Niebo na wschodzie zrobiło się bladoszare. Iagogeh poszła nad jezioro, do wydzielonego miejsca dla kobiet, za porośniętą lasem mierzeję, aby wykąpać się i odświeżyć, zanim inni zjawią się w pobliżu. Zdjęła ubranie i, pozostając tylko w koszuli, weszła do jeziora, aż woda sięgnęła jej do ud, i zaczęła się myć.
Po drugiej stronie jeziora dostrzegła ruch. Czarna głowa zanurzyła się w wodzie. Od razu wiedziała, że to Zachodniak. Płynął jak bóbr albo wydra — może tym razem zmienił się w zwierzę. Jego głowę wyprzedzały miękkie fale, rozchodzące się dokoła po powierzchni wody. Sapał jak niedźwiedź.
Przez jakiś czas stała w bezruchu, a kiedy on postawił stopę na dnie, nieopodal mierzei, gdzie dno było muliste, odwróciła się i stanęła twarzą do niego. Kiedy ją zobaczył, zamarł. Miał na sobie tylko przepaskę, jak zeszłego ranka w trakcie gry. Złożył dłonie i ukłonił się nisko. Zbliżyła się do niego, rozgarniając ramionami wodę przed sobą i schodząc z piaszczystego dna w miękki muł.
— Chodź — powiedziała ściszonym głosem — już wybrałam dla ciebie. Spojrzał na nią spokojnym wzrokiem. Wyglądał teraz o wiele starzej niż poprzedniego dnia.
— Dziękuję ci — odpowiedział, dodając jeszcze kilka słów w swoim języku. To było imię, pomyślała, jej imię.
Ruszyli w stronę brzegu. Jej stopa zahaczyła o coś wystającego i Iagogeh wsparła się na ramieniu Zachodniaka. Na brzegu osuszyła się, strzepując palcami krople wody, i wciągnęła ubranie, podczas gdy on odzyskał swoją odzież i również się ubrał. Szli obok siebie aż do samego ogniska, mijali ludzi śpiących pod gołym niebem i innych, którzy, nucąc pieśni, przyglądali się wschodowi słońca. Iagogeh zatrzymała się przy jednej z uśpionych postaci. Była to Tecarnos, młoda kobieta, już nie dziewczyna, choć nadal niezamężna. Miała cięty język, była dowcipna, inteligentna i pełna energii. Śpiąc, nie okazywała jednak wielu z tych cech, a spod koca wystawała tylko jej zgrabna noga.
— Tecarnos — powiedziała Iagogeh miękkim tonem. Moja córka. Córka mojej najstarszej siostry. Należy do plemienia Wilków. To dobra kobieta, ludzie jej ufają.
Zachodniak skinął głową, trzymając przed sobą złożone dłonie i przyglądając się jej.
— Dziękuję ci.
— Porozmawiam o tym jeszcze z innymi kobietami, a później powiemy Tecarnos i mężczyznom.
Uśmiechnął się i rozejrzał dokoła, jakby przenikał wzrokiem wszystko, na co patrzył. Rana na jego głowie była nadal świeża i sączyła się z niej krew. Spomiędzy drzew na wschodzie przebijało słońce, a śpiewy wokół ogniska były coraz donośniejsze. Iagogeh odezwała się:
— We dwoje sprowadzicie na ten świat jeszcze wiele dobrych dusz.
— Miejmy nadzieję.
Położyła dłoń na jego ramieniu, tak jak wówczas, gdy wychodzili z jeziora.
— Wszystko może się wydarzyć. My jednak — mówiła, myśląc o ich dwojgu, o kobietach i o Hodenosaunee — postaramy się jak najlepiej wykorzystać daną nam szansę. Nic więcej nie możemy zrobić.
— Wiem — spojrzał na jej dłoń, spoczywającą na jego ramieniu, i na słońce przebijające się poprzez drzewa — może wszystko będzie dobrze.
Opowiadająca tę historię, Iagogeh, widziała wszystkie te wydarzenia na własne oczy.
Dużo później, kiedy jati znów zebrała się w bardo, po długich latach ciężkiej pracy przy odpieraniu ataków cudzoziemców osiedlających się przy ujściu Wschodniej Rzeki, po walce o ocalenie wspólnoty w obliczu nękających ją nowych chorób, po sprzymierzeniu się z ludźmi Zachodniaka, borykającymi się z podobnymi problemami na zachodnim wybrzeżu, po zrobieniu wszystkiego, co było w ich mocy, aby spleść ze sobą wszystkie narody i cieszyć się życiem w lasach ze swoimi krewniakami i wspólplemieńcami, Zachodniak podszedł do Stróża Wampum i rzekł doń dumnie:
— Musisz przyznać, że zrobiłem wszystko, czego ode mnie wymagałeś. Wyszedłem w świat i walczyłem o to, co słuszne! Znów udało się nam zrobić coś dobrego.
