Выбрать главу

Bahram nie uważał, aby Iwang musiał się nawracać, nawet jeśli oznaczałoby to jego wyjazd z powrotem do Tybetu i powrót dopiero za jakiś czas. Coraz wyraźniej widział, że Iwang nie zostanie muzułmaninem i że nawracanie go na islam nie byłoby dobrym rozwiązaniem.

Mijały kolejne tygodnie i rzeczywiście Iwang, zamiast się przybliżać, coraz bardziej odpływał, stawał się coraz bardziej obcy i tracił wiarę, zajęty przeprowadzaniem swoich małych doświadczeń, jakby składał ofiary światłu, magnetyzmowi, próżni i grawitacji. Prawdziwy alchemik, lecz z punktu widzenia wschodniej tradycji jeszcze większy samotnik niż jakikolwiek sufi. Nie powracał do buddyzmu, lecz przekraczał go i sięgał głębiej, aż do starszej religii Tybetu, bon.

Tamtej zimy siedział z Bahramem przy rozpalonym piecu w swojej pracowni, wyciągał przed siebie dłonie, aby ogrzać zziębnięte palce, wystające z dziurawych rękawiczek, palii haszysz z długiej, drewnianej fajki, którą od czasu do czasu podawał Bahramowi, a później już tylko siedzieli, wpatrzeni w płomienną poświatę, tańczącą nad rozżarzonymi węglami. Pewnej nocy, w środku burzy śnieżnej Iwang wyszedł po drwa. Kiedy Bahram został sam, nagle kątem oka zauważył ruch, odwrócił się i ujrzał chińską staruszkę, siedzącą tuż przy palenisku, ubraną w czerwoną suknię, z włosami splecionymi na szczycie głowy w kunsztowny węzeł. Bahram otrząsnął się. Kobieta odwróciła wzrok i spojrzała na niego. Jej czarne oczy były pełne gwiazd. Chwilę później spadł ze stoika, a kiedy z powrotem stanął na nogach, kobiety już nie było. Kiedy wrócił Iwang, Bahram opisał mu dokładnie kobietę i całe zajście, a on wzruszył ramionami i rzekł przebiegłym tonem:

— W tej dzielnicy jest wiele starszych kobiet. Mieszkają tu biedni ludzie i stare wdowy, zmuszone spać na podłodze w opuszczonych warsztatach swoich nieżyjących mężów, zdane na łaskę nowych właścicieli, starające się za wszelką cenę uniknąć głodu.

— Ale ta czerwona suknia, ta twarz, te oczy!

— Z twojego opisu wynika, że mogła to być bogini ogniska domowego. Czasem, jeśli ma się szczęście, ukazuje się tuż przy palenisku.

— Od dzisiaj już więcej nie palę tego twojego haszyszu! Iwang roześmiał się:

— Żeby to tylko o to chodziło!

Innej mroźnej nocy, kilka tygodni później, Iwang zastukał do bram kompleksu i wszedł do środka wielce podekscytowany — pijany, można by pomyśleć o kimś innym, kto zachowywałby podobnie jak on.

— Mam! — krzyknął do Khalida, łapiąc go za rękę i ciągnąc do gabinetu. — Mam! W końcu do tego doszedłem, spójrz!

— Co? Kamień filozoficzny?

— Nic z tych rzeczy! Chodzi o jedno prawo, prawo ponad wszystkimi prawami. To równanie. Spójrzcie!

Wyjął tablicę i zaczął energicznie kreślić na niej kredą alchemiczne symbole, których wspólnie z Khalidem zdecydowali się używać na oznaczenie wielkości, zmieniających się w zależności od sytuacji.

— Jedne wyżej, inne niżej, tak jak zawsze powtarzał Bahram, wszystko się nawzajem przyciąga z taką oto siłą. Należy pomnożyć masy przyciągających się ciał, podzielić przez kwadrat odległości między nimi i całość pomnożyć przez prędkość, z którą jakikolwiek przedmiot przyciągany jest przez Ziemię, i otrzymujemy siłę przyciągania. Proszę, spróbujmy z orbitami planet, wszystko się zgadza. Planety poruszają się wokół słońca po elipsach, ponieważ są nie tylko przyciągane przez słońce, lecz także przyciągają się między sobą. Słońce jest więc jednym źródłem przyciągania w elipsie, a suma pozostałych przyciągań tworzy drugie źródło — mówiąc to, szkicował zamaszyście na tablicy, tak poruszony, jak nigdy wcześniej. — To wyjaśnia wszystkie rozbieżności w obserwacjach nieba, prowadzonych w obserwatorium Ulug Bega. Nie tylko sprawdza się w przypadku planet i gwiazd trwających w swoich konstelacjach, lecz również w przypadku lotu kuli armatniej ponad ziemią i ruchu tych miniaturowych stworzeń w wodzie ze stawu i w naszej krwi. Khalid kiwał głową.

— To jest siła grawitacji w ujęciu matematycznym. — Tak.

— Przyciąganie jest odwrotnie proporcjonalne do kwadratu odległości między ciałami.

— I oddziałuje na wszystko?

— Tak sądzę.

— Na światło też?

— Tego nie wiem. Światło samo w sobie musi mieć bardzo małą masę, jeżeli w ogóle jakąś posiada. Lecz jeżeli rzeczywiście posiada jakąkolwiek masę, wtedy jest przyciągane przez wszystkie inne masy. Masa przyciąga masę.

— Ależ to jest… — powiedział Khalid — to znów jest przykład oddziaływania na odległość.

