko to zanieśli do gmachu Kha-naka w Bucharze, aby podarować chanowi. Wzór na stalowym prostokącie pośrodku napierśnika układał się w niemal ruchomy wir szarej i białej stali, pokrytej delikatnym deseniem, będącym efektem trawienia kwasem siarkowym i innymi substancjami żrącymi. Khalid nazwał to zdobienie „Wirem Zerawszanu”, gdyż rzeczywiście przypominał on wir rzeczny, utrzymujący się w niedużej odległości od fundamentów mostu Dagbit, przy wysokim stanie wody. Było to jedno z najwspanialszych dzieł sztuki kowalstwa, jakie Bahram kiedykolwiek oglądał. Wydawało mu się, że napierśnik i zdobiona szkatułka, kryjąca w sobie matematykę Iwanga, to niezwykle imponujące dary dla Seida Abdula Aziza.
Na audiencję u chana Bahram i Khalid ubrali się w odświętne stroje. Dołączył do nich Iwang w ciemnoczerwonej szacie i w stożkowej, skrzydlatej czapce tybetańskiego mnicha — byt przecież wysoko cenionym lamą. Darczyńcy prezentują się równie wspaniale, co i dary, myślał Bahram. Kiedyś, będąc w Registanie, pod szerokim sklepieniem łukowym krytej zlotem medresy Tillja Kari, czul się o wiele skromniej. Lecz kiedy tylko weszli do pałacu, od razu poczuł się dość pospolicie, a nawet nędznie, jakby wszyscy troje byli tylko dziećmi udającymi dworzan lub po prostu zwykłymi wieśniakami.
Chan był uszczęśliwiony napierśnikiem i wysoko ocenił umiejętności artystyczne Khalida, założył nawet zbroję na szaty i wcale nie chciał jej zdejmować. Długo też podziwiał szkatułkę, podając Nadirowi papiery ze środka.
Po kilku chwilach podziękowano im, a Nadir poprowadził ich do ogrodu w Tillja Kari. Przeglądnąwszy wykresy, stwierdził, że są bardzo interesujące i że z chęcią przyjrzy im się bliżej i wszystko przedyskutuje. Tymczasem doniesiono chanowi, że po wyżłobieniu spiral wewnątrz luf armatnich jedna z nich eksplodowała przy wystrzale, a pozostałe straciły zasięg. Nadir poprosił więc Khalida, aby odwiedził rusznikarzy i porozmawiał z nimi. Khalid skinął głową, lecz Bahram dobrze wiedział, co staruszek sobie pomyślał — znów zostanie odciągnięty od tego, co tak naprawdę chciał robić. Nadir tego nie dostrzegał, choć uważnie przyglądał się twarzy Khalida, wręcz przeciwnie, ciągnął pogodnie dalej, mówiąc, że chan docenia wielką mądrość i zdolności Khalida i że wszyscy ludzie chanatu i całego Dar al-Islam będą mu wiele zawdzięczać, jeśli, na co wszystko wskazywało, jego wysiłki przyczynią się do ostatecznego rozprawienia się z Chińczykami, którzy ponoć koncentrowali się za zachodnimi granicami imperium. Khalid skłonił się posłusznie.
W drodze powrotnej, biegnącej wzdłuż rzeki, Khalid był zdenerwowany.
— Cała wyprawa na nic.
— Tego jeszcze nie wiadomo — powiedział Iwang, a Bahram mu przytaknął.
— Wszystko wiadomo. Wiadomo, że chan to… — westchnął — a Na-dir traktuje nas jak służących.
— Wszyscy jesteśmy służącymi chana — przypomniał mu Iwang. To go uciszyło.
Zbliżając się do Samarkandy, minęli ruiny starego Afrasiab.
— Żeby znów kiedyś zapanowali tu królowie sogdiańscy. Khalid pokręcił głową.
— To nie są ruiny Sogdiany tylko Marakandu, który stał tu przed Afrasiabem. Aleksander Wielki nazwał je najpiękniejszym miastem, jakie kiedykolwiek zdobył.
— I spójrz, jak wygląda dzisiaj — powiedział Bahram — dookoła tylko zakurzone fundamenty i powalone ściany.
— Samarkanda też kiedyś będzie tak wyglądać — powiedział Iwang.
— Więc nie ma najmniejszego znaczenia, czy na każde kiwnięcie palcem Nadira stawimy się, czy nie — warknął Khalid.
— No cóż, to też się kiedyś skończy — odparł Iwang.
Klejnoty na niebie
Spełnianie próśb Nadira zajmowało Khalidowi coraz więcej czasu, a wraz z jego upływem staruszek tracił spokój. Pewnego dnia zjawił się u Nadira z propozycją budowy systemu odpływowego pod Bucharą i Samarkanda, aby odprowadzić wodę ze stojących jezior, otaczających oba miasta, a zwłaszcza Bucharę. Dzięki temu można było uniknąć zanieczyszczenia wody pitnej, zmniejszyć liczbę moskitów i zachorowań oraz zabezpieczyć się przed zarazą, o której opowiadali karawaniarze, że pustoszy niektóre części Sindhu. Khalid zalecał obejmować kwarantanną wszystkich przyjezdnych, który przynosili takie wieści, i opóźniać przyjazdy karawan z terenów dotkniętych zarazą. Wszystko to miałoby się odbywać w trosce o czystość i bezpieczeństwo miasta — oczyszczające opóźnienie, podobne do duchowego oczyszczenia w trakcie ramadanu.
Nadir oczywiście odrzucił wszystkie jego pomysły. Podziemny system rur, mimo iż szeroko rozpowszechniony w Persji już od czasów inwazji Mongołów, był w tym momencie zbyt drogim przedsięwzięciem. Khalida poproszono o pomoc w zakresie zbrojeń, a nie fizyki. Poza tym Nadir stwierdził, że na fizyce mało się zna.
Khalid powrócił więc do kompleksu i wszystkich swoich ludzi zapędził do pracy nad artylerią dla chana, nadal traktując każdy aspekt rusznikarstwa w kategoriach doświadczenia, lecz niestety wyłączając ze swego podejścia jakiekolwiek próby dociekania pierwotnych przyczyn, jak je sam nazywał. Może za wyjątkiem zjawisk związanych z ruchem. Pracował z Iwangiem nad wzmocnieniem stopów i używał jego matematyki w badaniach nad torem lotu kul armatnich, wypróbował też kilka sposobów na nadanie kulom stabilnej rotacji.
Wszystko to odbywało się w atmosferze zniechęcenia i złego humoru. Tylko popołudniami, po drzemce i posiłku, lub wieczorami, po paleniu nargilli z jednej ze stojących fajek wodnych, Khalid odzyskiwał spokój i zajmował się własnymi eksperymentami z bańkami mydlanymi i pryzmatami, pompami i wagą rtęciową. Jeśli potrafisz zmierzyć ciężar powietrza, powinieneś również być w stanie zmierzyć gorąco, temperatury o wiele wyższe niż możemy określić, nie parząc się przy tym dotkliwie.
Teraz Nadir wysyłał już swoich ludzi co miesiąc po najnowsze wieści z pracowni Khalida, a od czasu do czasu wpadał również osobiście i bez uprzedzenia, czym wywoływał istny popłoch w całym kompleksie, niczym powódź w mrowisku. Khalid był zawsze grzeczny i posłuszny, lecz później gorzko się żalił Bahramowi na te comiesięczne prośby o nowinki, zwłaszcza teraz, kiedy właściwie nic nowego nie mieli.