Zlożył dłonie i ukłonił się.
Sachemowie powstali. Odezwał się Stróż:
— To więcej niż jedna propozycja. Zajmiemy się najpierw pierwszą z wymienionych, gdyż w niej mieszczą się wszystkie pozostałe.
Sachemowie zebrali się w niewielkich grupach i rozpoczęły się narady. Skalny Grzmot jak zwykle mówił bardzo szybko i z tego co usłyszała Iagogeh, wynikało, że popierał Zachodniaka.
W takich sprawach decyzje musiały być podejmowane jednomyślnie. Sachemowie każdego narodu dzielili się na klasy, po dwóch lub trzech w każdej. Kiedy uzgodnili wspólny punkt widzenia, wtedy jeden z nich dołączał do przedstawicieli pozostałych klas ze swojego narodu — czterech od Stróżów Wrót i Moczarników. Ci również naradzali się przez jakiś czas i pod koniec dyskusji wypuścili po jednej chmurze z fajki. Wkrótce z każdego narodu wybrano po jednym sachemie, który prezentował stanowisko wspólplenieńców.
Tej nocy konferencja ośmiu przedstawicieli trwała na tyle długo, że ludzie zaczęli się dziwnie im przyglądać. Kilka lat temu, podczas obrad nad problemem cudzoziemców ze wschodniego wybrzeża, rada nie osiągnęła jednomyślności. Całkiem przypadkiem, a może i świadomie, Zachodniakowi udało się przywołać jeden z najważniejszych i nadal nierozwiązanych problemów ich czasów. Stróż zarządził przerwę w obradach i zwrócił się do wszystkich:
— Sachemowie zbiorą się ponownie nad ranem. Mają przed sobą nie lada problem i nie rozwiążą go tej nocy, poza tym nie chcielibyśmy dłużej odkładać tańców.
Większość od razu przyklasnęła Stróżowi. Zachodniak ukłonił się nisko sachemom i dołączył do pierwszego korowodu, tańczącego w rytm grzechotek z żółwiowych skorup. Chwycił jedną grzechotkę i zaczął potrząsać nią energicznie. W jego tańcu była ta sama osobliwość co w fechtowaniu kijem do lacrosse. Jakaś dziwna płynność znaczyła jego gesty — całkiem odmienne od tanecznych ruchów wojowników Hodenosaunee, którzy wykonywali coś na kształt zwinnych i dynamicznych ataków z tomahawkiem, wyskakując co rusz w powietrze i nieustannie śpiewając. Na ich ciałach wystąpił pot, a swój śpiew przerywali miarowymi i głębokimi wdechami. Zachodniak przyglądał się korowodowi z uśmiechem podziwu i potrząsał głową, dając do zrozumienia, jak bardzo tancerze przewyższają go swoimi umiejętnościami, a tłum, zadowolony, że w końcu znalazła się dziedzina, w której ich wódz nie był najlepszy, śmiał się i ruszył do tańca. Zachodniak przeszedł na tył. Tańczył z kobietami, naśladując je, a sznur tancerzy obszedł ognisko, boisko do lacrosse i wrócił do ogniska. Zachodniak wyszedł z korowodu, wyciągnął z sakiewki garść zmielonego tytoniu i kładł po szczypcie na język każdemu, kogo mijał, łącznie z Iagogeh i innymi kobietami, które w swoich zgrabnych pląsach miały szansę dłużej wytrzymać niż podskakujący wojownicy.
— Tytoń szamana — wyjaśniał każdej częstowanej osobie. — Podarunek szamana dla tancerzy.
Ziele miało gorzki smak i wielu musiało je przepijać wodą klonową. Młodzi mężczyźni i kobiety nie przerywali tańców, ich kończyny poruszały się w ognistej poświacie, jeszcze bardziej lśniące i silniejsze niż wcześniej. Reszta tłumu tańczyła w miejscu lub spacerowała w pobliżu, omawiając ze sobą wydarzenia całego dnia. Wielu też przyglądało się mapie świata, sporządzonej przez Zachodniaka na piłce do lacrosse, która błyszczała w nocnym świetle rozjaśnionym łuną ognia, jakby posiadała wewnętrzny żar.
— Zachodniaku — zapytała po jakimś czasie Iagogeh — co to za ziele ten tytoń szamana?
Zachodniak odpowiedział:
— Dostałem je od narodu, z którym żyłem kiedyś na zachodzie. Dziś jest właśnie ta noc, kiedy wszyscy Hodenosaunee muszą odbyć wspólną podróż. Mam na myśli wędrówkę duchową, tym razem poza granice ziem Długiego Domu.
