Khalid oznajmił swoją gotowość do pokazu. Chan skinął dłonią, wykonując charakterystyczny gest, a Khalid dał znak swoim ludziom przy armatach, aby odpalili lont. Armata wystrzeliła, wydając z siebie chmurę białego dymu i odjeżdżając gwałtownie w tył. Lufę ustawiono pod ostrym kątem, aby pocisk uderzył czubkiem w ziemię. Dym się rozwiewał i wszyscy wpatrywali się w przywiązane na polanie konie. Nic się nie działo. Bahram wstrzymał oddech.
Nagle wśród koni eksplodował obłok żółtego dymu. Zwierzęta odskakiwały w popłochu na boki. Dwie chabety zerwały się z postronków i puściły galopem przez łąkę, inne przewracały się, zatrzymywane przez napięte liny. Dym cały czas się rozprzestrzeniał, jakby jego źródłem był niewidzialny pożar traw, gęsty musztardowożólty dym, zasnuwał powoli całe stadko koni i unosił się ponad nimi. Zakrył jedno ze zwierząt, które zerwało się i przypadkiem pognało prosto w żółtą chmurę. Wszyscy wyraźnie widzieli, jak koń stanął dęba we mgle, upadł i mozolił się, by powstać, lecz w końcu padł, wierzgając kopytami i drżąc na całym ciele.
Żółta chmura rozwiewała się i odpływała z wiatrem w dolinę, rozwlekając się w zagłębieniach terenu. Na polanie, na przestrzeni co najmniej dwustu kroków, leżały dwa tuziny martwych koni.
— Jeśli w tamtym rejonie znajdowałyby się wrogie wojska — odezwał się Khalid — wtedy, o najwspanialszy sługo jedynego prawdziwego Boga, Wielki Chanie, wszyscy padliby trupem. Mógłbyś rozstawić na polu walki dwadzieścia armat załadowanych takimi pociskami albo nawet i sto, a wtedy żadna armia świata nie byłaby w stanie zdobyć Samarkandy.
Nadir wyglądał na przerażonego:
— A co, jeśli wiatr zmieniłby kierunek i zaczął wiać w naszą stronę? Khalid wzruszył ramionami:
— Wtedy my byśmy zginęli. Dlatego ważne jest, aby produkować małe pociski, które można wystrzeliwać na dużą odległość i, o ile jest to możliwe, zawsze z wiatrem. Należy pamiętać, że gaz rozwiewa się i rzednie, zatem nawet jeśli wieje lekko w naszą stronę, to i tak nie ma to większego znaczenia.
Chan był wyraźnie zaskoczony pokazem i coraz bardziej zadowolony, jak gdyby zachwycił go nowy rodzaj fajerwerków — z nim jednak nigdy nic nie wiadomo. Bahram podejrzewał, że władca czasem udawał, że jest nieświadom pewnych spraw, aby stworzyć swoisty dystans między sobą i doradcami.
Skinął po chwili na Nadira i ruszył na czele swojej świty w drogę powrotną do Buchary.
— Musisz zrozumieć — rzekł Khalid do Bahrama, kiedy wracali do kompleksu — że w najbliższym otoczeniu chana znajdują się ludzie, którzy chcą obalić Nadira. Dla nich nie ma znaczenia, jak skuteczną broń wyprodukujemy. W gruncie rzeczy, im będzie ona lepsza, tym gorzej. Nie mamy do czynienia z półgłówkami.
To wszystko zdarzyło się naprawdę
Następnego dnia znów odwiedził ich Nadir w otoczeniu straży. Prowadzili przed sobą Esmerine i dzieci. Nadir tylko skinął głową, słysząc wylewne podziękowania Bahrama, po czym odezwał się do Khalida:
— Pociski z trującym powietrzem mogą wkrótce być potrzebne, zatem chcę, abyś wyprodukował ich tyle, ile tylko możesz, co najmniej pięćset. Chan odpowiednio cię wynagrodzi po swoim powrocie. Obietnicą tej nagrody niechaj będzie uwolnienie twojej rodziny.
— Chan się dokądś wybiera?
— W Bucharze wybuchła zaraza. Zamknięto karawanseraje, bazary, meczety, medresy i Khanaka. Najważniejsi dworzanie udadzą się z chanem do jego letniej rezydencji. Stamtąd będę sprawował pieczę nad wszystkimi jego sprawami. Zajmijcie się teraz sobą. Jeśli możecie opuścić miasto i kontynuować pracę, chan się temu nie sprzeciwi, ma jednak nadzieję, że zamkniecie się w kompleksie i będziecie kontynuować ją na miejscu. Kiedy zaraza przejdzie, będziemy mogli spotkać się ponownie.
