Biodra i ramiona przewiązali mu zdobnymi pasami, plecionymi przez zręczne dłonie kobiet w trakcie długich zimowych dni. Kiedy tylko przywdział pasy, od razu wyglądał w nich wyśmienicie — wojownik i wódz zarazem, mimo płaskiej twarzy i wąskich powiek. Nigdy w życiu nie widziała nikogo, kto wyglądałby tak jak on. Z pewnością nie był podobny do cudzoziemców, przybywających zza morza i lądujących na wschodnim wybrzeżu. Zrodziło się w niej wyraźne odczucie, że Za-chodniak nie jest jej do końca taki obcy, i wrażenie to sprawiło, że poczuła się dziwnie.
Podniósł oczy i podziękował za pomoc, a kiedy jej wzrok spotkał się z jego przenikliwym spojrzeniem, doznała przez chwilę silnego wrażenia swojskości.
Do głównego ogniska dorzucono wiązkę gałęzi i kilka dużych pni, dźwięk bębnów i grzechotek z żółwich skorup słychać było coraz wyraźniej, kiedy pięćdziesięciu sachemów Hodenosaunee zbierało się w kręgu, aby przystąpić do ceremonii mianowania. Za nimi zbierał się tłum, ludzie znajdowali dla siebie miejsca i siadali tak, aby wszyscy dobrze widzieli, tworząc coś w rodzaju szerokiej doliny o ścianach z ludzkich twarzy. Ceremonia mianowania wodza nie trwała tak długo jak ceremoniał pięćdziesięciu sachemów. Wystąpił sachem wnioskodawca i ogłosił nominację. W tym przypadku był to Duże Czoło z plemienia Jastrzębia, który idąc w koło wolnym krokiem, jeszcze raz i przy wszystkich opowiedział historię Zachodniaka, jak to natknęli się na niego, kiedy torturowali go Siuksowie, i jak pouczał Siuksów o bardziej wyrafinowanych i skuteczniejszych metodach tortur stosowanych w jego kraju. O tym, jak od razu posługiwał się nieznanym wariantem dialektu Stróżów Wrót i o jego wielkiej nadziei na odwiedzenie Ludu Długiego Domu jeszcze przed tym, jak porwali go Siuksowie. O tym, jak żył wśród Stróżów Wrót i uczył się ich zwyczajów, jak stanął na czele wojowników, by udać się z nimi w dół rzeki Ohio i odbić grupę Seneka z rąk Lakota, jak ich prowadził, myląc pościg i bezpiecznie doprowadził z powrotem do domu. Te i inne zasługi czyniły go wyjątkowym kandydatem na wodza, który cieszy się poparciem wszystkich znających go ludzi.
Duże Czoło mówił, jak sachemowie zatwierdzili wybór Stróżów Wrót, jeszcze zanim Zachodniak miał okazję udowodnić swoje umiejętności podczas meczu lacrosse. Rozległy się powitalne okrzyki, a Zachodniaka wprowadzono do kręgu sachemów. Jego płaska twarz lśniła od poświaty ogniska, a uśmiechał się tak szeroko, że jego oczy całkiem znikły w fałdach skóry.
Podniósł dłoń, wyrażając tym swoją gotowość do przemówienia. Sachemowie usiedli na ubitej ziemi, tak aby całe zgromadzenie mogło oglądać nowego wodza.
— To najwspanialszy dzień w moim życiu — rzekł — i dopóki żyję, zachowam w pamięci wspomnienie każdej jego chwili. Pozwólcie, że opowiem wam, jak do tego dnia doszło, gdyż dotychczas usłyszeliście jedynie część mojej historii. Urodziłem się na wyspie Hokkaido w wyspiarskim plemieniu Nippon, dorastałem jako mnich, aby później zostać wojownikiem, samurajem. Miałem na imię Busho.
W Nipponie panował inny porządek niż tutaj. Co prawda istniało coś na kształt zgromadzenia sachemów, lecz był tylko jeden władca, którego zwaliśmy cesarzem, oraz plemię wojowników, których szkolono, aby walczyli dla władców i zmuszali rolników do oddawania części ziemiopłodów. Odszedłem ze służby u mojego pierwszego władcy z powodu jego okrucieństwa względem rolników, w ten sposób zostałem roninem, wojownikiem bez własnego plemienia.
Żyłem tak przez wiele lat, przemierzając góry Hokkaido i Honsiu jako żebrak, mnich, pieśniarz i wojownik. Później na Nippon napadł lud z zachodu, z bodaj największej wyspy na wielkim jeziorze. Ów lud to Chińczycy; rządzą oni ponad połową tamtej części świata. Kiedy napadli na Nippon, żaden boski wiatr nie przyszedł nam z pomocą i nie zatopił wrogich kanoe, co dotychczas zawsze się zdarzało. Dawni bogowie opuszczali Nippon, być może działo się tak z powodu wyznawców Allaha, którzy opanowali wyspy wysunięte najdalej na południe. Tak czy inaczej, kiedy wody naszych mórz w końcu umożliwiły im przeprawę, okazało się, że są nie do zatrzymania. Wystawiliśmy do boju całą naszą artylerię, rozpięliśmy łańcuchy w wodzie, próbowaliśmy ognia, nocnych ataków z ukrycia, ataków na wodach morza wewnętrznego i zabiliśmy wielu z nich, lecz ciągle przybywali następni, flota po flocie. W końcu założyli na naszym wybrzeżu swój własny fort, z którego już nie potrafiliśmy ich wyprzeć. Fort znajdował się na długim półwyspie, który po miesiącu całkowicie wypełnił się ich ludźmi. Następnie zaatakowali od razu całą wyspę. Na wszystkich naszych zachodnich plażach wylądowały tysiące najeźdźców. Cały naród ligi Hodenosaunee byłby jedynie kroplą w obliczu chińskiego potopu. Walczyliśmy ofiarnie, nie poddając się, lecz w końcu musieliśmy wycofać się w góry, gdzie znaliśmy każdą jaskinię i wąwóz. Chińczycy wkrótce opanowali nasze równiny i nie było już Nipponu, mojego rodu i mojego plemienia.
