— Serce, które jest władcą intelektu, nie jest tym, które bije w naszych piersiach — zwykł mawiać Ali. Wystarczy, że spróbuje otworzyć swoje serce na Boga, a miłość sama na niego spłynie. Iwang potrafił się szybko wprowadzać w stan głębokiej relaksacji i kontemplować świat w trakcie długich chwil milczenia, kiedy po nocach spędzonych w pracowni, zasiadał na zewnątrz twarzą w stronę wschodzącego słońca. Ze dwa razy Bahram towarzyszył mu w takiej scenerii. Raz, zainspirowany bezwietrznym, złocistym niebem, zacytował Rumiego.
Jakaż cisza w izbie mego serca. Serce jak domowy ogień Sercem świat objąłem.
Iwang odezwał się dopiero po tym, jak słońce padło na wschodnie grzbiety i skąpało doliny w żółtawym świetle:
— Ciekawe, czy świat jest tak wielki, jak twierdził Brahmagupta.
— To ten, który twierdzi, że Ziemia jest okrągła?
— Zgadza się, a widać to na przykład na stepach, kiedy wzdłuż horyzontu ciągną się długie karawany. Znajdujemy się na powierzchni ogromnej kuli.
— Serca samego Boga.
Iwang nie odpowiedział. Pokiwał tylko głową, co znaczyło, że był innego zdania, ale nie chciał oponować. Bahram odpuścił i zapytał o szacunkowe rozmiary Ziemi, jakie podawali Hindusi, co znacznie bardziej interesowało Iwanga.
— Brahmagupta zaobserwował, że słońce docierało na dno pewnej studni w Dekanie tylko jeden dzień w roku. Następnego roku, w ten sam dzień, ulokował się tysiąc yoganda na północ od studni i zmierzył kąty padania cienia, po czym używając geometrii sferycznej, obliczył, jaki procent koła stanowi ten tysiącyoganandowy łuk. Bardzo proste, a jakież ciekawe.
Bahram pokiwał głową. Tybetańczyk z pewnością miał rację, lecz prawda jest taka, że człowiek zawsze będzie mógł oglądać tylko maty wycinek tej powierzchni. W tej chwili Iwang potrzebował iluminacji, potrzebował miłości. Bahram zaprosił go więc do siebie, aby wspólnie z jego rodziną zjedli posiłek, aby mógł przyjrzeć się Esmerine, jak podaje do stołu i jak uczy dzieci dobrych manier. Dzieci były przyjemnością samą w sobie — ich lśniące oczy, takie duże, kiedy przerywały zabawy, aby ze zniecierpliwieniem wysłuchać napomnień Esmerine. Nawet ich niekończące się gonitwy po całym kompleksie sprawiały wszystkim radość. Widząc to, Iwang kiwał głową.
— Jesteś szczęśliwym człowiekiem — zwrócił się do Bahrama.
— Wszyscy jesteśmy szczęśliwymi ludźmi — odparł Bahram i Iwang przyznał mu rację.
Bogini i prawo
Równolegle ze studiami religijnymi Iwang przeprowadzał z Khalidem dalsze badania. Większość wysiłku wkładali w projekty dla Nadira i chana. Jak dotąd opracowali dla armii długodystansowy system sygnalizacji, w którym wykorzystali zestawy zwierciadeł i niewielkich teleskopów. Ponadto odlewali coraz większe i coraz cięższe armaty i konstruowali do nich gigantyczne wozy, przeciągane przez zaprzęgi koni lub wielbłądów, z jednego pola bitwy na drugie.
— Jeśli mamy je gdzieś przewieźć, będziemy potrzebować solidnych dróg — słusznie zauważył Iwang, zwłaszcza, że nawet sam jedwabny szlak nie był w większości niczym innym jak ścieżką dla wielbłądów.
