Выбрать главу

— Cieszę się, że nie zmieniłem wiary. Wiem, że ty też tego nie chciałeś. Teraz byłbym zwykłym bluźniercą, bo jeśli Bóg istnieje, to z pewno ścią winiłbym Go za wszystko.

Bahram nie odezwał się. Odbywał się nad nimi sąd. Ale za co? Cóż takiego zrobili? Czyż wynalezione przez nich pociski mogły obrazić Boga?

— Starcy dożywają siedemdziesiątki — odezwał się Iwang — a ja jestem dopiero po trzydziestce. Co mi po tych wszystkich latach?

Bahram nie potrafił się skupić:

— Mówiłeś przecież, że się odradzamy — powiedział smutno.

— Tak. Ale ja lubiłem to życie. Miałem plany.

Przeciągnął się. Nie był w stanie przełknąć jedzenia, a jego ciało było gorące. Bahram nie powiedział mu, że Khalid zmarł. Stało się to bardzo szybko, staruszek był mocno przygnębiony, a może i zły z powodu śmierci Fedwy, Esmerine i dzieci. Najwyraźniej powodem jego odejścia nie była zaraza, lecz apopleksja. Teraz już tylko Bahram czuwał przy Tybetańczyku w pogrążonym w ciszy kompleksie. Po jakimś czasie Iwang odezwał się zachrypniętym głosem:

— Ciekawe, czy Nadir wiedział, że byli zarażeni, i specjalnie ich odesłał, żeby nas uśmiercić.

— Po co miałby to robić?

— Może bał się pogromcy miriadów albo jakiejś dworskiej frakcji. Wcale nie musiał się z nami liczyć. A może to nie on… może nikt.

— Nigdy się nie dowiemy.

— To prawda. Całkiem możliwe, że cały dwór już nie żyje: Nadir, chan i cała jego świta.

— Oby tak było — wyrwało się Bahramowi.

Iwang tylko skinął głową. Zmarł o świcie, bez słowa, w męczarniach. Bahram rozkazał ocalałym mieszkańcom kompleksu owinąć twarze wilgotnymi chustami i przenieść wszystkie zwłoki do zamkniętego warsztatu tuż za pracownią chemiczną. Czuł, że nie było go w swoim ciele. Dziwiły go mechaniczne ruchy jego odrętwiałych kończyn i wypadające z jego ust słowa, których sam nie wypowiadał: zróbcie to, zróbcie tamto. Zjedzmy coś. Nieco później, wnosząc do kuchni wielki garniec, poczuł pod pachą zgrubienie. Usiadł na ziemi, jakby ktoś mu podciął ścięgna pod kolanami i pomyślał — przyszła kolej na mnie.

Z powrotem w bardo

Po takim zakończeniu nietrudno sobie wyobrazić smutek i przygnębienie, jakie zapanowały w ich małej jati, kiedy ponownie znaleźli się stłoczeni na czarnej posadzce w bardo. Któż mógł ich winić? Skąd mieli brać chęć i siły, aby dalej trwać? Nie widzieli żadnej nagrody za swoje działania, żadnego postępu, żadnej dharmicznej sprawiedliwości. Nawet Bahram nie potrafił się w tym dopatrzyć niczego dobrego, a nikt inny poza nim nawet nie próbował. Spoglądając wstecz, przez minione wieki, na niekończący się łańcuch ich kolejnych inkarnacji, zanim zmuszono ich do pociągnięcia łyku z fiolki niepamięci i zanim wszystko znów stało się dla nich niezrozumiałe, nie zauważyli, aby ich wysiłki zmierzały w jakimś konkretnym kierunku. Jeżeli bogowie mieli jakiś plan albo chociaż ustalony z góry sposób postępowania, jeżeli długi ciąg wcieleń miał ich dokądś zaprowadzić i jeśli to wszystko nie było tylko bezmyślnym kręceniem się w kółko, a czas sam w sobie układającym się w serie chaosem, to i tak nikt tego nie dostrzegał. Cała historia ich transmigracji zamiast być narracją, w której nie istniało pojęcie śmierci, na co mogłyby wskazywać ich pierwsze doświadczenia z reinkarnacją, stała się istną trupiarnią. Po co czytać dalej? Po co podnosić ich księgę z odległego kąta, gdzie się jej pozbyto z bólem i niesmakiem, i czytać dalej? Po cóż ulegać temu okrucieństwu, tej złej karmie, tej marnej intrydze?

Powód jest prosty: to wszystko się wydarzyło. Wydarzyło się niezliczoną ilość razy, tak jak i to, co przeżywali teraz. Nasze słone łzy wypełniają oceany. Nikt nie zaprzeczy, że to wszystko zdarzyło się.

A zatem nie ma wyjścia. Nie mogą uciec z koła narodzin i śmierci ani teraz, doświadczając go na sobie, ani później, kiedy będą o nim myśleć. Natomiast ich antologista, Stary Czerwony Tusz, musi wiernie relacjonować ich historie, musi zająć się rzeczywistością, w przeciwnym razie historie zgubią sens, a niezwykle ważne jest, aby coś znaczyły.

