Zebrało się tych kwiatów paproci ze dwa tuziny i Głupi Jaś musiał nieźle się nagłowić, by je wszystkie tak poukrywać, żeby podchmieleni uczestnicy mogli je odnaleźć bez trudu, ale nie za wcześnie. Większość Jaś porozsadzał w okolicy stawów na Czechówce, przy moście i obok jazu, bo tam miały się odbywać koncerty. Jeden postawił przy karczmie, kilka na cmentarzu pod drewnianym kościołem na szczycie skarpy, skąd widok na stawy i scenę był najrozleglejszy; i jeszcze w paprotnisku w wąwozie pod dworem, i pod sąsiekami z czerwonej cegły na obrzeżach skansenu, gdzie być może zabłąka się jakaś zakochana para.
Może Głupiemu Jasiowi przyszedł ten sąsiek do głowy, bo sam bardzo pragnął tak się zabłąkać. Nic dziwnego, miał prawo pragnąć: obiecała przecież, że przyjdzie.
Prawdopodobnie była od niego starsza. Zwyczajna, ale Jaś zawsze zwracał uwagę na zwyczajne kobiety. Nosiła okulary, miała włosy o wszystkich kolorach jesieni i żmijowe nadgarstki, szczupłe i wiotkie, z wyraźnymi błękitnymi żyłkami, drewniane bransoletki klekotały na nich niczym kastaniety. To w tych nadgarstkach się zakochał, chyba tak; w tych nadgarstkach i, bardziej banalnie, w szybkim uśmiechu rzuconym przez sklepową szybę.
Pracowała w sklepie ze zdrową żywnością. Jasio do takich sklepów nie chadzał, bo nie miał zbyt wiele pieniędzy. Tamtego dnia jednak, kiedy się do niego uśmiechnęła przez okno, zaszedł i kupił koszmarnie drogi syrop z gruszki i melisy, do tego jakąś dziwną herbatę, która mu wcale nie smakowała, i jeszcze coś, nie pamiętał już co, ale na pewno coś zupełnie zbędnego, bo taki już był głupi, ten Jaś.
Od tamtej pory zaglądał do sklepu co kilka dni i kupował coś, czego nie potrzebował. Wymieniał z dziewczyną przydługie spojrzenia i trochę bezmyślne uśmiechy, rzucał czasem żartem, trochę koślawym, bo żartować Głupi Jaś niezbyt potrafił. Jej to chyba jednak za bardzo nie przeszkadzało.
Głupi Jaś miał zresztą antytalent nie tylko do żartowania, ale i do ubierania się z gustem. Chodził ubrany byle jak i przeważnie się tym nie przejmował. Teraz jednak wydobył trzy ładne koszule, które zostały mu jeszcze ze studiów. Było mu łatwiej w tych koszulach, bo nie czuł się wtedy sobą. To ktoś obcy wchodził w Jasia i flirtował z panią ze sklepu. I to ten ktoś przed kilkoma dniami zapytał dziewczynę, czy nie wybrałaby się z nim do skansenu na obchody nocy świętojańskiej.
Zapytał, a ona odpowiedziała:
— Noc świętojańska? Tak, myślę, że się spotkamy. O zmierzchu, pod tą wielką lipą nad stawem.
Tak powiedziała, staromodnie. O zmierzchu pod lipą. Jak przed wojną, dawno temu. Jasiowi zaszumiało w głowie, jak zawsze, gdy umawiała się z nim jakaś dziewczyna. Bo Jaś, choć głupi, nie zaliczał się wcale do brzydkich.
Z tego szumu i z tej radości zapomniał zapytać o jej imię. Do tej pory bowiem ciągle mówili sobie per «pani» i «pan». Stanowiło to interesującą zabawę, grę, sprawiała im obojgu przyjemność. Jaś, mimo że głupi, potrafił być wyrafinowany. Z drugiej strony, czy może być lepsze miejsce i lepszy czas na poznanie swoich imion niż pod lipą o zmierzchu w noc św. Jana?
Z zadumy wyrwała go biała kózka w czarne łaty, ochoczo zmierzająca przez pokrzywy ku sąsiekowi z zamiarem schrupania tego nowego, osobliwego kwiatu, wyrastającego z kępy paproci. Głupi Jaś ostro nakazał jej wracać do stadka. Bursztynowe oczy kozy z poziomymi kreskami źrenic posmutniały. Pochyliła i przekrzywiła łeb niczym zawstydzony pies, ale Jaś nie miał zamiaru się z nią targować. Koza zarzuciła głową, wyraźnie urażona, ale podreptała z powrotem.
Przez ostatnie dni Głupi Jaś nie raz i nie dwa zastanawiał się, jak będzie wyglądać ta noc, ich noc, jego i dziewczyny o wężowych nadgarstkach.
