Wprowadzone udoskonalenia znacznie zwiększyły moc bojową chana — a raczej wzmocniłyby, gdyby tylko przywódcy wojsk Seida Abdula chcieli stosować się do wskazówek Khalida, który już powoli tracił cierpliwość do uczenia wojskowych. Obie strony były zbyt dumne, aby pójść na ustępstwa, i choć Bahram uważał, że Nadir dopuścił się karygodnego zaniedbania przez to, że nie zaangażował się w całą sprawę, nie zmusił generałów do posłuszeństwa wobec Khalida i nie wygospodarował funduszy ze szkatuły na zaciąg doświadczonych żołnierzy, to i tak nic w tych kwestiach nie zostało zrobione. Okazało się, że nawet władza wielkiego Nadira Divanbegi miała granice, ostatecznie sprowadzała się do wpływu, jaki miał na chana poprzez rady, których udzielał. Inni doradcy mieli oczywiście swoje zdanie i całkiem możliwe, że władza Nadira zaczynała słabnąć i to dokładnie w momencie, kiedy najbardziej była potrzebna. Co najdziwniejsze, działo się tak pomimo wszystkich innowacji proponowanych przez Khalida i Iwanga, a może właśnie z ich powodu — któż to mógł wiedzieć. Wiadomo było, że chan nie wyróżniał się specjalnie trafnością osądów, a ponadto chodziły słuchy, że jego szkatuła nie była już tak zasobna jak za dawnych czasów, kiedy ka-rawanseraje i bazary tętniły życiem i odprowadzały podatki.
Podobne sugestie wysuwała również Esmerine, choć Bahram mógł się tylko tego domyślać z jej milczących spojrzeń. Miała pewność, że ją nieustannie szpiegują, nawet w trakcie bezsennych nocy, co było wręcz potworną, niedającą spokoju myślą. Z kolei dzieci zasmakowały w pałacowym życiu. Dla nich było to niczym przeprowadzka do świata tysiąca i jednej nocy, a Esmerine nie robiła nic, co mogłoby je wyprowadzić z błędu. Sama oczywiście wiedziała, że byli więźniami, a ich życie leżało w rękach chana, który w każdej chwili mógł wpaść w zły humor z powodu złego obrotu spraw w kompleksie, wydarzeń na wschodzie lub czegokolwiek innego. Nie mówiła więc nic kontrowersyjnego i wspominała tylko, że dobrze ich karmili, że traktowano ich z szacunkiem i że zarówno jej, jak i jej dzieciom żyło się dobrze. Jedynie w chwilach, kiedy byli sam na sam, jej wzrok zdradzał strach i pragnienie, aby Bahram z przyjaciółmi jak najszybciej wypełnili żądania władcy.
Khalid nie musiał patrzeć w oczy córki, aby o tym wiedzieć. Bah-ram zauważył, że staruszek wkładał coraz więcej wysiłku w ulepszenie skuteczności bojowej chana, nie tylko wysilając się nad projektami realizowanymi w zbrojowni, lecz również starając się przypochłebić jednemu z mniej opornych generałów oraz czyniąc mniej lub bardziej bezpośrednie sugestie, dotyczące wielu spraw, od renowacji miejskich murów, zgodnie z wynikami swoich eksperymentów nad wytrzymałością konstrukcji ziemnych, do planów wykopu studni i budowy systemu odprowadzającego wodę, stojącą wokół Samarkandy i Buchary. Wszelkie czysto teoretyczne rozważania zostały zepchnięte na margines, w wirze pracy nie było czasu na żadne narzekania. Postęp jednak nie był płynny.
Po mieście zaczęły krążyć plotki, odbierając mieszkańcom radość życia. Mandżurscy barbarzyńcy zdobyli już Yunnan, Mongolię, Cham, Tybet, Annam i wschodnie krańce cesarstwa mogolskiego. Każdego dnia byli gdzie indziej i za każdym razem coraz bliżej. Nie umiano potwierdzić tych doniesień, które zresztą często były dementowane. Jedni zaprzeczali, a inni wierzyli w opowieści karawaniarzy, którzy przybywali z tamtych terenów i nie widzieli niczego niezwykłego, lecz tylko powtarzali zasłyszane plotki. Nic nie było pewne oprócz tego, że na wschodzie wrzało. Karawany rzeczywiście ściągały coraz rzadziej i byli wśród nich nie tylko kupcy, lecz również całe rodziny — muzułmańskie, hinduskie i żydowskie, wygnane ze swoich domostw przez strach przed nową dynastią Qing. Odwieczne osady obcokrajowców znikały z powierzchni ziemi jak śnieg w promieniach wiosennego słońca, uciekinierzy kierowali się na zachód z myślą, że ich życie potoczy się lepiej w Dar al-Islam, pod rządami Mogo-łów, Osmanów lub w królestwach taify w Frengistanie. Islam bez wątpienia był religią praworządną. Bahram dostrzegał na twarzach ludzi cierpienie, strach i ubóstwo, widział mężczyzn zmuszonych do żebrania o pożywienie, widział skąpe zapasy kupców, którzy mieli do przebycia jeszcze całą zachodnią połowę świata.
