Święcki sprawdził kolejne okienka – na większości widać było ujęcia dziwnych narządów, tyle że nie było tam żadnych robali. Zerknął na zegar. Wskazywał trzydziestą szóstą minutę testu, ale cyfry zmieniały się wyjątkowo szybko. Na belce informacyjnej widniała informacja: „Dwunastokrotne przyśpieszenie projekcji”.
Przeniósł wzrok na drgające śmiesznie ciało. Gdy konwulsje stały się silniejsze, sprawdził obrazy z trzech kamer opisanych „miękkisz”. Na żadnym nie było już taharów. Przełączył się na pozostałe obrazy i bardzo szybko znalazł robale, jednakże tam, gdzie ich być nie powinno. Szalały, przegryzając się przez tkanki różnych narządów, spijając i wysysając każdą kroplę brunatnej posoki, na jaką trafiły. Wyglądało to naprawdę okropnie. Po kilku minutach obserwacji Henryan jeszcze bardziej przyśpieszył projekcję.
Ciało pożeranego od środka Suhura znieruchomiało po jedenastu godzinach męki. Lektor opisujący eksperyment stwierdził między innymi, że: „Okaz numer trzysta osiemdziesiąt sześć zmarł o wiele szybciej niż obiekty poprzednich trzynastu testów, głównie z powodu podeszłego wieku i dużego osłabienia”.
Obraz ściemniał, ale na tle absolutnej czerni natychmiast pojawił się nowy napis:
WOLAŁBYŚ ZGINĄĆ W BITWIE
CZY DOCZEKAĆ TAKIEJ ŚMIERCI ZE STAROŚCI?
Święcki uśmiechnął się pod nosem. Odpowiedź była prosta.
BĘDZIEMY W KONTAKCIE, SIERŻANCIE.
Zdjął naczolnik, wydłubał kryształ z gniazda i spojrzał na niego w zamyśleniu. Podczas kursu przygotowawczego nie powiedziano mu wszystkiego. Nasłuchał się o okrucieństwie Suhurów, o krwawych rytuałach tej rasy i jej prymitywizmie. Dopiero przed chwilą zobaczył powód, dla którego Wojownicy Kości cenili sobie przemoc i śmierć. Jeśli to nagranie nie zostało sfabrykowane, rzucało na sprawę zupełnie nowe światło. I wiele tłumaczyło. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby przeżyć tak straszne męczarnie, zwłaszcza gdyby w jego kulturze nie znano środków uśmierzających ból?
Zaczynał powoli rozumieć, o co naprawdę chodzi Bogom. Podszedł do terminala i wybrał połączenie z numerem Valdeza. Holo migało przez kilka sekund, potem przybrało kształt zaspanej twarzy porucznika i zniknęło.
– Teraz jesteśmy na bezpiecznej linii, mów. – Gdy Valdez pojawił się znowu, oczy miał wciąż zapuchnięte, ale spojrzenie trzeźwe.
– Dostałem drugi kryształ – powiedział Święcki.
– Rozumiem. Przynieś go jutro do centrum. O dwunastej dostaniesz fikcyjne zatwierdzenie rozkazu naprawy nadajnika. Wsiądziesz do windy technicznej i pojedziesz nią na piastę. Sfera techniczna, poziom sto czwarty. Z rozkazem otrzymasz kody dostępu do tej części stacji. Spotkamy się na tarasach, pod kopułą obserwacyjną.
– Dlaczego akurat tam? Nie możemy porozmawiać w centrum albo…
– Nikt nie może wiedzieć o naszej rozmowie – przerwał mu Valdez. – Uwierz mi, Pry, to najrozsądniejsze miejsce, jakie przychodzi mi do głowy.
– Tam chyba będzie pełno ludzi?
– Już ty się o to nie martw.
OSIEM
System Xan 4, Sektor X-ray,
08.09.2354
Siedząc pod przezroczystą czapą z plastali, można było ogarnąć wzrokiem nie tylko nieskończoną czerń pustki czy kotwicowisko okrętów floty, ale i samą Betę. Stacja została umieszczona na orbicie stacjonarnej, nad równikiem, po dziennej stronie planety. Każdy członek załogi mógł tutaj przyjść w wolnym czasie, zawisnąć nad jednym ze stanowisk – kopuła nie wirowała jak reszta stacji, więc panowała tutaj nieważkość – i patrzeć do woli na absolutną czerń kosmosu, świetliki gwiazd i seledynowo-złoty krąg planety, po którym nad zarysami kontynentów leniwie przesuwały się ławice chmur.
Święcki nie wierzył w zapewnienia Valdeza, ale kiedy wysiadł z wagonika kolejki technicznej, rzeczywiście nie zobaczył nikogo. Przeleciał więc nad centralny sektor tarasów, przypiął linkę asekuracyjną do uchwytu stanowiska i zapatrzył się na majestatyczne dzieło matki natury. Ta planeta była tak inna od jego rodzinnej Sawy. Miała gigantyczny ocean, kontynenty, gęstą atmosferę, lodowe czapy, ale ani jednego księżyca.
