Выбрать главу

Na skraju długiej ławy po lewej zwolniło się krzesło. Wysoki i chudy jak tyczka lotnik mrugnął do Święckiego, gdy ten mijał go zręcznie, aby zająć upatrzone miejsce przed dziewczyną w mundurze służb technicznych.

– Wybacz. – Henryan uśmiechnął się do niej, zwinnie wsuwając tackę w zagłębienie blatu.

Ostrzyżona przepisowo blondynka wydęła pogardliwie usta i ruszyła w stronę następnego stolika.

– Prawo dżungli. – Siedzący naprzeciw technik wyszczerzył równiutkie białe zęby. – Sierżancie Pry… ze…

– Prydeinwraig – poprawił go odruchowo Święcki. – Ale nie łam sobie języka. Mówią na mnie Pry.

– Tregvas – przedstawił się tamten. – Kapral Tregvas, lokalne tanie przewozy pasażerskie… – Gdy dostrzegł zdziwienie rozmówcy, dodał szybko: – Śmigam wahadłowcem na Betę.

Podali sobie ręce.

– Tutaj zawsze taki tłok? – zapytał Henryan, nabierając pierwszą łyżkę papki.

Lotnik spojrzał na niego z zaciekawieniem.

– Kolega sierżant nowy?

Święcki skinął głową, przełykając gorący kęs.

– Wczoraj zamknięto sektor pierwszy, technicy i wojo mieszkają teraz razem – wyjaśnił Tregvas. – Dodatkowe dwieście gąb do wyżywienia musiało się odbić na przepustowości tej mesy. Co widać zwłaszcza po zakończeniu każdej zmiany.

– Wiecie, dlaczego wyłączyli z obiegu całą jedynkę? – zapytał Henryan.

– Szykują ją dla gości. – Lotnik ściszył konfidencjonalnie głos. – Ponoć ma nas odwiedzić ktoś ważny.

– I to nawet niejeden – mruknął Święcki.

– Kolega sierżant wie coś więcej?

Nie odpowiedział od razu. Przeżuwał przez chwilę kawałek wołowiny z pokładowej uprawy mięsa, zastanawiając się, czy nie palnął właśnie wielkiego głupstwa. Valdez opowiadał o wizycie delegacji, jakby to nie była żadna tajemnica, jednakże zwykły personel najwyraźniej nie miał o niczym bladego pojęcia.

– Za kilka dni zwali się tu pół senatu – odparł w końcu, uznawszy, że nie będzie to naruszenie tajemnicy służbowej.

– A niech mnie, wiadomość z pierwszej ręki! – Tregvas cmoknął z podziwem i odkładając sztućce, szybko dodał: – Kolega sierżant pracuje w centrum dowodzenia?

– Tak – odparł Henryan z pełnymi ustami.

– Można wiedzieć, na jakim stanowisku?

– W centrali łączności. – Odpowiedzi udzielił z pewnym opóźnieniem, dopiero gdy przepłukał usta wodą.

– Za Seiferta…

Siedzący obok Zajcew, czarnoskóry żołnierz kompanii wartowniczej, oderwał wzrok od posiłku. Teraz gapili się na niego we dwóch. Święcki oblizał powoli wargi.

– Chyba już pójdę – powiedział, chwytając tackę, na której wciąż było sporo jedzenia.

– Spokojnie, kolego sierżancie – odezwał się Rosjanin. – Nie gryziemy.

– Louismail, to znaczy Seifert – zaczął wyjaśniać Tregvas – grywał w reprezentacji grawikosza. Większość z nas go znała. – Wskazał głową zatłoczoną salę.

– Można powiedzieć, że był popularny – dodał czarnoskóry wartownik.

– Przydzielono mnie na zastępstwo – rzucił zmieszany Święcki. – Nawet…

– Przecież wiemy – uspokoił go Zajcew. – I nic do kolegi nie mamy. Szkoda marnować tyle dobrego żarełka – wskazał na tackę.

Henryan usiadł wygodniej i przysunął do siebie jedzenie, ale z jakiegoś powodu kolejny kęs zaczął mu nieprzyjemnie rosnąć w ustach.

– Wie kolega sierżant, co się z nim stało? – zapytał po chwili Tregvas, który najwyraźniej też stracił apetyt.

Święcki przełknął pikantną wołowinę i zapił ją wodą. Poczuł metaliczny posmak.

Siedzieli przez moment w milczeniu, wpatrując się w blat. Henryan też. Zastanawiał się właśnie, czy ci dwaj nie należą przypadkiem do Bogów i nie wrabiają go w jakąś aferę, gdy poczuł na ramieniu czyjąś ciężką rękę. Drgnął, zaskoczony, jakby go ktoś wrzątkiem oblał. Tacka z niedojedzonym posiłkiem poleciała w stronę Tregvasa, opryskując go całego. Henryan natomiast, zrywając się gwałtownie, oberwał w potylicę, aż mu zęby zadzwoniły. Syknął z bólu i odwrócił się z uniesionymi rękami, mając nadzieję, że czarni zrezygnują z bicia, jeśli podda się od razu. W kopalni to by nie zadziałało, ale tutaj, przy tylu świadkach…

Opuścił ręce tak szybko, jak je podniósł. Przed nim stał wystraszony grubas w poplamionym kombinezonie trzymający zgiętą tackę.