— A co z Mandżurami? — zapytał Khalid.
— Mamy informacje, że ich też dopadła zaraza, co było zresztą do przewidzenia. Być może to oni przywlekli ją ze sobą. Nie jest również wykluczone, że wysłali swoich chorych, aby rozprzestrzeniali chorobę w naszych miastach. Musisz przyznać, że to coś innego niż strzelanie do wroga pociskami z trującym powietrzem.
Na te słowa Khalid oblał się rumieńcem, lecz nie powiedział nic. Nadir odszedł, najwyraźniej śpieszył się z wypełnieniem dalszych obowiązków przed wielką ucieczką z Samarkandy. Khalid zamknął za nim z trzaskiem bramę i zaklął pod nosem. Bahram, zachwycony niespodziewanym powrotem Esmerine i dzieci, ściskał i przytulał najbliższych, aż Esmerine zaczęła krzyczeć, że ich w końcu połamie. Wszyscy płakali z radości. Rozkazano zamknąć bramy kompleksu i odizolować się od miasta. Dziesięć lat wcześniej, podczas plagi nosówki, za sprawą takiego rozwiązania stracili tylko jednego służącego, który wymknął się do miasta, aby spotkać się ze swoją dziewczyną, i już nigdy nie wrócił. I dopiero, gdy bramy zamknięto, Bahram zauważył, że jego córka, Laila, miała czerwone policzki, płonące hektycznym rumieńcem. Apatyczna, leżała na łóżku.
Umieścili ją w jednej z sypialni. Na twarzy Esmerine malował się strach. Khaiid zadecydował, że Laila zostanie objęta kwarantanną i że będą jej podawać jedzenie i picie przez drzwi, w siatkach zamocowanych na końcu tyczek, w tykwach i talerzach, których nie będzie używał nikt poza nią. Zanim jednak wprowadzono wszystkie obostrzenia, Esmerine przytuliła dziewczynkę z całych sił. Następnego dnia Bahram znów widział jej rumieńce i słyszał jak jęczy boleśnie, nie mogąc zasnąć, i wznosi do góry ręce. Pod jej pachami pojawiły się znamiona choroby — twarde, żółte zgrubienia, tuż pod skórą, które, kiedy opuszczała ramię, przypominały mu fasetowane karbunkuły, jakby sama zmieniała się od wewnątrz w drogocenne klejnoty.
Po niedługim czasie kompleks przemysłowy zmienił się w lazaret. Bahram spędzał kolejne dni, opiekując się innymi, biegając tam i z powrotem, w dzień i w nocy, pracując w gorączce zgoła odmiennej od tej, która trawiła wszystkich chorych. Khaiid ciągle go upominał, aby nie dotykał ani nawet nie zbliżał się do zakażonej rodziny. Czasem mu się to udawało, a czasem nie, zwłaszcza kiedy obejmował ich żarliwie, jakby chciał zatrzymać na tym świecie.
Najpierw poumierały dzieci. Później zaczęli umierać dorośli. Byli zamknięci z dala od miasta, niczym w prawdziwym lazarecie, a nie w bezpiecznej kryjówce. Zmarła Fedwa, lecz Esmerine nadal się trzymała. Bahram i Khaiid zajmowali się nią na zmianę i wtedy w kompleksie zjawił się Iwang.
Pewnej nocy Iwang i Khaiid poprosili Esmerine, aby chuchnęła na szkiełko, po czym obejrzeli wilgoć pod mikroskopem i zaniemówili. Bahram spojrzał ukradkiem przez okular i zobaczył chmarę miniaturowych smoków, nietoperzy i gargulców. Nie mógł spojrzeć po raz drugi, wiedział już, że wszyscy są straceni.
Esmerine zmarła i w tej samej godzinie Khaiid wyczul u siebie pierwsze oznaki choroby. Iwang nie mógł się już nawet podnieść z kanapy w warsztacie Khalida. Badał tylko pod mikroskopem swój oddech, krew i żółć, tworząc szczegółowy opis przebiegu choroby w swoim organizmie. Pewnej nocy, kiedy leżał w warsztacie, chwytając z trudem oddech, odezwał się niskim głosem: