Plemię Onondaga opiekowało się Świętym Ogniem rady oraz wampumem ze wszystkimi prawami ligi. Ich stary, potężny sachem, Stróż Wampumu, wstał i w wyciągniętych ramionach zaprezentował białe i ciężkie pasy wampumów. Onondaga to główny ród, ich Święty Ogień rady stanowi centrum wszystkich rad ligi. Stróż Wampumu odtańczył drobnymi krokami niemrawy taniec wokół łąki, intonując pieśń, która dla większości zgromadzonych brzmiała jak niknący w powietrzu krzyk.
W centralnym miejscu rozpalono ogień i podawano sobie fajki. Mohawk, Onondaga i Seneka — bracia między sobą i ojcowie pozostałej szóstki, zasiedli po zachodniej stronie ognia. Oneida, Kajuga i Tuskarora po wschodniej, a nowe plemiona, Czirokezi, Shawnee i Choctaw po południowej. Słońce przebiło się ponad horyzontem, a jego światło zalało dolinę, niczym woda klonowa zatapiająca wszystko dokoła w letnich żółcieniach. Szary i brązowy dym wzbijał się w powietrze, łącząc się w jednolitą barwę. Był bezwietrzny poranek. Smugi nad taflą jeziora wyparowały, a na wschód od łąki, w koronach drzew rozśpiewały się ptaki.
Spomiędzy strzał cieni i świateł wyszedł bosy, niski, barczysty mężczyzna, z opaską posłańca na biodrach. Miał okrągłą, płaską twarz. Cudzoziemiec. Szedł ze złożonymi dłońmi, spoglądając skromnie w ziemię. Przeszedł pomiędzy młodszymi plemionami w stronę głównego ogniska, gdzie ofiarował swoje otwarte dłonie Honowenato, Stróżowi Wampumu. Stróż odezwał się do niego:
— Dziś zostaniesz wodzem Hodenosaunee. Z tej okazji zwyczaj nakazuje mi odczytać historię ligi, jaką przekazuje nam ten wampum oraz powtórzyć prawa ligi, które przez wiele pokoleń zapewniały nam pokój i sprawiały, iż przyłączały się do nas nowe plemiona od morza po Mississippi, od Wielkich Jezior po Tennessee.
Zachodniak skinął głową. Na jego piersiach widniały głębokie, zakrzywione blizny — pozostałości po urządzonej przez Siuksów ceremonii nabijania na haki. Jego twarz miała poważny wyraz, przywodzący na myśl oblicze sowy:
— To dla mnie prawdziwy zaszczyt. Jesteście najhojniejszym z narodów.
— Jesteśmy największą ligą narodów pod słońcem — rzekł Stróż. — Żyjemy na wysoko położonych ziemiach Długiego Domu, skąd we wszystkich kierunkach rozchodzą się wygodne szlaki.
W każdym z narodów jest osiem plemion, dzielących się na dwie grupy: Wilk, Niedźwiedź, Bóbr, Żółw oraz Jeleń, Bekas, Czapla, Jastrząb. Każdy członek Wilka jest bratem lub siostrą wszystkich innych Wilków, bez względu na to, z jakiego rodu się wywodzą. Więź pomiędzy Wilkami jest nierzadko silniejsza od więzi łączącej członków jednego rodu. Jest to więź ponad podziałami, jak wątek i osnowa w tkactwie i wyplataniu koszy. W ten sposób stanowimy jedną tkaninę i jako narody nie możemy się ze sobą nie zgadzać, gdyż to spowodowałoby rozdarcie tkaniny plemion. Brat nie może walczyć z bratem ani siostra z siostrą.
Dalej, Wilk, Niedźwiedź, Bóbr i Żółw, jako bracia i siostry, nie mogą zawierać między sobą małżeństw. Muszą wybierać swoich mężów i swoje żony spośród Jastrzębia, Czapli, Jelenia i Bekasa.
