To wszystko było dla nich jasne i zwyczajne. Jednak odkąd na perskim tronie zasiadała szyicka dynastia Safawidów, sytuacja prawna dhimmiów pogorszyła się, zwłaszcza tam, gdzie szyiccy mułłowie tak bardzo troszczyli się o zachowanie czystości; czasami zdarzało się to też w niektórych chanatach wschodnich. Nigdy o tym głośno nie mówiono. Iwang kiedyś słusznie zauważył, że podatek ten, przynajmniej w części był ceną za niepewność ludzi sprawujących władzę.
— Zatem nie jesteś dhimmim? — zapytał ze zdziwieniem jeden z kadich.
— Nie. Pochodzę z Tybetu. Jestem mustaminem.
Mustamini byli gośćmi z zagranicy, którym udzielano okresowego pozwolenia na pobyt na ziemiach muzułmańskich.
— Masz swój aman?
— Mam. Chodziło o dokument gwarantujący bezpieczeństwo, wydawany mu-staminom i przedłużany każdego roku w gmachu Khanaka. Z tylnego pomieszczenia Iwang przyniósł pergaminowy arkusz i podał go kadim. U dołu dokumentu znajdowało się kilka lakowych pieczęci, więc kadio-wie uważnie zbadali każdą z nich.
— Ależ on jest tu już od ośmiu lat! — zauważył z wyrzutem jeden z nich. — To o wiele dłużej niż zezwala prawo.
Iwang tylko wzruszył ramionami:
— Pozwolenie prolongowano tej wiosny.
Zapadła głęboka cisza, a mężczyźni jeszcze raz sprawdzili wszystkie pieczęcie pod dokumentem.
— Mustamin nie może posiadać nieruchomości — rzeki następny.
— Czy jesteś właścicielem tego warsztatu? — zapytał najwyższy kadi, nie kryjąc już zaskoczenia.
— Nie — odpowiedział Iwang — oczywiście, że nie. Tylko dzierżawię.
— Za comiesięczną opłatą?
— Odkąd przedłużono mi aman, wydzierżawiłem na cały rok z góry.
— Skąd pochodzisz?
— Z Tybetu.
— Masz tam swój dom?
— Tak, w Iwang.
— Posiadasz rodzinę?
— Braci i siostry. Żadnych żon ani dzieci.
— Kto zatem mieszka w twoim domu?
— Siostra.
— Kiedy zamierzasz wrócić? Krótkie milczenie.
— Nie wiem.
— To znaczy, nie planujesz powrotu do Tybetu?
— Nie. Planuję wrócić, ale interes ostatnio toczy się świetnie. Siostra przysyła surowe srebro, a ja wytwarzam z niego różne przedmioty i sprzedaję. Jesteśmy przecież w Samarkandzie.
— Tutaj interes zawsze będzie dobrze szedł! Po cóż miałbyś kiedykolwiek wyjeżdżać? Powinieneś być dhimmim, mieszkasz tutaj na stale, jesteś niewierzącym poddanym chana.
Iwang wzruszył ramionami i wskazał dłonią na dokument. Miał go tylko dzięki zmianom wprowadzonym do chanatu przez Nadira, które, jak wydawało się Bahramowi, wypływały z samego serca islamu. Zarówno dhimmiowie jak i musamini byli chronieni przez prawo, każdy z nich na swój sposób.
— On przecież nawet nie należy do ludu księgi — rzekł z oburzeniem jeden z kadich.
— W Tybecie mamy wiele ksiąg — powiedział spokojnie Iwang, jakby nie zrozumiał jego słów.
Kadiowie poczuli się obrażeni.
— Jakiego jesteś wyznania?
— Jestem buddystą.
— Nie wierzysz zatem w Allaha i nie modlisz się do Allaha? Iwang nie odpowiedział.
— Buddyści są politeistami — powiedział jeden z nich — jak poganie, których Mahomet nawracał w Arabii.
Bahram wystąpił naprzeciw nich.
— Religia nie jest przymusem — zaczął recytować z emfazą. — Dla ciebie twoja religia, a dla mnie moja. Tego właśnie uczy nas Koran!
Goście obrzucili go chłodnym spojrzeniem.
— Ty też nie jesteś muzułmaninem?
