Выбрать главу

— Nikt nie potrafi się tak łatwo poddawać jak ty — zaprotestował. — Za każdym razem się poddajesz. Stąd właśnie bierze się twój cynizm, ty nawet nie próbujesz. Brak ci odwagi, aby wytrwać!

— Idź do diabła! Ja się nigdy nie poddaję. Ja nie chcę iść przez życie, rozpowiadając dookoła kłamstwa. Spójrz na siebie! To ty nigdy nie próbujesz! Zawsze tylko czekasz, aż ja albo Iwang zajmiemy się najtrudniejszą robotą. Spróbuj choć raz się za nią wziąć! Przestań gadać o miłości i zabierz się do roboty! Spróbuj, a zobaczysz, jak trudno zachować pogodną twarz w obliczu bolesnej prawdy o rzeczywistości! Bahram żachnął się oburzony:

— Ja robię swoje. Zawsze robiłem swoje. Beze mnie już byście dawno wszystkiego zaniechali, zabrakłoby wam wytrwałości. Prawdziwa odwaga polega na tym, że zdając siebie sprawę z rzeczywistego stanu rzeczy, potrafisz skupić się na miłości. Bardzo łatwo jest się złościć, każdy to potrafi. To czynienie dobra jest najtrudniejszą pracą, utwierdzanie w nadziei. To jest właśnie najtrudniejsze: trwanie w miłości.

Khalid machnął lewą ręką:

— Wszystko się zgadza, ale tylko wtedy, kiedy potrafisz sprostać prawdzie o rzeczywistości. Mam już dosyć szczęścia i miłości. Żądam sprawiedliwości.

— Ja też!

— W porządku, zatem pokaż mi. Tak! Chcę, żebyś następnym razem, kiedy znów będziemy na tym żałosnym świecie, pokazał mi, co potrafisz. Mam nadzieję, że będzie to coś więcej niż tylko mamienie obietnicą szczęścia.

— Dobrze! Pokażę ci!

— Świetnie! — burknął Khalid, podniósł się z mozołem i pokuśtykał w stronę Seida Abdula Aziza i jednym zamaszystym kopniakiem powalił go na szeroką posadzkę.

— A ty co?! — wrzasnął groźnie. — Co masz nam do powiedzenia? Dlaczego zawsze musisz być taki zły? Bycie konsekwentnym nie jest wystarczającym wytłumaczeniem. Twój charakter też nie jest żadnym wytłumaczeniem!

Seid Abdul Aziz rzucił mu mordercze spojrzenie, podnosząc się i wysysając krew ze zdartych kłykci.

— Zostaw mnie w spokoju — powiedział niskim tonem, wbijając wzrok w Khalida, który zamierzył się, żeby kopnąć Seida po raz drugi, lecz w ostatniej chwili powstrzymał się i krzyknął: — jeszcze dostaniesz za swoje, obiecuję ci to!

— Zapomnij o nim — poradził Iwang — to nie on jest prawdziwym problemem, on zawsze będzie z nami. Zapomnij o nim, zapomnij o bogach. Postaraj się tworzyć wszystko po swojemu. Zobaczysz, że można stworzyć swój własny świat.

Księga V

Wątek i osnowa

Jedna noc może odmienić świat

Stróżowie Wrót rozesłali posłańców z wampumami, obwieszczającymi zebranie rady przy Pływającym Moście. Planowano mianować wodzem obcokrajowca, zwanego Zachodniakiem. Pięćdziesięciu sachemów zgodziło się przybyć na spotkanie, choć, jak wiadomo, nie oznaczało ono żadnego specjalnego wydarzenia. Wodzów było więcej niż sachemów, tytuł ten był dożywotni, a po śmierci wodza każde plemię mogło wybrać nowego, w zależności od sytuacji na wojennej ścieżce i od nastrojów panujących w wioskach. Tylko obce pochodzenie kandydata wyróżniało tę nominację. Kandydat od jakiegoś czasu mieszkał u Stróżów Wrót, a wśród Dziewięciu Narodów i Ośmiu Plemion szybko rozeszła się wieść, iż był on bardzo interesującą postacią.

Uratowała go wojownicza grupa Strażników, która wypuściła się daleko na zachód, aby zadać kolejny cios Siuksom, zachodniemu plemieniu graniczącemu z Hodenosaunee. Wojownicy zastali Siuksów w trakcie przeprowadzania tortur. Skazaniec wisiał na hakach wbitych w klatkę piersiową, a pod nim układano ogromny stos. Czekając w ukryciu na sygnał do ataku, wojownicy usłyszeli mocne i odważne słowa skazańca, który posługiwał się zrozumiałym dla nich wariantem dialektu Strażników Wrót. Mieli wrażenie, że wypatrzył ich już z daleka.