Na szczęście była to muzułmańska połowa świata. Wizyty w karawan — serajach, niegdyś należące do ulubionych zajęć Bahrama, teraz przepełniały go lękiem. Tak samo jak Nadir nie mógł się doczekać, aż Khalid z Iwangiem wynajdą w końcu metodę obrony chanatu przed inwazją.
— To nie my wszystko spowalniamy — stwierdził gorzko Khalid pewnej nocy w swoim gabinecie. — Nadir to przecież nie żaden wielki generał, a jego wpływ na chana jest niepewny i słabnie z każdym dniem. A sam chan… — parsknął niezadowolony.
Bahram westchnął. Nie sposób było się z tym nie zgodzić. Seid Ab-dul Aziz nie należał do najmądrzejszych ludzi na świecie.
— Potrzebujemy czegoś śmiercionośnego i spektakularnego — rzekł Khalid. — Czegoś na chana i na Mandżurów.
Bahram zostawił go samego, przeglądającego różne receptury ładunków wybuchowych, i udał się w długą i zimną drogę powrotną do pałacu w Bucharze.
Khalid poprosi o spotkanie z Nadirem, a kiedy wrócił, mruczał pod nosem, że jeśli powiedzie się zaproponowany przez niego pokaz, wtedy Nadir uwolni Esmerine i dzieci i pozwoli im na powrót do kompleksu. Bahram cieszył się tą perspektywą, lecz Khalid od razu go ostrzegł:
— Wszystko zależy od tego, czy chan będzie zadowolony, a kto wie, co może zaimponować takiemu człowiekowi jak on.
— Jaki pokaz masz na myśli?
— Musimy wyprodukować pociski zawierające ładunek sporządzony według chińskiej formuły wan-jen-ti, pociski, które nie eksplodują w momencie wystrzału, lecz przy uderzeniu w ziemię.
— Wypróbowali kilka różnych konstrukcji i już same testy okazały się skrajnie niebezpieczne. Wiele razy musieli ratować się ucieczką. Jeśli wszystko poszłoby zgodnie z planem, wtedy zyskaliby potworną broń. Przez kolejne dni Bahram uwijał się jak w ukropie, wyobrażając sobie powrót swojej rodziny i ocalenie Samarkandy przed niewiernymi — oczywiście, jeśli tylko Allah sobie tego życzył. Wtedy broń byłaby darem od Niego. Myśl ta pomagała pokonywać przerażenie wiążące się z pracą.
W końcu zbudowali wydrążone w środku pociski o płaskiej tylnej ściance, wypełnione płynnymi składnikami pogromcy miriadów. Te znajdowały się w dwóch komorach, oddzielonych od siebie cynową ścianką. Do tego dochodził niewielki ładunek prochowy na czubku, który eksplodował po zetknięciu z ziemią, niszcząc wewnętrzną ściankę i łącząc ze sobą składniki gazu.
Na dziesięć odpalonych przez nich pocisków, eksplodowało średnio osiem. Inny opracowany przez nich pocisk wypełniony był w całości prochem strzelniczym i posiadał zapalnik. Po uderzeniu w ziemię eksplodował z ogłuszającym hukiem, rozrzucając dokoła ostre fragmenty rozerwanej łuski.
Sporządzili po pięćdziesiąt sztuk każdego z pocisków, po czym zorganizowali pokaz na swoim poligonie nad rzeką. Khalid wykupił niewielkie stado starych chabet od właściciela warsztatu klejarskiego, któremu obiecał odsprzedać je z powrotem, gotowe do przetworzenia. Stajenni przywiązali biedne stworzenia na poligonie, w miejscu spodziewanego lądowania pocisków, a kiedy przybył chan i jego dworzanie, przyobleczeni w odświętne szaty i najwyraźniej znudzeni rutynowymi odwiedzinami. Khalid nawet na nich nie spojrzał, a jego zachowanie balansowało na granicy pogardy, niebezpiecznej dla wszystkich. Udawał, że całkowicie pochłaniała go obsługa dział. Bahram, stwierdziwszy, że nie jest to najlepsze posunięcie, podszedł do Nadira i Seida Abdula Aziza, złożył im hołd, wymienił uprzejmości, a następnie wytłumaczył mechanizm wynalezionej broni, po czym teatralnym gestem przedstawił Khalida, który zbliżał się do nich, pocąc się i dysząc.