— Oczywiście, że jestem! Wiedziałbyś o tym, gdybyś chodził do meczetu Szir Dar! Nigdy cię tam nie widziałem! Gdzie się modlisz w piątki?
— W Tillja Kari — odpowiedział już wyraźnie rozzłoszczony kadi. To dość ciekawa informacja, jako że medresa w Tillja Kari była centrum szyickiej grupy uczonych, sprzeciwiającej się Nadirowi.
— „Al-kufou millatun wahida” — powiedział któryś z nich. Był to kontrcytat, jak je nazywali teologowie, „Niewiara jest jedną religią”.
— Tylko digarazowie mogą formułować zarzuty wobec prawa — odciął się ostro Bahram. Digaraz to ten, który zabiera głos, nie mając złych zamiarów i nie chowając urazy, bezstronny muzułmanin. — Ty się do nich z pewnością nie zaliczasz!
— Ani ty, młodzieńcze.
— No zbliż się tylko! Kto cię przysłał? Kto dał ci moc podważania prawa amanu? Precz stąd, ale już! Nie macie pojęcia, ile ten człowiek robi dla Samarkandy! W ten sposób napadacie na samego Seida Abdu-la, napadacie na islam! Wynoście się stąd!
Kadiowie stali nieruchomo, lecz ich spojrzenia wyrażały coraz większy dystans.
— Porozmawiamy następnej wiosny — powiedział ich przywódca, spoglądając na aman Iwanga. I jednym skinieniem ręki, dokładnie tym samym gestem, co chan, wyprowadził swoich ludzi na zewnątrz i dalej poprzez wąskie aleje bazaru.
Jeszcze przez dłuższą chwilę przyjaciele stali w pustym warsztacie, nie odzywając się, ogarnięci dziwnym poczuciem skrępowania. W końcu Iwang westchnął:
— Czyż Mahomet nie ustanowił praw regulujących sposób traktowania ludzi w Dar al-Islam?
— To Bóg je ustanowił, Mahomet tylko je przekazał.
— Wszyscy wolni ludzie równi wobec prawa. Kobiety, dzieci, niewolnicy i niewierzący są jednak mniej uprzywilejowani.
— Wszystkie istoty są równe i prawo gwarantuje im konkretne przywileje.
— Lecz nie aż tyle, ile wolnym muzułmanom.
— Nie są na tyle silni, by udźwignąć więcej praw. Wolni muzułmanie, stojący na straży prawa Bożego, mają ich pod swoją opieką.
Iwang wydął usta i po chwili rzeki:
— Bóg jest siłą poruszającą się we wszystkim, kształtem przedmiotów w ruchu.
— Bóg jest przepełniającą wszystko miłością — zgodził się Bahram. — Tak mówią sufiowie.
Iwang skinął głową.
— Bóg jest matematykiem. Wielkim i niezwykle subtelnym matematykiem. Nasze ciała mają się do naszych prymitywnych pieców i destylatorów tak jak boska matematyka do naszej.
— Więc jednak uważasz, że Bóg istnieje? Wydawało mi się, że Budda zaprzeczył istnieniu jakiegokolwiek Boga.
— Nie wiem. Myślę, że wielu buddystów nie zgodziłoby się z tym. Ponoć jesteśmy źródłami tryskającymi z próżni. Sam nie wiem. Skąd zatem wzięła się matematyka, jeżeli wszystko, co widzimy, zatopione jest w próżni? Wydaje mi się, że to wszystko może być wynikiem jakichś wyższych przemyśleń.
Bahram był zaskoczony, słysząc takie słowa od Iwanga. Nie był również do końca pewny ich szczerości, biorąc pod uwagę niedawne wydarzenia z kadimi z Tillja Kari. To, co mówił, miało jednak głęboki sens, zwłaszcza że było całkowicie niemożliwe, aby tak cudowna i skomplikowana rzecz jak świat mogła istnieć bez jakiegoś wszechwładnego i kochającego Boga, Stwórcy.
— Powinieneś pójść kiedyś ze mną do wspólnoty sufickiej i posłuchać słów mojego nauczyciela — powiedział w końcu Bahram, uśmiechając się na samą myśl o obecności olbrzymiego Tybetańczyka w ich grupie; choć prawdopodobnie jego nauczycielowi spodobałoby się to.