Przyjął podany mu flet, przyłożył palce do otworów i zagrał kilka nut, a później gamę.
— Aha — powiedział i przyjrzał się bliżej instrumentowi — w moim kraju otwory są inaczej rozmieszczone, ale i tak spróbuję.
Zagrał melodię tak przeszywającą, że wszyscy naraz poderwali się i zaczęli dziko tańczyć. Prędko przyzwyczaił się do nowej skali, a na jego twarzy odmalował się spokój.
Kiedy skończył, znów spojrzał na flet i rzekł:
— To była Sakura, a przynajmniej taki jest układ palców do Sakury. Wyszło z tego coś innego. Bez wątpienia wszystko, co mówię, trafia do was w podobnie zmieniony sposób. Tak samo wasze dzieci, to, co przejmą po was, zmienią po swojemu. Nie ma więc większego znaczenia, co dziś jeszcze powiem lub co wy zrobicie jutro.
Jedna z dziewcząt tańczyła w pobliżu, trzymając pomalowane na czerwono jajko, zwykłą zabawkę, jednak Zachodniak śledził ją wzrokiem, zaskoczony. Spojrzał przez ramię i dopiero wtedy wszyscy dostrzegli, że świeża rana na jego głowie otworzyła się i zaczęła krwawić. Przewrócił oczami, opadł na ziemię, jak rażony gromem, a z dłoni wypadł mu flet. Zawołał coś w obcym języku. Tłum ucichł, a ci, którzy byli najbliżej, usiedli.
— To już się kiedyś zdarzyło — oznajmił obcym tonem, zgrzytając zębami. — O tak! Wszystko powraca — wydał z siebie zduszony jęk — nie tyle ta noc, powtarzająca się w dokładnie ten sam sposób, lecz poprzednia wizyta. Posłuchajcie mnie. Przeżywamy wiele żyć. Umieramy i odradzamy się w kolejnych wcieleniach, do czasu aż będziemy żyć na tyle dobrze, aby już nie musieć się odradzać. Wcześniej byłem wojownikiem z Nipponu, zaraz… nie, z Chin — przerwał i zastanowił się chwilę nad tym, co powiedział. — Tak. Byłem Chińczykiem. To mój brat, Peng, przemierzył całą Żółwią Wyspę, kamień po kamieniu, spał w zwalonych pniach i walczył z niedźwiedzicą w jej gawrze, przebył całą drogę, aż tu, na górę, do tego obozowiska, do tego miejsca zebrania się rady. Opowiedział mi o tym, kiedy umarliśmy. — Zawył urwanie, rozejrzał się w koło, jakby czegoś szukał, po czym zerwał się i pobiegł w stronę domu umarłych, gdzie przechowywano kości przodków. Każdy z nich miał swój indywidualny pochówek, który trwał na tyle długo, aby ptactwo i bogowie mogli oczyścić ich do białości. Następnie kości układano starannie w domu umarłych, znajdującym się u stóp wzgórza. Miejsce to bardzo rzadko odwiedzano, a w czasie tańców nikomu nie przyszłoby do głowy, aby się tam zjawiać.
Szamani jednak znani są ze swojej śmiałości. Przed domem umarłych zebrał się tłum. Poprzez szpary w ścianach, obłożonych korą drzew, przesączały się smugi światła pochodni Zachodniaka, który rozglądał się po całym wnętrzu. Nagle usłyszeli potężny okrzyk, zmieniający się we wrzask.
Zachodniak wybiegł na zewnątrz, trzymając w górze pochodnię i oświetlając nią zbielałą czaszkę, do której mamrotał coś w swoim języku.
Zatrzymał się przy ognisku i uniósł czaszkę tak, aby wszyscy dobrze się jej przyjrzeli.
— Widzicie! To jest właśnie mój brat. To ja! — Przytrzymał pękniętączaszkę przy swojej twarzy, tak że jej puste oczodoły skierowane byty w stronę zebranych. Rzeczywiście, kształtem i rozmiarem czaszka była zbliżona do jego głowy. Wszyscy zamarli.
— Opuściłem nasz statek na zachodnim wybrzeżu i powędrowałem w głąb lądu z dziewczyną, którą spotkałem po drodze. Szliśmy ciągle na wschód, w stronę wschodzącego słońca. Dotarłem tu w chwili, gdy zbieraliście się na naradę, taką jak ta, aby ustanowić prawa, według których żyjecie do dziś. Pięć narodów było ze sobą zwaśnionych i Daganoweda zwołał je na naradę, aby wspólnie zadecydować o zakończeniu walk w wielkich dolinach.