— Zgadza się — odpowiedział z uśmiechem Iwang. — Może to jest właśnie ten twój wszechobecny duch, działający za pośrednictwem czynników, których nie znamy, takich jak grawitacja, magnetyzm czy pioruny.

— Rodzaj niewidzialnego ognia.

— Lub czegoś, co w porównaniu do ognia jest jak najmniejsze ze zwierząt w porównaniu do nas. Jakaś subtelna moc, przed którą nie sposób uciec, którą posiada każde ciało i w której wszyscy żyjemy.

— Żywy duch, mieszkający w każdej rzeczy.

— To tak jak miłość — wtrącił Bahram.

— Tak jak miłość — wyjątkowo zgodził się Iwang. — Pod tym względem, że zarówno bez jednego jak i bez drugiego Ziemia byłaby martwą planetą. Nic by się nie przyciągało, nie odpychało, nie krążyło, nie zmieniało kształtu, nie mogłoby żyć. Wszystko leżałoby na jednym miejscu martwe i zimne.

Po chwili uśmiechnął się, a potem już śmiał się swobodnie. Jego gładkie i błyszczące tybetańskie policzki pokryły się głębokimi zmarszczkami, a długie, końskie zęby błysnęły bielą.

— I o to właśnie chodziło! Tak właśnie musi być, rozumiecie? Wszystko jest w ruchu. Wszystko dokoła nas żyje. Siła przyciągania jest odwrotnie proporcjonalna do odległości między przyciągającymi się przedmiotami.

Khalid odpowiedział z nostalgią:

— Ciekawe, czy pomogłoby to nam przy transmutacji?

Lecz dwaj pozostali szybko ucięli ten wątek, śmiejąc się ze staruszka i wołając:

— Ołów w złoto! Ołów w złoto!

— Wszystko dokoła to najszczersze złoto — powiedział Bahram, po czym oczy Iwanga nagle rozbłysły. Wyglądało to tak, jakby natchnęła go sama bogini paleniska. Pociągnął ku sobie Bahrama i objął go po bratersku, znów nucąc coś pod nosem.

— Bahramie, jesteś taki dobry. Jesteś bardzo dobrym człowiekiem. Jeśli uwierzę w twoją miłość, pozwolisz mi tu zostać? A czy obraziłbyś się gdybym wierzył w miłość, jedność wszechrzeczy i w grawitację?

Teorie bez zastosowania sprawiają kłopoty

Przez kolejne dni Bahram i inni ludzie z kompleksu pracowali więcej niż zwykle. Khalid i Iwang nadal rozprawiali nad konsekwencjami obliczeń Tybetańczyka i przeprowadzali najrozmaitsze doświadczenia sprawdzające je lub badające związane z nimi zjawiska. Niewiele jednak pomagało to Bahramowi przy pracy w kuźni, gdyż zastosowanie ezoterycznych i czysto matematycznych postulatów stawianych przez obu badaczy było niezwykle trudne lub wręcz niemożliwe w jego codziennej pracy, skupiającej się wokół uzyskania twardszej stali i budowania potężniejszych armat. Według chana, większe oznaczało lepsze, poza tym doszły go słuchy o nowych armatach chińskiego cesarza, przy których nawet stare, gigantyczne działa, porzucone w Bizancjum po przejściu plag w siódmym wieku, wydawały się jedynie karłami. Bahram próbował odtworzyć tamte legendarne działa, lecz miał ogromne problemy z ich odlewaniem, transportem i strzelaniem z nich tak, aby nie pękały. Khalid i Iwang mieli co prawda swoje sugestie, lecz nie zdawały one egzaminu, więc Bahramowi znów pozostała tylko metoda prób i błędów, stosowana od wieków przez metalurgów na całym świecie. Po każdej kolejnej próbie dochodził do tego samego wniosku: gdyby udało mu się opracować właściwy wsad i rozgrzać płynny metal do odpowiednio wysokiej temperatury, wtedy na pewno uzyskałby twardszą stal. Wszystko więc sprowadzało się do zwiększenia siły nurtu rzeki, napędzającej miechy pod piecem odlewniczym, aby uzyskać temperatury, w których roztopiony metal nabierałby jaskrawo białej barwy, tak lśniącej, że aż bolałyby oczy. Khalid i Iwang przyglądali się procesowi o zmroku i do samego rana dyskutowali nad pochodzeniem tak jasnego światła, które biło z metalu rozgrzanego do wysokiej temperatury. Wszystko szło zgodnie z planem, lecz bez względu na to, jak dużo powietrza wpompowali w rozżarzone węgle, sprawiając, że metal lśnił bielą jak słońce i stawał się płynny jak woda albo nawet jeszcze rzadszy, to jednak odlewane z niego działa były nadal tak samo podatne na pęknięcia jak poprzednie. Nadir ciągle składał niezapowiedziane wizyty, a za każdym razem, kiedy przychodził, znał wyniki ich pracy zanim jeszcze zdążyli o nich opowiedzieć. Najwyraźniej miał swoich szpiegów w kompleksie i nie interesowało go, czy Bahram o tym wiedział, a może nawet chciał mu to pokazać. Tak więc pojawiał się, niezadowolony, a jego spojrzenie mówiło: Więcej! Szybciej! I nawet jeśli słowami zapewniał ich, że wierzy, iż robią wszystko, co w ich mocy i że chan jest bardzo zadowolony z tabel ognia armatniego. Często powtarzał: