Bahram wrócił do kompleksu, mijając zachodni karawanseraj, gdzie hinduscy handlarze rozbili pachnący kadzidłami i herbatą z mlekiem obóz. Bahram załatwił u nich resztę swoich sprawunków, kupując pachnidła i worki z kalcynowanymi minerałami dla Khalida. I wtedy dostrzegł Dola, swojego znajomego z Ladakh. Podszedł do niego, zasiadł z nim i wspólnie popijali herbatę, a później rakszi, przyglądając się rozłożonym na straganach przyprawom i figurkom z brązu. Bahram wskazał dłonią na misternie rzeźbione statuetki.
— To są twoi bogowie?
Zaskoczony Doi spojrzał na niego radosnym wzrokiem:
— Owszem, niektóre z nich przedstawiają bóstwa. To jest Siwa, to Kali niszczycielka, a to Ganesa.
— Bóg słoń?
— W ten sposób go wizualizujemy. Jest wiele różnych form.
— Ale żeby słoń?
— Widziałeś kiedykolwiek słonia? — Nie.
— To bardzo imponujące zwierzęta.
— Wiem, że są duże.
— To coś więcej niż tylko ich rozmiar. Bahram upił tyk herbaty.
— Sądzę, że Iwang mógłby nawrócić się na islam.
— Ma problemy z amanem? — Doi roześmiał się, widząc wyraz twarzy Bahrama, po czym podsunął mu czarkę z rakszi.
Bahram wypił dla towarzystwa i nadal drążył poruszony przez siebie temat.
— Uważasz, że można zmienić swoją religię?
— Wielu ludziom się to udało.
— A ty byś potrafił? Umiałbyś powiedzieć, że jest tylko jeden Bóg? — zapytał, wskazując na figurki.
Doi uśmiechnął się.
— Wszystkie te rzeźby obrazują różne aspekty Brahmana. Za tym wszystkim stoi wielki Bóg Brahman, w nim wszystko jest jednią.
— Zatem Iwang też mógłby tak uważać. A może on już od dawna wierzy w jednego Boga, w Boga wszystkich Bogów?
— Bardzo możliwe. Bóg na różne sposoby objawia się ludziom. Bahram westchnął.
Trujące powietrze
Bahram przeszedł przez bramę kompleksu i od razu skierował się do Khalida, aby opowiedzieć mu o incydencie, który wydarzył się u Iwanga. Nagle z hukiem otworzyły się drzwi pracowni chemicznej, z której wypadli mężczyźni, a za nimi krzyczący Khalid w gęstej chmurze żółtego dymu. Bahram zawrócił w stronę domu, z zamiarem ratowania Esmerine i dzieci, oni jednak, właśnie w tej chwili, przecinali biegiem dziedziniec. Puścił się pędem za nimi i razem wybiegli przez główną bramę. Wszyscy wrzeszczeli przerażeni, a kiedy żółta chmura opadła na nich, padli na ziemię i pierzchali na czworakach jak szczury, kaszląc, łzawiąc, dusząc się i plując. Stoczyli się ze zbocza, oczy i krtanie płonęły żywym ogniem, a płuca rozsadzał żrący odór trującej, żółtej chmury. Większość ludzi poszła za przykładem Khalida i zanurzała głowy w rzece.
Kiedy chmura rozproszyła się i Khalid nieco ochłonął, brzmiały już tylko jego przekleństwa.
— Co to było? — krzyknął Bahram, kaszląc.
— Eksplodował tygiel z kwasem, przeprowadzaliśmy doświadczenie.
— Jakie doświadczenie?
Khalid nie odpowiedział. Pieczenie błon śluzowych powoli ustępowało. Zmoknięta i niewesoła załoga ruszyła z powrotem do kompleksu. Khalid wyznaczył ludzi do posprzątania pracowni, po czym Bahram poszedł razem z nim do jego gabinetu, gdzie staruszek przebrał się, umył i sporządził notatki w wielkiej księdze, prawdopodobnie odnośnie, nieudanej próby.
Ponieśli porażkę, ale nie całkowitą. Tak się przynajmniej wydawało Bahramowi, kiedy z mamrotania Khalida zaczął wyławiać konkretne informacje.
— Co chciałeś zrobić?
Khalid nie odpowiedział wprost i zamiast tego rzekł:
— Jestem niemal pewny, że istnieją różne rodzaje powietrza. Być może są to różne jego składniki, jak w przypadku metali, lecz niewidoczne dla oka. Czasami wyczuwamy różnicę powonieniem. Niektóre z nich mogą być zabójcze, jak na przykład na dnie głębokich studni. Nie chodzi w tych przypadkach o brak powietrza, lecz o obecność trującego powietrza lub jakiejś jego części, z pewnością tej najcięższej. Podczas destylacji i procesów spalania można tłumić i zwiększać ogień… Pomyślałem sobie, że poprzez połączenie chlorku amonowego z saletrą i siarką otrzymam nowy rodzaj powietrza. No i otrzymałem, lecz niestety nieco więcej niż się spodziewałem. To było jak eksplozja i to do tego trująca, o czym sami się przekonaliśmy — mówił, pokasłując. — To niczym receptura wan-jen-ti sporządzona przez chińskich alchemików. Iwang przetłumaczył to jako „pogromca miriadów”. Sądzę, że mógłbym pokazać Nadirowi tę reakcję i zaproponować ją jako broń. Podejrzewam, że dałoby się tym zabić całą armię. Przemyśleli jego słowa w milczeniu.
— No cóż — powiedział Bahram — dzięki temu z pewnością umocniłoby to jego pozycję w oczach chana.
Następnie Bahram opowiedział mu, co wydarzyło się u Iwanga.
— A więc uważasz, że Nadir ma kłopoty na dworze? — Tak.
— I myślisz, że Iwang przejdzie na islam?
— Coś na ten temat wspominał. Khalid roześmiał się, po czym kaszlnął boleśnie.
— To byłoby bardzo dziwne.
— Nie należy śmiać się z ludzi.
— Coś mi mówi, że Iwang nie miałby nic przeciwko.
— A wiedziałeś, że Iwang to nazwa jego rodzinnego miasta?
— Nie, a to prawda?
— Tak. Przynajmniej tak powiedział. Khalid wzruszył ramionami.
— To znaczy tylko tyle, że nie znamy jego prawdziwego imienia — znów wzruszył ramionami. — Nikt z nas nie zna swojego prawdziwego imienia.
Miłość wielka jak świat
Jesienne żniwa rozpoczęły się i skończyły. Karawanseraje pustoszały na zimę, kiedy to śnieg zamykał przełęcze na wschodzie. Przez kolejne dni Iwang urozmaicał Bahramowi czas swoją obecnością w sufickim ribacie, gdzie zasiadał z tyłu i uważnie przysłuchiwał się wszystkiemu, co mówił stary mistrz Ali. Sam zabierał głos bardzo rzadko i tylko po to, aby zapytać o najprostsze rzeczy, najczęściej o znaczenie jakichś słów. Terminologia suficka przejęła wiele słów z arabskiego i perskiego i choć Iwang płynnie posługiwał się sogdiańsko-tureckim, to jednak język religijny był dlań całkowicie niezrozumiały. W końcu mistrz Ali dał Iwangowi leksykon sufickich terminów technicznych, istilahat, autorstwa Asnariego, zatytułowany Sto pól i miejsc odpoczynku, opatrzony wstępem, który kończył się następującym zdaniem: „Żaden termin nie opisze adekwatnie prawdziwej esencji duchowych stanów sufich, niemniej jednak terminy te są całkowicie zrozumiałe dla tych, którzy stanów tych doświadczyli”.
Bahram czuł, że właśnie to stanowiło największy problem Iwanga — że nie doświadczył opisywanych stanów.
— Całkiem możliwe — zgodził się z nim Iwang. — No więc w jaki sposób miałbym je osiągnąć?
— Poprzez miłość — odpowiadał Bahram. — Musisz obdarzać wszystko miłością, a ludzi przede wszystkim. Zobaczysz, że to miłość wprawia wszystko w ruch.
Iwang wydął wargi.
— W parze z miłością idzie nienawiść. To dwie strony nadmiaru uczucia. Bardziej współczucie niż miłość, ono wydaje mi się lepszym rozwiązaniem. Współczucie nie ma drugiego, złego oblicza.
— A obojętność? — zasugerował Bahram.
Iwang kiwał głową, przemyśliwując jego słowa. Bahram zastanawiał się, czy Tybetańczykowi uda się wypracować właściwy pogląd. Jego własna miłość była niczym silny strumień źródła artezyjskiego bijącego w górach. Było to uczucie, jakim darzył żonę, dzieci i Allaha, który pozwolił mu prowadzić żywot pośród tak pięknych dusz — nie chodziło jedynie o ich trojga, lecz również o Khalida, Fedwę i wszystkich ich krewnych, o wspólnoty kompleksu, meczetu, ribatu, Szir Dar, Samarkandy i całego świata, w chwilach kiedy tak mocno go odczuwał. Iwang nie miał niestety łatwego startu. Był samotny i, o ile Bahram się orientował, bezdzietny, a na dodatek niewierny, więc w jaki sposób miał zacząć odczuwać bardziej uniwersalną i wszechprzenikającą miłość, skoro nawet ta najbardziej konkretna była dla niego niedostępna?