Zachodniak kiwał głową, wysłuchując kolejnych obwieszczeń Stróża, wypowiadanych namaszczonym głosem mężczyzny, który całe życie ciężko pracował, aby system ten mógł sprawnie działać. Zachodniaka ogłoszono członkiem plemienia Jastrząb, a następnego dnia miał razem z innymi Jastrzębiami rozegrać mecz lacrosse. Teraz jednak z intensywnością skupionego jastrzębia chłonął każde słowo gniewliwego starca, nie zważając na gromadzący się przy jeziorze tłum. Tłum zaś zajęty był swoimi sprawami. Zebrane przy ogniskach kobiety przygotowywały ucztę, a niektórzy mężczyźni zaczęli wyznaczać boisko do lacrosse na największej okolicznej łące.
Stróż zakończył wystąpienie, po czym Zachodniak zwrócił się do wszystkich w zasięgu głosu.
— To największy zaszczyt, jaki spotkał mnie w życiu — powiedział powoli, donośnym głosem, a jego akcent brzmiał obco, lecz zrozumiale. — Być przyjętym przez najwspanialszy naród na Ziemi to o wiele więcej, niż mógłby się spodziewać biedny włóczęga. Mimo wszystko ja zawsze miałem tę nadzieję. Spędziłem wiele lat, przemierzając waszą wyspę, i karmiłem się tylko tą myślą.
Ukłonił się głęboko, składając dłonie.
— Cóż za skromny człowiek — skomentowała Iagogeh, Ta, Która Słyszy, żona Stróża Wampumu — a do tego wcale nie jest taki młody. Już nie mogę się doczekać, co nam powie tego wieczoru.
— I jak poradzi sobie w rozgrywkach — dodała Tecarnos, Kapiąca Oliwa, jedna z siostrzenic Iagogeh.
— Ty lepiej pilnuj zupy — odpowiedziała Iagogeh.
— Dobrze, matko.
Sędziowie liniowi oczyścili boisko do lacrosse z kamieni, zakopali zajęcze nory i na przeciwległych końcach rozstawili wysokie słupki bramek. Jak zawsze w tego typu rozgrywkach plemiona Wilka, Niedźwiedzia, Bobra i Żółwia grały przeciwko Jeleniom, Bekasom, Jastrzębiom i Czaplom. Rozpoczęło się przyjmowanie zakładów. Zajmujące się tym osoby układały stawiane przedmioty w równych rzędach. Były to głównie rzeczy codziennego użytku i ozdoby, lecz również krzemienie, flety, bębny, sakwy z tytoniem i fajki, igły i strzały, a nawet dwa karabinki skałkowe i cztery muszkiety.
Obie drużyny i sędziowie wyszli na środek boiska. Reszta tłumu otoczyła pole szpalerem lub usadowiła się na pobliskim wzgórzu, skąd rozciągał się znakomity widok na całe widowisko. W meczu brały udział dwa dziesięcioosobowe zespoły; pięć celnych rzutów do bramki dawało zwycięstwo. Sędzia główny, jak zwykle, najpierw ogłosił podstawowe reguły gry: nie wolno dotykać piłki dłonią, stopą, kończynami, ciałem i głową, nie wolno umyślnie uderzać przeciwnika kijem. Następnie uniósł do góry piłkę wielkości mniej więcej jego pięści, uszytą ze skóry jelenia i wypełnioną piaskiem. Dwudziestu zawodników stanęło naprzeciw siebie, po dziesięciu na każdej połowie. Rozstawili obronę swoich bramek, po czym dwóch graczy z przeciwnych drużyn zbliżyło się ku sobie, aby walczyć o upuszczoną piłkę, która miała rozpocząć mecz. Kiedy sędzia upuścił piłkę, dookoła wybuchły głośne okrzyki, a on usunął się na bezpieczną odległość, skąd wraz z innymi czuwał nad przestrzeganiem reguł gry.
Kapitanowie obu drużyn z szalonym zapałem fechtowali kijami w walce o piłkę, okrągłe siatki na końcach kijów zamiatały ziemię i zderzały się ze sobą. Silne uderzenie w przeciwnika było zabronione, wolno było natomiast uderzyć kijem w kij przeciwnika — była to dość ryzykowna gra. Nieumyślne uderzenie w ciało dawało pokrzywdzonemu możliwość oddania strzału na bramkę przeciwnika. Pierwsi dwaj zawodnicy okładali się zajadle i sprytnie unikali ciosów, aż w końcu jeden z Czapli zgarnął piłkę, cisnął ją w tył, do jednego ze swoich. Zaczęła się gonitwa.