– Dzięki, że przyszedłeś, Pry. – Porucznik zawisł nad sąsiednim stanowiskiem.
Henryan sięgnął do kieszeni i wyjął mikrokryształ. Ujął go w dwa palce, a potem rzucił w stronę Valdeza.
– Dostałem go w mesie – powiedział.
Porucznik chwycił szybującą wolno piramidkę.
– Obejrzałeś już zapis?
– Tak.
Święcki wiedział, że specjaliści potrafią wycisnąć z kryształów sporo informacji. Data ostatniego odtworzenia była jedną z nich. Nie opłacało się kłamać.
– Co na nim jest?
– Nagranie… – sierżant szukał przez chwilę odpowiedniego słowa – jakiegoś eksperymentu medycznego.
– Ciekawe… – Valdez wyjął z kieszeni hermetyczny pojemnik i schował do niego połyskującą zimno piramidkę.
– Kim oni są? – Henryan powtórzył swoje wcześniejsze pytanie, nie odrywając oczu od majestatu Bety.
– Tego niestety nie wiemy. Seifert i jego wspólnicy nikogo więcej nie sypnęli.
– Nie pytałem o nazwiska.
– Rozumiem. – Porucznik milczał przez chwilę, przybierając wygodniejszą pozycję. W końcu zaczął mówić. – Na początku były to tylko zwykłe wygłupy żołnierzy. Już w pierwszym roku misji mieliśmy prawie trzydzieści incydentów. Na szczęście niegroźnych. Większość udało się zatuszować…
– Zatuszować? Jak?
– Eliminując świadków. Zwierzaków było wtedy kilkanaście razy więcej niż teraz, a kleksów… Sam wiesz, ilu ich jest. Czasem pozorowaliśmy napad jednej bądź drugiej strony, ale najczęściej po prostu zwijaliśmy wszystkich, którzy coś widzieli, tutaj, na górę.
– Z przeznaczeniem na eksperymenty.
– Nie dramatyzuj, Pry. Naukowcy tak czy owak potrzebowali żywych obiektów do badań. Oni eksperymentowali na dostarczonym materiale i byli zadowoleni, a my niejako przy okazji likwidowaliśmy źródła zagrożenia. Liczyliśmy na to, że Bogowie zrozumieją w końcu, że zamiast pomagać Suhurom, wysyłają ich do laboratoriów. Zresztą po co ja się tłumaczę. Na Becie każdego dnia ginie sto razy więcej kleksów i zwierzaków, niż my załatwiliśmy przez rok w laboratoriach stacji…
– Mieliśmy rozmawiać o Bogach – przypomniał mu Święcki, wykorzystując moment ciszy.
– A o czym mówimy jak nie o nich? Najpierw były to zwykłe wygłupy, w których nikt nie widział niczego złego. Wiesz, jak jest z wojem. Naukowcy słali skargi do admiralicji, a od czasu do czasu raporty, stary reagował stosownie do przewinień, pakując winnych do brygu albo ich degradując, i jakoś się żyło. Niestety z biegiem czasu coraz więcej żołnierzy ulegało fascynacji zwierzakami. Nie pytaj mnie dlaczego. Nieraz zastanawiałem się, co może pociągać nas, ludzi, w tych prymitywnych i odrażających istotach, ale nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie. Z wiadomych powodów nie mogliśmy wprowadzić pełnej rotacji załogi. Rząd robi co w jego mocy, żeby istnienie odkrytych na Xanie 4 ras pozostało w tajemnicy. I chyba słusznie… – Porucznik zamilkł ponownie, gdy od strony najbliższego wejścia dobiegł głośniejszy stukot. Święcki, widząc jego reakcję, zrozumiał, że nie tylko on jest przewrażliwiony. Valdez zareagował równie nerwowo jak on wczoraj w mesie. – O czym to ja… A tak, mniej więcej pod koniec trzeciego roku misji zaczęły się konkretniejsze kontakty. Nie chodziło już o żarty z naukowców, ale o znacznie poważniejsze sprawy.
– Na przykład?
– Na przykład ktoś ostrzegał klany przed niebezpieczeństwem. Kleksy radziły w Treb’aldaledo o ataku na jakąś sadybę, a kilka godzin później wiadomość o tym docierała do suhurskich kapłanów i mieliśmy gotową rzeźnię. Czasami dowiadywaliśmy się o wszystkim po czasie, gdy zwierzaki opiewały jakąś wyjątkową masakrę w pieśniach. Tak, wiem, te ich brzęczenia trudno nazwać pieśniami. Ani to rytmu nie ma, ani melodii. Zwykła kakofonia.
– My mieliśmy parę stuleci temu tak zwaną muzykę współczesną – wtrącił Henryan z ironicznym uśmiechem. Gdy słuchał suhurskich bardów, miał wrażenie, że odtwarza któryś z kryształów kolekcjonowanych przez matkę. – Była bardzo podobna.