– Człowieku, wrzuć na luz – wysapał z wyrzutem, przyglądając się rozbryzgniętej papce. – Chciałem tylko zapytać, czy już kończysz jeść…

Święcki rozejrzał się po mesie. Panowała w niej kompletna cisza. Oczy wszystkich były zwrócone na niego. Tylko Tregvas patrzył na siebie, usiłując doczyścić bluzę.

– Przepraszam, kolego. Zaskoczyłeś mnie – wzruszył ramionami. – Chodź, kupię ci nową porcję.

Sięgnął do kieszeni po kartę i zbladł. Opuszkami palców trafił na zimny, twardy i cholernie znajomy kształt.

* * *

Znów musiał zużyć cały dzienny przydział wody, żeby domyć się po incydencie w mesie. Spora ilość sosu wylała mu się za kołnierz, gdy wstając raptownie, wytrącił obiad z ręki grubasa. Pomimo długiego prysznica nadal czuł ostrą woń. Osiem litrów wody, nawet rozbitych na drobną zawiesinę, nie było w stanie zmyć całego sosu.

Padł ciężko na koję i spojrzał na blat biurka. Mikrokryształ leżał tam, gdzie go położył. Był większy i pojemniejszy od poprzedniego. Powinien zameldować o nim Valdezowi i miał szczery zamiar to zrobić, ale jeszcze nie teraz. Najpierw musiał ochłonąć. I przemyśleć sytuację.

Ktoś pogrywał sobie z nim, i to jawnie. Drugi kryształ wsunięto mu do kieszeni w mesie. Albo na korytarzu przed wejściem do niej, gdzie również panował niezły ścisk, a on w dodatku – po rozmowie z porucznikiem – był rozkojarzony. Tak: albo korytarz, albo mesa. Czyli pół segmentu podejrzanych.

Wzrok Henryana powędrował raz jeszcze w kierunku mikrokryształu. Porucznik miał rację – to nie był żart. Pierwszy kontakt był tylko testem. Nośnik nie zawierał żadnych informacji, na wypadek gdyby przejęła go bezpieka. Ot, taki psikus kolegów na powitanie. Chyba miał cholernie dużo szczęścia, że zabrał wtedy kryształ ze sobą. Agenci przekopali całą kajutę i niczego nie znaleźli. Skoro okazał się czysty, może dadzą mu spokój… Nie, na to raczej nie mógł liczyć. Valdez miał rację.

O co im chodzi? Co chcą osiągnąć, narażając mnie przy okazji na odesłanie do kolonii karnej? Święcki nie znał odpowiedzi na te pytania i na tysiąc innych, które czekały w kolejce. Ale mógł to zmienić. Wystarczyło wstać, sięgnąć po naczolnik i umieścić kryształ w gnieździe. Zajęło mu to tylko kilka sekund.

Nie ma nic gorszego od niepewności, uznał, włączając przenośny wizualizator. Tym razem ciemność trwała znacznie krócej. Zgodnie z jego oczekiwaniami pojawił się napis. Nieco dłuższy niż poprzednio i bardziej tajemniczy:

JEŚLI CHCESZ POZNAĆ PRAWDĘ,

OBEJRZYJ TEN PRZEKAZ DO KOŃCA.

* * *

Nagranie przedstawiało wnętrze laboratorium medycznego ze stołem do sekcji pośrodku. Na lśniącym białym blacie leżał przypięty pasami magnetycznymi zwierzak. Wokół kręciło się parę osób w kombinezonach ochronnych. Naukowcy pobierali próbki, podłączali czujniki, sprawdzali aparaturę.

– Test numer trzysta osiemdziesiąt sześć – powiedział ktoś, gdy w polu widzenia pozostał tylko Suhur. – Obiekt pozyskany sześć godzin temu z dołów śmierci klanu Trzykrotnie Przebitej Tarczy. Stan terminalny. Włączamy wewnętrzne nanokamery.

W górnej części obrazu pojawił się zegar, w dolnej rząd dziesięciu okienek. Święcki najechał palcem na jedno z nich. Widok leżącego zwierzaka zmniejszył się i zastąpił go nowy obraz. Bardzo ciemny i dziwny. Mięsisty tunel, w którym poruszał się jakiś obły, oślizgły kształt. Henryan wskazał go palcem i natychmiast pojawiła się belka z informacją: „tahar” i krótkim, znanym mu jeszcze z kursu opisem. Obrzydlistwo pełzło w stronę kamery, wypełniając już niemal połowę obrazu. Widać było wyraźnie kilka włoskowatych witek zdobiących koniec segmentowanego cielska. Robal zakręcił nimi nagle, kierując mikroskopijny łepek w stronę brunatnej kropli zwisającej z jednego z wielu otworów. Witki smagnęły ściany tunelu, a gdy jedna z nich natrafiła na życiodajny tłusty płyn, obły koniec tahara rozszczepił się nagle na siedem części jak rozkwitający kwiat i w ułamku sekundy robal dopadł jednej z ostatnich kropel posoki starego wojownika.