Выбрать главу

— Myślałem, że już uciekłem przed klątwą, kiedy Fedwa przeszła menopauzę — mruknął.

Na domiar złego, te niemiłe wizyty zaczęły niszczyć jego relacje z me-dresą, gdyż zakładano, że skarbnik faworyzował Khalida, który nie mógł przecież ryzykować, opowiadając, jak było naprawdę. Zaczęły się zimne spojrzenia, unikanie na bazarze i w meczecie, a nawet kilka przypadków rażącej służalczości. To go mocno irytowało, a czasem wpadał w istną furię:

— Trochę władzy i od razu widać, jacy ludzie są okropni.

Aby uchronić go przez ponownym popadnięciem w melancholię, Bah-ram buszował po karawanserajach w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby staruszka pocieszyć. Odwiedzał głównie Hindusów, lecz przede wszystkim Ormian, a czasem też Chińczyków i wracał z książkami, kompasami i zegarami, a raz nawet z astrolabium, które wykazywało, że sześć planet poruszało się po orbitach dających się wpisać w wielokąty. Z każdą kolejna planetą wielokąt upraszczał się o jeden bok i tak Merkury krążył wewnątrz dekagonu, Wenus nonagonu, na tyle dużego, że mieścił w sobie dekagon, Ziemia wewnątrz oktagonu, obejmującego nonagon i tak dalej aż do Saturna, który krążył wewnątrz wielkiego kwadratu. Przyrząd ten zafascynował Khalida i wywołał całonocne dyskusje z Iwangiem i Zaharem o rozmieszczeniu i zachowaniu się planet wokół Słońca.

Nowe zainteresowanie astronomią szybko zajęło miejsce innych zajęć Khalida, stając się jego pasją, zwłaszcza po tym, jak Iwang pokazał kolejny ciekawy przyrząd, wykonany w warsztacie. Była to długa, srebrna tuba, pusta w środku i zamknięta z obu stron soczewkami. Kiedy się przez nią patrzyło, rzeczy zdawały się być o wiele bliżej niż w rzeczywistości, a ich szczegóły były jeszcze bardziej wyraziste.

— Jak to działa? — chciał wiedzieć Khalid, spoglądając przez tubę. Na jego twarzy malowało się dziecinne zdziwienie, podobne do tego, jakie mają kukiełki sprzedawane na bazarze, niewinne i radosne. Bahram czul się wspaniale, mogąc go znów takim widzieć.

— Na tej samej zasadzie, co pryzmaty? — zasugerował niepewnie Iwang.

Khalid potrząsnął głową.

— Nie to, że widzę przedmioty powiększone i przybliżone, lecz to, że dostrzegam o wiele więcej szczegółów. Jak to się dzieje?

— Szczegóły są tam cały czas i docierają do nas wraz ze światłem — powiedział Iwang — lecz nasze oko zdolne jest do rozpoznania jedynie części z nich. Przyznaję, że też jestem zaskoczony. Wiadomo przecież, że wzrok człowieka słabnie z wiekiem, szczególnie jeśli chodzi o widzenie z bliska, sam jestem na to przykładem. Wykonałem więc dla siebie pierwszy zestaw soczewek, których chciałem użyć jako okularów, no wiesz, dwie soczewki w drucianej oprawie, noszone na nosie. Podczas ich montażu spojrzałem przypadkowo przez obie soczewki naraz, trzymając je w jednej linii — uśmiechał się, wykonując opisywany gest — szczerze mówiąc, nie mogłem usiedzieć na miejscu i musiałem jak najprędzej zapytać was, czy widzicie to samo co ja. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

Khalid znów spojrzał przez przyrząd.

Teraz więc zaczęli się wszystkiemu przyglądać. Obserwowali odlegle łańcuchy górskie, ptaki w locie, nadciągające karawany. Wkrótce zaprezentowano szkła Nadirowi, któremu ich militarne zastosowanie wydało się oczywiste. Przyjął jeden egzemplarz, zdobiony granatami, jako dar dla chana, i po niedługim czasie doszła ich wieść, że władca był zadowolony. To oczywiście w żaden sposób nie ograniczyło obecności chanatu w kompleksie, wręcz przeciwnie, przy każdej wizycie Nadir, niby mimochodem, powtarzał, że z niecierpliwością oczekuje się od Khalida kolejnych udoskonaleń, jako że Chińczycy zaczęli się burzyć i nigdy nie wiadomo, co może zdarzyć się dalej.

— To się nigdy nie skończy — powiedział Khalid, kiedy Nadir sobie poszedł — to jest jak pętla, która z każdym twoim ruchem coraz bardziej się zaciska.

— Karm go małymi porcjami swoich wynalazków — zasugerował Iwang. — Będzie miał wrażenie, że jest ich więcej.

