Mówił prawdę. Tak właśnie wyglądał początek historii Hodenosaunee.
— Widziałem, czego dokonał Daganoweda. Zwołał wszystkich i zaproponował zawiązanie ligi narodów, zarządzanej przez sachemów. Propozycję przyjęto jednogłośnie i podczas tamtego spotkania, w pierwszym roku, narodziła się liga pokoju, która od czasów pierwszej rady pozostała niezmieniona aż po dziś dzień. Podejrzewam, że wielu z was w waszych poprzednich wcieleniach również uczestniczyło w tamtym wydarzeniu, a może byliście wówczas po drugiej stronie świata i budowaliście klasztor, w którym dorastałem. Zaiste niezbadane są prawa reinkarnacji. Byłem tu, aby was bronić przez chorobami, które ze sobą przywlekliśmy. To nie ja zaprowadziłem u was te wspaniałe rządy, zrobił to Daganoweda razem z wami wszystkimi, ja w tym nie uczestniczyłem. Za to nauczyłem was, jak postępować ze strupami. To on przywlókł ze sobą strupy i pokazał wam, jak je nacinać, wkładać do ran i jak zbierać te, które tworzyły się na nowo, jak odprawiać rytuały ospy, jak składać ofiary i modlić się do boga ospy, abyśmy byli zdrowi na tej Ziemi i w niebie.
Odwrócił czaszkę do siebie i rzekł:
— To on tego dokonał i nikt się o nim nie dowiedział. Nikt go nie znał i nikt dziś nie pamięta ojego dokonania, nie istnieje o nim żaden zapis, jedynie od czasu do czasu pojawia się jego obraz w mojej pamięci i w umysłach tych wszystkich ludzi, którzy nigdy nie przeżyliby, gdy by nie on. Tym właśnie jest historia ludzkości. To nie generałowie, cesarzowie i prowadzone przez nich wojny, lecz anonimowe działanie ludzi, o których nigdy się nie pisze, choć dobro, które czynią, spływa na kolejne pokolenia jak błogosławieństwo. Wystarczy, że zrobisz dla obcych to, co twoja matka robiła dla ciebie, lub nie zrobisz tego, czemu się sprzeciwiała. W ten sposób dokonuje się postęp, dzięki temu stajemy się tym, kim jesteśmy.
Dalszą część przemowy wygłaszał we własnym języku.
Wszyscy przyglądali mu się w skupieniu, kiedy mówił do trzymanej w dłoni czaszki i czule ją gładził. Ludzie stali jak zaczarowani, a kiedy nagle przestał mówić, aby posłuchać, co odpowiada czaszka, wszystkim się wydawało, że też słyszą słowa w jego dziwnej mowie podobnej do ptasiego śpiewu. I rozmawiali tak, aż w końcu Zachodniak rozpłakał się. Kiedy znów odezwał się do nich w dziwnej odmianie języka Seneka, wszyscy byli wstrząśnięci.
— Przeszłość wytyka nam błędy! Tak wiele żyć! A my zmieniamy się tak powoli! Myślicie, że to się nie dzieje, a jednak. Ty — skierował czaszkę w stronę Stróża Wampumu — kiedy spotkaliśmy się ostatnim razem, nie miałeś najmniejszych szans, aby zostać sachemem. O mój bracie, byłeś wówczas zbyt gniewny. Teraz za to już nie jesteś. A ty — powiedział, wskazując czaszką na Iagogeh, której serce w piersi zamarło — wcześniej nie wiedziałabyś, co począć z całą potęgą, którą dzisiaj dysponujesz. O moja siostro, nigdy wcześniej nie byłabyś w stanie nauczyć Stróża tak wiele.
— Dorastamy razem, dzieje się dokładnie tak, jak mówił nam Budda. Dopiero teraz możemy zrozumieć i przyjąć na swoje barki cały ciężar odpowiedzialności. Macie najwspanialszy rząd na świecie, nikt inny dotąd nie zrozumiał, że wszyscy ludzie na Ziemi to szlachetne istoty będące częścią Jednego Umysłu. To jest ciężar, rozumiecie? Musicie go nieść. Wszystkie nienarodzone życia czekające na swoją kolej zależą teraz od was! Bez was świat zmieniłby się w koszmar — mówił, unosząc w dłoni czaszkę niczym fajkę, którą za chwilę chciałby się zaciągnąć. Następnie wskazał nerwowo na dom umarłych. Rana na jego głowie krwawiła teraz obficie, płakał. Tłum wpatrywał się w niego z otwartymi ustami i razem z nim odpływał w świętą przestrzeń szamana.
— Wszystkie narody na tej wyspie są waszymi przyszłymi braćmi i siostrami. Tak waśnie powinniście ich pozdrawiać. Witaj, mój przyszły bracie! Jak ci się wiedzie? A oni rozpoznają wasze dusze jako swoje. Przyłączą się do was, jak młodszy brat do starszego, który potrafi wskazać drogę. Walka między braćmi i siostrami ustanie i liga Hodenosau-nee poszerzy się o kolejne narody i kolejne plemiona. Kiedy cudzoziemcy w swoich kanoe wylądują na waszych plażach, będziecie mogli przeciwstawić się im jako jedność, odeprzeć ich ataki, przejąć od nich to, co użyteczne, a odrzucić, co szkodliwe, i stawić im czoła, jak istotom równym sobie. Widzę, co się stanie w czasie, który jeszcze nie nadszedł. Widzę! Widzę! Widzę to! Ludzie, którymi kiedyś będę, śpią teraz i mówią do mnie, mówią przeze mnie, mówią, że wszyscy ludzie na Ziemi będą przyglądać się Hodenosaunee i podziwiać sprawiedliwość ich rządów. Wieść o nich będzie się nieść od jednego Długiego Domu do drugiego i docierać wszędzie tam, gdzie władcy ciemiężą swoich ludzi, którzy będą opowiadać sobie nawzajem o Hodenosaunee i o tym, jak może naprawdę wyglądać życie, jak można się wszystkim dzielić i jak zwykli ludzie mogą mieć swój wkład w bieg historii. Żadnych niewolników, żadnych cesarzy, żadnych podbojów i podporządkowania, ludzie jak ptaki na niebie! Jak orły szybujące w przestworzach. O, niech tak się stanie! Niech nadejdzie ten dzień! Ooo! Ochhhhhhh!
Zachodniak przerwał, wciągając powietrze głęboko do płuc. Podeszła do niego Iagogeh i obwiązała mu głowę, aby zatamować krwawienie. Bił od niego cierpki zapach krwi i potu. Spoglądał poprzez nią, a później w niebo, wzdychając.
— Ach! — Jak gdyby gwiazdy były ptakami, a ich blask migotaniem nienarodzonych dusz. Spojrzał na czaszkę, jakby zastanawiał się, w jaki sposób znalazła się w jego dłoni. Oddał ją Iagogeh. Podszedł do młodych wojowników i drżącym głosem zaintonował jedną z tanecznych pieśni, czym zdjął z nich unieruchamiający czar. Zerwali się więc na nogi i znów rozbrzmiały bębny i grzechotki, a tancerze otoczyli ognisko.
Zachodniak wziął czaszkę od Iagogeh, która czuła się, jakby oddawała mu jego własną głowę. Powoli udał się w stronę domu umarłych, zataczając się jak pijany i malejąc z każdym krokiem. Wszedł do środka już bez pochodni, a kiedy wyszedł i miał wolne ręce, przyjął podany mu flet i wrócił do roztańczonego tłumu. Stał w miejscu, chwiał się na nogach i grał z innymi muzykantami, dmuchając w instrument do rytmu, bez żadnej konkretnej melodii. Iagogeh dołączyła do tancerzy i mijając Zachodniaka, pociągnęła go za sobą do korowodu.
— To było wspaniałe — powiedziała — ta historia, którą opowiedziałeś, była naprawdę wspaniała.
— Nie pamiętam. Nie była zaskoczona.
— Nie było cię tam. Inny Zachodniak mówił poprzez ciebie i opowiedział bardzo dobrą historię.
— A sachemowie? Czy oni też tak uważają?
— Już my zadbamy o ich zdanie. Prowadziła go teraz przez tłum, przystając co chwilę i sprawdzając, jak się prezentował w towarzystwie tej czy innej panny, którą wybrała dla niego, on zaś w żaden sposób nie reagował na swaty. Tańczył, dmuchał we flet i patrzył to w ziemię, to w ogień. Wyglądał na wycieńczonego i przytłoczonego. Po kolejnym tańcu Iagogeh odprowadziła go od ogniska. Usiadł po turecku i z zamkniętymi oczami grał dalej, dodając do muzyki dzikie tryle.
Tuż przed świtem ognisko zmieniło się w kopiec szarego popiołu, żarzącego się tu i ówdzie na pomarańczowo. Wielu ludzi udało się na spoczynek do siedziby Onondaga, inni, skuleni jak psy i owinięci w koce, zasypiali na trawie pod drzewami, a ci, którzy nie spali, zasiedli w kręgach w pobliżu ogniska, śpiewali pieśni i snuli opowieści, wrzucając do żaru gałęzie i patrząc, jak zajmują się jasnym ogniem. Czekali na świt.
Lagogeh przechadzała się po boisku do Iacrosse, była zmęczona, lecz jej uda nadal drżały od tańca i szamańskiego ziela. Rozglądała się za Zachodniakiem, lecz nie mogła go znaleźć ani w domostwie, ani na łące, ani w lesie czy w domu umarłych. W końcu przyłapała się na tym, że zaczęła zastanawiać się, czy to całe niezwykłe wydarzenie nie było przypadkiem snem, w którym wszyscy uczestniczyli.