Być może będzie to tak:
Głupi Jaś przyjdzie wcześniej, ale schowa się w wielkiej dziupli w wypróchniałym pniu lipy. Ona nadejdzie trochę później, gdy cienie zgęstnieją. Jaś będzie przypatrywał się jej długo, długo; i dziewczynie, i jej sukience białej jak światło księżyca, i wiankowi na jej głowie, bo to przecież noc świętojańska. Ona będzie chodzić obok lipy, wte i wewte, i żegotać drewnianymi bransoletami na żmijowych przegubach.
Aż wreszcie Jaś wyskoczy z dziupli i huknie niczym drzewne licho, niczym polny duch, a ona w krzyk. Aleś mnie przestraszył, powie. Spodoba jej się Jasiowa koszula w kwieciste hafty, powiązana na piersi rzemykami, spodobają jej się lniane spodnie i chodaki z łyka, bo wszyscy pracownicy skansenu dostali piękne stroje na ten wieczór. Od stawów sączyć się będzie muzyka, stłumiona przez odległość.
Do sceny stąd daleko, ale Jaś przyszykował w szuwarach nad stawem płaskodenną dłubankę. Pomoże dziewczynie wsiąść do łódki, ujmie wiosło i ruszą w poprzek stawu. A muzyka z każdą chwilą przybierać będzie na sile, taka muzyka, co to uderza do głowy i co pulsuje we krwi, bębny i gęśle, dzika, coraz dziksza; innej muzyki w ogóle nie powinno się grać w noc świętojańską. Kupią piwo w plastikowych kubkach, wypiją szybko, żeby poszło prosto do głowy i nie zalegało goryczą w żołądku, i pociągną pod scenę, do światła, jakby byli ćmami.
Już serca tętnią w rytm muzyki, już ręce w górze, już włosy opadają na twarz, już sukienka wiruje wokół ud dziewczyny, podobna do rozkwitającej malwy. Pot błyszczy na nagich ramionach, na meszku pod niedogolonymi pachami, na dekolcie, w którym wzrok Jasia gubi się śmiało, lecz nienachalnie, bo Jaś jest może i głupi, ale na pewno nie jest chamem. Jej dłonie, jego dłonie; jej oddech, jego oddech; jej usta, jego usta. Ciała poszukują się nawzajem, ciała mają swoją mądrość.
Więc wymkną się spod sceny, ze światła na powrót w noc. Pewnie wypiją jeszcze po piwie albo po dwa, żeby gwiazdy bardziej zawirowały na niebie, żeby ciemność bardziej pociemniała. I puszczą wianek z czarnym nurtem Czechówki, i zaszyją się w paprotnisku pod dworem, gdzie nie zagląda nikt, tylko księżyc. I wsłuchają się nawzajem w mądrość swych ciał, i szczupłe ramiona dziewczyny oplotą mocny kark Jasia, i poznają swoje imiona, by móc je szeptać albo krzyczeć. I trawa będzie pachnieć rosą, a dziewczyna będzie smakować cierpko, jak owoce porzeczki, czy może raczej aronii.
Bo to będzie taka noc.
Wieczór pogłębił się, cienie wydłużyły, a niebo nabrało bizantyjskich barw. Szorstka koszula trochę gryzła, ale gryzła przyjemnie. Głupi Jaś przepatrywał tłum, który zdążył się już zebrać pod stawami na Czechówce. Muzyka już szła, śpiewały grube babki w kolorowych spódnicach, ludowy zespół z Dąbrowicy. Nudno i grzecznie, no ale słońce wciąż nie zaszło, nie czas jeszcze na prawdziwą muzykę świętojańską, muzykę z krwi i ciemności.
Nie zdziwiłby się, gdyby nie przyszła. Tak łatwo było zakpić z Głupiego Jasia, tak łatwo wystawić go do wiatru. Pewnie nawet nie miałby jej tego za złe.
Kiedy więc ujrzał ją wreszcie, serce załopotało mu skowrończo pod samym gardłem. A więc przyszła. Ale bynajmniej nie jako gość.
Krzątała się przy straganie z żywnością, grzejąc w piecu owsiane ciastka, lejąc do kubków chlebowy kwas, podobno z Litwy, i krojąc grube pajdy pieczywa podawanego ze smalcem i kiszonym ogórkiem. Na kilkanaście kroków wokół pachniało chlebem i drożdżami. W ogóle kramów było co niemiara, nie tylko z jedzeniem, ale i z drewnianą albo miedzianą biżuterią, z kosmetykami ziołowymi, z kalendarzami rolniczymi i książkami o wróżbach, czarach i innych rzeczach, których nie ma.