A więc nie ma ucieczki od rzeczywistości. Siedzieli dalej w bezruchu, tuzin smutnych dusz, stłoczonych razem w odległym kącie wielkiej sali sądu. Panował mrok i chłód. Idealnie białe światło trwało tym razem jedynie przez najkrótszą z chwil, niczym błysk w oku. Po chwili byli już z powrotem. Na wysokim podium szalały psy, demony i czarne bóstwa, które spowijała gęsta mgła, tłumiąca wszelkie odgłosy.

Bahram próbował coś powiedzieć, lecz żadna myśl nie przychodziła mu do głowy. Ostatnie dni spędzone na świecie wprawiły go w oszołomienie. Był gotów wstać i rozpocząć nowy dzień, przywitać kolejny poranek, a nawet dalej zmagać się z kryzysem nadchodzącym ze wschodu, radzić sobie z rozłąką, rozwiązywać problemy, jakie przynosiły ze sobą kolejne dni. Kryzysy i kłopoty — prawdziwe życie. To natomiast nim nie było. Już nie. Słone łzy śmierci w odpowiedniej chwili, gorzkie łzy śmierci przedwczesnej. Gorycz wypełniła przestrzeń jak dym. Lubiłem tamto życie! Miałem swoje plany!

Khalid siedział razem z nimi tak jak zawsze, jakby wcale nie opuścił gabinetu, i ciągle rozmyślał nad jakimś problemem. Na jego widok Bahram poczuł głęboki żal i smutek. Całe tamto życie przepadło. Gate gate para gate para sam gate bodhi svaha. Przeszłość przepadła, nawet jeśli nosisz ją w pamięci i tak jej nie ma. W czasie gdy toczyło się jego życie, wiedział doskonale, jak bardzo je kochał, mimo to ciągle żyt w stanie permanentnej tęsknoty za teraźniejszością.

Wszystko przepadło.

Reszta jati leżała bądź tłoczyła się na surowej posadzce wokół Kha-lida. Nawet Seid Abdul Aziz wyglądał na zdumionego. Oczywiście żałował samego siebie, lecz przede wszystkim był zdumiony i smutny, że musiał opuścić ten niespokojny i jakże ciekawy świat.

Minął jakiś czas, chwila, rok, wiek, a może nawet i kalpa, któż to potrafił stwierdzić w tym okropnym miejscu?

Bahram wziął głęboki wdech, zebrał się w sobie i usiadł po turecku.

— Posuwamy się do przodu — ogłosił stanowczym tonem. Khalid parsknął:

— Jesteśmy niczym myszy dla kotów — powiedział, wskazując na podium, gdzie odbywały się dalsze kurioza.

— Te bydlaki nie będą się z nami cackać. Zabiją nas dla przyjemności. Oni nie umierają, oni nic nie rozumieją.

— Zapomnij o nich — poradził Iwang — zrobimy to po swojemu.

— Bóg nas osądza i wysyła z powrotem — odezwał się Bahram. — Człowiek może tylko chcieć, lecz to Bóg o wszystkim decyduje.

Khalid potrząsnął głową.

— Spójrz tylko na nich! To przecież banda zawistnych dzieciaków, urządzających sobie zabawy! Nikt nimi nie dowodzi. Nie ma żadnego boga bogów!

Bahram spojrzał na niego ze zdziwieniem:

— Naprawdę nie dostrzegasz tego jedynego, obejmującego wszystkich pozostałych, tego, w którym wszyscy jesteśmy zanurzeni? Allaha, Brahmana czy jakkolwiek go zwą, tego jedynego, prawdziwego Boga Bogów?

— Nie. Nic takiego nie widzę.

— Bo nie patrzysz! Cały czas byłeś ślepy. Kiedy spojrzysz, wtedy zobaczysz. A kiedy Go zobaczysz, wszystko się zmieni. Wtedy wszystko będzie dobrze.

— Przestań już nas obrażać tymi niedorzecznościami! — ryknął gniewnie Khalid. — O litościwy Allahu, jeśli w ogóle istniejesz, czemuś poskąpił rozumu temu chłopcu! — Wierzgnął w stronę Bahrama. — O wiele łatwiej byłoby nam tu bez ciebie! Ty i to twoje cholerne „wszystko będzie dobrze”! Nic nie jest dobrze, jest beznadziejnie! A ty wszystko jeszcze pogarszasz tymi swoimi bredniami! Nie widziałeś, co się z nami stało, z twoją żoną i z twoimi dziećmi, z moją córką i wnukami? Wcale nie jest dobrze, przypomnij sobie dokładnie. To, że doznajemy tu halucynacji, wcale nie oznacza, że powinniśmy karmić się złudzeniami! Bahram poczuł się urażony.