Khalid posłuchał jego rady i dzięki temu znacznie zyskał na czasie. Teraz pracowali razem nad przeróżnymi rzeczami, które według nich mogły wspomóc oddziały chana na polu walki. Khalid oddawał się dociekaniom pierwotnych przyczyn już tylko nocami, kiedy testowali nową lunetę do obserwacji gwiazd, a później tego samego miesiąca, również Księżyca, którego powierzchnia okazała się skalista, górzysta i opustoszała, pokryta niezliczoną ilością kraterów, jakby przetrwała ostrzał artyleryjski armii jakiegoś arcycesarza. Tamtej pamiętnej nocy spojrzeli przez lunetę na Jowisza. Obserwując go, Khalid rzekł:

— Na Boga! Przecież to też jest świat. Opasany własnymi równoleżnikami — a spójrz tam! Te trzy jasne punkty jaśniejsze od gwiazd. Czy to mogą być księżyce Jowisza?

Prawdopodobnie tak było. Krążyły wokół Jowisza dość szybko, te bliżej jego powierzchni poruszały się jeszcze szybciej, niczym planety wokół Słońca. Wkrótce Khalid i Iwang zaobserwowali czwarty kulisty obiekt i rozrysowali dokładnie wszystkie cztery orbity, aby ułatwić kolejnym obserwatorom zrozumienie obrazu w lunecie. Następnie zebrali obserwacje w jeden wolumin i przekazali w darze dla chana — darze pozbawionym zastosowania wojennego, ale wiedzieli, że bardzo mu się spodoba. Odkrytym księżycom nadali bowiem imiona czterech najstarszych żon chana. Podobno powiedział wówczas:

— Klejnoty na niebie! Dla mnie!

Kto obcy, a kto swój

Oczywiście były w mieście grupy, które za nimi nie przepadały. Kiedy Bahram przechodził przez Registan, czuł na sobie pogardliwe spojrzenia ludzi, słyszał urywające się lub rozpoczynające rozmowy. Zrozumiał wówczas, że bez względu na to, jak neutralnie by się nie zachowywał, i tak będą go postrzegali jako członka koterii czy kliki. Był spokrewniony z Khalidem, który trzymał z Iwangiem i Zaharem, lecz wszyscy razem stanowili przedłużenie władzy Nadira Divanbegi. Byli jego sprzymierzeńcami, nawet jeśli zostali do tego zmuszeni i na silę wtłoczeni w taką rolę — jak miazga drzewna ściśnięta w prasie papierniczej — nawet jeśli go nienawidzili. Wielu ludzi w Samarkandzie nienawidziło Nadira nawet bardziej sam niż Kha-lid, niestety Khalid znajdował się pod jego protekcją, a więc automatycznie był wrogiem. Do najmniej mu życzliwych zaliczali się krewni uśmierconych, uwięzionych i wygnanych przeciwników chana lub wielcy przegrani dawnych pałacowych przepychanek. Chan miał również wielu innych doradców — dworzan, generałów, bliskich krewnych — każdy z nich zazdrościł drugiemu udziału w łaskach władcy i wszyscy zazdrościli Nadirowi jego ogromnych wpływów. Bahram słyszał kiedyś jakieś plotki o zawiązującym się spisku przeciwko Nadirowi, lecz nigdy nie poznał szczegółów. To, że z powodu ich przymusowego związku z Nadirem mogli mieć kłopoty w innych kręgach, uderzyło go jako wielka niesprawiedliwość, zwłaszcza, że sama z nim znajomość była wystarczającym ciężarem.

Pewnego dnia owo przeczucie ukrytej obecności wrogów w końcu się urzeczywistniło. Bahram właśnie przyszedł w odwiedziny do Iwan-ga, kiedy nagle w drzwiach warsztatu Tybetańczyka pojawiło się dwóch kadich, których Bahram nigdy wcześniej nie widział, a za nimi jeszcze dwóch żołnierzy chana i mała grupa ulemów z medresy Tillja Kari. Zażądali od Iwanga kwitów podatkowych.

— Nie jestem dhimmim — powiedział Iwang z niewzruszonym spokojem.

Dhimmiowie, czyli ludzie objęci paktem, to ci spośród niewierzących, którzy urodzili się i żyli na terenie chanatu. Byli oni prawnie zobowiązani do uiszczania specjalnego podatku. Islam byt religią sprawiedliwości, wszyscy muzułmanie byli równi w obliczu Boga i w obliczu prawa, co nie odnosiło się tylko do kobiet, niewolników i dhimmiów. Tylko dhimmiowie mogli w łatwy sposób zmienić swój status, wystarczyło, że zdecydują się przejść na prawdziwą wiarę. Dawniej wszystkich pogan obowiązywało tylko jedno prawo: „Księga albo miecz” i jedynie lud księgi, czyli żydzi, zoroastrianie, chrześcijanie i sabianie mogli pozostać przy swojej wierze, jeśli oczywiście tego chcieli. Teraz jednak najrozmaitsi poganie mogli trwać przy swoich wyznaniach, musieli tylko zarejestrować się u kadiego i uiszczać opłatę dhimma.