Ich ostatnie, prywatne badania nad pierwotnymi przyczynami skupiły się wokół niewielkiego teleskopu, który powiększał niewidoczne gołym okiem szczegóły. Skonstruowali go astronomowie z medresy Ulug-Be-ga. Ostrość na tym przyrządzie ustawiało się przy bardzo małej odległości od oglądanego przedmiotu. Najlepsze były preparaty przepuszczające światło, ujęte pomiędzy szklane płytki i podświetlone promieniami słonecznymi, odbijającymi się w małym zwierciadle, zamontowanym u dołu przyrządu. Odsłoniły się przed nimi całkiem nowe światy, ukryte dotąd tuż pod ich palcami.
Trzech mężczyzn godzinami obserwowało przez nowy teleskop próbkę wody ze stawu, którą, jak się okazało, zamieszkiwało całe mnóstwo pływających w kółko stworzeń o przedziwnej, segmentowej budowie. Przyglądali się cienkim, przepuszczającym światło płytkom z kamienia, drewna i kości. Oglądali też własną krew i znaleźli w niej mnóstwo ciemnych plamek, niepokojąco podobnych do istot w kropli wody ze stawu.
— Świat staje się coraz mniejszy — zachwycał się Khalid. — Jeśli od tych małych stworzeń w naszej krwi udałoby się pobrać krew i umieścić ją pod jeszcze silniejszym okularem niż ten, wtedy, jestem pewny, że ich krew, tak jaki i nasza, zawierałaby podobne miniaturowe stworzenia, których krew również można by zbadać, aż doszłoby się do… — umilkł, a trwoga nadała jego twarzy oniemiały wyraz. Bahram jeszcze nigdy nie widział go tak szczęśliwym.
— Zapewne istnieje coś takiego, jak minimalna wielkość materii — stwierdził rzeczowo Iwang. — Tak przynajmniej zakładali starożytni Grecy, mówiąc o cząstkach ostatecznych, z których zbudowane jest wszystko dookoła. Sądzę, że są one tak małe, że chyba nigdy nie uda się nam ich dostrzec.
Khalid zmarszczył brwi.
— To dopiero początek, na pewno kiedyś powstaną o wiele silniejsze teleskopy, a wtedy, kto wie, jaki obraz się wyłoni. Może w końcu pomoże nam to zrozumieć strukturę metali i doprowadzi do udanej transmutacji.
— Może — przytaknął Iwang, wpatrując się w oko teleskopu i nucąc coś pod nosem. — Za to teraz wiemy już na pewno, że granit zbudowany jest z kryształów.
Khalid skinął głową, sporządził notatkę w księdze, po czym nachylił się nad okularem i naszkicował na czystej stronie oglądane kształty.
— Z tych najmniejszych i tych największych — powiedział do siebie.
— Ten okular jest wspaniałym darem od Boga — odezwał się Bah-ram — przypominającym nam, że wszystko dokoła to jeden świat, jedna substancja, ujęta w różne struktury, lecz nadal ta sama, w dużej i w małej formie.
Khalid pokiwał głową.
— Idąc dalej tym tropem, można pomyśleć, że gwiazdy również ma ją na nas wpływ. Może gwiazdy to też zwierzęta, tak jak te stworzenia w wodzie. Gdybyśmy tylko mogli lepiej się im przyjrzeć.
Iwang pokręcił głową:
— Wszystko jednością, zgoda. Z każdym dniem wydaje mi się to coraz bardziej oczywiste, lecz na pewno nie należy sprowadzać wszystkiego do zwierząt. Podejrzewam, że gwiazdy to coś w rodzaju skal, a nie unikalnych stworzeń.
— Gwiazdy to ogień.
— Skala, ogień, ale nie zwierzę.
— Nadal jednak pozostawałyby jednością — nie odpuszczał Bahram. Obaj mężczyźni skinęli głowami, Khalid z emfazą, a Iwang niechętnie i z głębokim pomrukiem.
Następnego dnia Bahram zauważył, że Iwang stale coś mruczał pod nosem. Przychodził jak co dzień do kompleksu i towarzyszył Kha-lidowi w doświadczeniach, z Bahramem chodził do ribatu, gdzie wysłuchiwał wykładów Alego, a kiedy tylko Bahram wpadał do jego pracowni, ten bawił się swoimi liczbami bądź przerzucał tam i z powrotem paciorki chińskiego abakusa, w ciągłym roztargnieniu i nieustannie coś mamrocząc.