Idąc w stronę wielkiego gmachu, znajdującego się na podium sądowym w bardo, Stróż położył dłoń na ramieniu młodszego brata i rzekł:
— To prawda, młodzieńcze, spisałeś się świetnie. Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy.
W tej samej chwili spoglądał już na krajobraz bardo, z ogromnymi wieżami i flankami ciągnącymi się po horyzont. Był ostrożny, niezadowolony i skupiony na czekających go zadaniach. Cały porządek bardo zdawał się urządzony w jeszcze bardziej chińskim stylu niż poprzednim razem, podobnie zresztą było z innymi planami istnienia, a może był to tylko zbieg okoliczności, pozostający w nieokreślonym związku z przyjętą perspektywą. Tak czy inaczej wysoka ściana podium podzielona była na dziesiątki poziomów, a z każdego z nich przechodziło się do setek komnat — wyglądało to jak wnętrze ula.
Biurokratyczne bóstwo o imieniu Biancheng, czekające przy wejściu do labiryntu, wręczało każdemu przewodnik po procesie, który czekał ich na górze. Były to grube tomiszcza, zatytułowane Nefrytowy protokół i każde z nich miało po kilkaset bogato ilustrowanych stron, zapełnionych szczegółowymi instrukcjami i opisami najrozmaitszych kar, których mogli się spodziewać za przestępstwa i niegodziwości, jakich dopuścili się w ostatnich wcieleniach.
Stróż wziął jedną z grubych ksiąg, zamachnął się nią jak tomahawkiem i uderzył Biancheng, powalając go na usłany papierami kontuar, po czym rozejrzał się wkoło po długich kolejkach dusz oczekujących na sąd. Wszystkie przyglądały mu się z wielkim zdumieniem. Zawołał:
— Bunt! Rewolta! Rebelia! Rewolucja! — I nie czekając na reakcję, poprowadził swą niewielką jati do komnaty luster. Był to pierwszy etap długiego procesu, w którym dusze przyglądały się sobie, aby dostrzec, czym tak naprawdę są.
— Bardzo dobry pomysł — przyznał Stróż, wpatrując się w siebie i dostrzegając rzeczy, których nikt inny nie mógł dostrzec. — Jestem po — tworem — ogłosił. — Przyjmijcie wszyscy moje przeprosiny, szczególnie ty, Iagogeh, za to, że wytrzymałaś ze mną ostatnim razem i wcześniej też. Ty młodzieńcze również przyjmij moje przeprosiny — skinął głową w stronę Busho, którego poznał jako Zachodniaka. — Mamy jeszcze sporo do zrobienia. Zamierzam obrócić całe to miejsce w zgliszcza — mówiąc te słowa, rozglądał się po komnacie za czymś, czym mógłby rzucić w lustra.
— Zaczekaj — powiedziała Iagogeh która czytała właśnie swoją kopię Nefrytowego protokołu, przewracając pośpiesznie kolejne strony. — Z tego, co pamiętam, bezpośrednia napaść nie daje żadnych efektów. Dopiero teraz zaczynam sobie przypominać pewne rzeczy. Musimy uderzyć w sam system, a do tego potrzeba sposobu. Oto i on: tuż przed odesłaniem nas z powrotem na świat, bogini Meng podaje każdemu fiolkę niepamięci.
— Nie pamiętam niczego takiego.
— O to właśnie chodzi. Wchodzimy w każde kolejne życie całkowicie nieświadomi naszych przeszłych wcieleń. W ten sposób jesteśmy skazani na nieustającą walkę, gdyż nie wyciągamy nauki z czasów, które minęły. Musimy za wszelką cenę tego uniknąć. Posłuchajcie mnie i zapamiętajcie moje słowa: kiedy znajdziecie się w stu ośmiu komnatach bóstwa Meng, niczego nie pijcie! Jeśli będą was zmuszać, udajcie, że pijecie, lecz wyplujcie, kiedy tylko was puszczą. — Czytała dalej — i oto znajdujemy się w Rzece Ostateczności, w rzece krwi, łączącej ten plan istnienia ze światem ludzkim. Jeśli dotrzemy tam z nietkniętym umysłem, wtedy z pewnością będziemy mogli działać skuteczniej.