Przeciwnicy puścili się pędem za zawodnikiem przy piłce, który lawirował tak długo, jak mógł, a następnie jednym ruchem kija cisnął piłkę do swojego sprzymierzeńca. Kiedy upadała na ziemię, większość graczy znajdujących się w pobliżu od razu się na nią rzucała, brzmiały trzaski zderzających się ze sobą drewnianych kijów. Dwóch zawodników z przeciwnych drużyn pozostawało na obronie w pewnej odległości od młyna, w razie gdyby któryś z przeciwników przechwycił piłkę i ruszył w stronę bramki.
Wszyscy szybko przekonali się, że Zachodniak już kiedyś grał w la-crosse, najprawdopodobniej ze Stróżami Wrót. Nie był tak młody, jak reszta graczy, ani tak szybki, jak najszybsi z nich, ci jednak obstawiali się wzajemnie, tak że on musiał jedynie zmagać się z największym graczem z drużyny Niedźwiedzia, Wilka, Bobra, Żółwia, który, mimo niskiego wzrostu i krępej budowy, doskonale balansował ciałem, lecz i tak było mu daleko do zwinności Zachodniaka. Cudzoziemiec trzymał kij oburącz, jak kosę, nisko i z boku lub przed sobą, jakby w każdej chwili miał zamachnąć się i uwolnić piłkę. Przeciwnicy wkrótce się zorientowali, że piłka wyrzucona z takim zamachem nigdy nie sięgnęłaby celu, a kiedy sami próbowali tej sztuczki, Zachodniak wykonywał dziwny obrót i od razu sunął szybkimi zakosami do przodu, tak że krępy obrońca nie był w stanie dłużej się przy nim utrzymać. Kiedy blokowali go inni przeciwnicy, wtedy jego podania świstały w powietrzu jak strzały wypuszczane z łuku i jeśli cokolwiek można było im zarzucić, to chyba tylko to, że były bardzo silne, jako że koledzy z drużyny mieli poważne problemy z ich przyjmowaniem. Jeśli któremuś się to udawało, od razu zrywał się w stronę bramki, wywijając kijem w powietrzu, zmylając ostatniego obrońcę i krzycząc do wtóru rozentuzjazmowanego tłumu. Zachodniak nie krzyczał, nie wypowiedział nawet jednego słowa, grał, zatopiony w osobliwej ciszy, nie drwił z przeciwników i nie patrzył im w oczy, obserwował tylko piłkę i, przynajmniej tak to wyglądało, wpatrywał się w niebo. Grał niczym w transie, jakby wszystko mu się myliło, a jednak, kiedy pozostali gracze z jego drużyny byli ścigani i blokowani, on jakimś sposobem zawsze pozostawał odkryty i gotowy na przyjęcie podania, bez względu na to, jak bardzo przeciwnicy starali się go obstawić lub zabiegać mu drogę. Otoczeni towarzysze, usiłujący za wszelką cenę utrzymać kij w pozycji umożliwiającej podanie, zawsze odnajdywali Zachodniaka dokładnie tam, dokąd mogli podać, a on biegi, potykał się i ciągle gubił obstawę. Zręcznie odbierał błyskawiczne podanie i znów wypuszczał się w nieprzewidywalną pogoń. Biegał za plecami przeciwników, przecinał boisko pod dziwnymi i zdawać by się mogło niewłaściwymi kątami, aż w końcu, kiedy miał już odciętą każdą drogę ucieczki, nadarzała się okazja do podania. Po jednym z potężniejszych jego wyrzutów piłka zerwała kawał darni, który podskoczył w górę jak na sprężynie. Co za widok, komiczna gimnastyka! Tłum ryczał, kiedy zespół Jelenia, Bekasa, Jastrzębia i Czapli posyłał piłkę tuż pod rzucającym się obrońcą i prosto do bramki. Chyba nigdy wcześniej nie zdobyto tak szybko pierwszych punktów.