Częstym zachowaniem ofiary w trakcie tortur jest śmiech prosto w twarze oprawców, którym daje się do zrozumienia, że żaden ból zadawany przez człowieka nie jest w stanie zatriumfować nad duchem. W przypadku tego cudzoziemca było inaczej. Spokojnym tonem, w języku zbliżonym bardziej do narzecza Strażników Wrót niż Siuksów, zwrócił się do porywaczy:

— Bardzo niekompetentni z was oprawcy. Pasja nie rani ducha, pasja zawsze dodaje sił. Im bardziej mnie nienawidzicie, tym bardziej mnie wspieracie. To, co naprawdę boli, to być zmielonym jak żołędzie pod kamieniem młyńskim. Tam, skąd pochodzę, istnieją setki przyrządów do rozdzierania ciała, lecz to, co boli naprawdę, to obojętność oprawców. Wy ciągle mi przypominacie, że jestem człowiekiem pełnym pasji, a zarazem przedmiotem pasji. Cieszę się więc, że tu trafiłem i że już za chwilę wyzwolą mnie wojownicy o wiele potężniejsi od was.

Przyczajeni Seneka uznali to za niezaprzeczalny sygnał do ataku i z wojennymi okrzykami na ustach wyskoczyli z ukrycia i uderzyli na Siuksów, skalpując wszystkich, których złapali, i ratując jednocześnie skazańca, który przemawiał tak dobitnie i to w dodatku w ich własnym narzeczu.

— Skąd wiedziałeś, że tu jesteśmy? — zapytali go. Odpowiedział, że wisząc tak wysoko, dojrzał między drzewami ich błyszczące oczy.

— A skąd znasz nasz język?

— Dawno temu na zachodnim brzegu tej wyspy osiedliło się plemię waszych krewnych. To od nich nauczyłem się waszej mowy.

Opatrzyli go i zabrali ze sobą. Przez kilka miesięcy mieszkał ze Stróżami Wrót i Ludem z Wielkich Wzgórz nieopodal Niagary. Razem z nimi polował i towarzyszył im na wojennej ścieżce, a wieść o jego osiągnięciach rozchodziła się szeroko wśród Dziewięciu Narodów. Wszyscy, z którymi się spotkał, pozostawali pod jego wrażeniem i nikt się nie zdziwił, kiedy zaproponowano mu wodzostwo.

Na miejsce zebrania rady wyznaczono wzgórze na cyplu wcinającym się w Jezioro Canandaigua, gdzie po raz pierwszy na świecie pojawili się Hodenosaunee, wychodząc z ziemi jak krety.

Lud Wzgórz, Lud Granitu, Posiadacze Krzemienia i Tkacze Koszul, którzy dwa pokolenia wcześniej przenieśli się z południa z powodu złych stosunków z przybyszami zza wschodniego morza, udali się na zachód szlakiem Długiego Domu, przecinającego ziemie ligi ze wschodu na zachód. Rozbili obozowiska w pewnej odległości od głównej siedziby Strażników Wrót i zgodnie ze starymi obyczajami wysłali doń posłańców, obwieszczając przybycie. Sachemowie z plemienia Seneka potwierdzili dzień zebrania rady i ponowili zaproszenie.

Umówionego poranka, jeszcze przed świtem, wszyscy wstali, zwinęli posłania i skupili się wokół ognisk na szybkim posiłku z pieczonych ciastek ryżowych i wody klonowej.

Niebo było przejrzyste, jedynie na wschodzie unosiła się szara, rzednąca chmura, podobna do kunsztownych haftów na rąbkach kobiecych szat. Mgła na jeziorze wirowała wokół duchów sunących po tafli wody, spieszących się na naradę, odbywającą się najczęściej w tym samym miejscu i czasie co zebranie ludzi. Powietrze było chłodne i wilgotne i niczym nie zdradzało uciążliwego upału, który miał nadejść po południu.

Przyjezdne plemiona zgromadziły się na łęgach tuż przy brzegu jeziora, gdzie zajęły zwyczajowe miejsca. Do czasu gdy kolor nieba przeszedł od szarego do błękitnego, na miejscu zebrało się kilkuset ludzi, wysłuchujących Pozdrowienia Słońca, odśpiewanego przez jednego ze starszych sachemów z plemienia Seneka.