Do tego czasu powinienem był umrzeć setki razy, jednak zawsze jakimś szczęśliwym trafem wychodziłem cało z kolejnych bitew. I często byliśmy bliscy zwycięstwa i znów musieliśmy uciekać i żyć w ukryciu, aby zadać cios innym razem. W końcu na całej wyspie Honsiu pozostała nas niecała setka. Wspólnie więc opracowaliśmy plan. Jednej nocy zebraliśmy się wszyscy i wykradliśmy Chińczykom trzy towarowe kanoe, ogromne statki, wielkości kilku waszych długich domów związanych razem i puszczonych na wodę. Pożeglowaliśmy na wschód, dowodzili na-mi ci, którzy już kiedyś dopłynęli na Złotą Górę.
Porwane przez nas statki łapały wiatr w płócienne skrzydła, przymocowane do długich tyczek wbitych w pokład, jak te, które pewnie wisieliście u cudzoziemców przypływających ze wschodu. Zarówno tutaj, jak i tam, większość wiatrów wieje z zachodu. Płynęliśmy na wschód przez wiele księżyców, a kiedy nie sprzyjał nam wiatr, dryfowaliśmy w wielkim prądzie morskim.
Kiedy dotarliśmy do Złotej Góry, od razu spotkaliśmy innych Nippończyków, którzy przybyli tam wcześniej, niektórzy przed kilkoma miesiącami, a inni nawet przed dziesiątkami lat. Było wśród nich wielu wspaniałych wnuków naszych osadników, mówiących starszą odmianą nippońskiego. Ucieszyli się na widok bandy samurajów, przybijających do brzegu. Powiedzieli nam, że jesteśmy niczym pięćdziesięciu trzech legendarnych roninów, gdyż chińskie statki zdążyły się już wedrzeć do wewnętrznego portu i ostrzelać wioski ze swoich potężnych dział i wyruszyć z powrotem do Chin, aby przekazać swojemu cesarzowi wieść, że jest nas tu jeszcze wielu do zgładzenia — wykonał gest pchnięcia, demonstrując, jak zadawano śmiertelny cios mieczem w kształcie wielkiej igły; jego twarz wykrzywiła się w przerażającym grymasie.
Postanowiliśmy pomóc naszemu plemieniu osadników, bronić ich wiosek i uczynić z tych ziem nowy Nippon, zachowując oczywiście w pamięci myśl o ewentualnym powrocie do domu. Kilka lat później znów pojawili się Chińczycy, tym razem nie na statkach wpływających przez Złotą Bramę, lecz pieszo, z północy, w towarzystwie dużej armii. Budowali po drodze mosty i drogi i dużo mówili o złocie, kryjącym się w masywach wzgórz. Wtedy po raz kolejny wytępiono Nippończyków jak szczury w spichlerzu, rozpędzono ich, wycieńczonych, na południe lub na wschód, w niedostępne góry, gdzie przeżył tylko jeden na dziesięciu.
Kiedy zbiegowie ukryli się bezpiecznie w jaskiniach i wąwozach, postanowiłem, że nie dopuszczę do tego, aby Chińczycy opanowali Żółwią Wyspę, tak jak opanowali wielką wyspę świata, leżącą na zachodzie… jakbym rzeczywiście mógł coś na to poradzić. Żyłem wśród lokalnych plemion i uczyłem się ich języka. Z czasem zacząłem przygotowywać się do wyprawy na wschód, przez pustynie i wysokie góry, przez jałowe zwaliska skał i piachu, spalone słońcem i chrzęszczące pod stopami. Przechodziłem przez góry o ogromnych skalistych szczytach poprzecinanych wąskimi kanionami. Dalej, na rozległym, wschodnim stoku, w górnym biegu waszych rzek ciągną się połacie traw, mieszkają tam stada bizonów i plemiona myśliwych, którzy żyją w przenośnych obozowiskach i wędrują za zwierzyną na północ i na południe. To bardzo niebezpieczni ludzie, którzy pomimo dostatku ciągle ze sobą walczą. Kiedy z nimi podróżowałem, starałem się trzymać na uboczu. Szedłem na wschód, aż natknąłem się na niewolniczych chłopów, pochodzących z Hodenosaunee. Z tego, co mi powiedzieli, w języku, który ku mojemu zdziwieniu całkiem dobrze rozumiałem, wynikało, że Hodenosaunee to pierwszy naród, o jakim słyszałem, który byłby w stanie powstrzymać inwazję Chińczyków.