Выбрать главу

Jaś, wtedy jeszcze nie głupi, uczył się przyzwoicie, i choć na wymarzoną weterynarię się nie dostał, poszedł na zootechnikę. A studia, wiadomo, kosztują — chociaż Jaś dorabiał roznoszeniem ulotek i pracował chwilę w sklepie zoologicznym, a po maturze pojechał do Niemiec zbierać ogórki, to i tak było mało i mało. Ojciec zaczął więc w wakacje dorabiać przy pracach rolniczych, bo mężczyźni z maleńkich miasteczek potrafią różne rzeczy.

I tak się jakoś złożyło, że upał, że sierpień, że pył i zaduch, bo ojciec robił przy sieczkarni. Zrobiło mu się na chwilę duszno, więc wyszedł się przewietrzyć, potem wrócił jeszcze na moment do środka, a potem karetka zabrała go do szpitala i zanim ktokolwiek zdążył się zdziwić albo przestraszyć, trzeba go było pochować. Może zawał, może zator albo może zakrzep, a zresztą jakie to teraz miało znaczenie. Był chłop, nie ma chłopa, a taki był silny, byk, nie człowiek; tak potem mówili.

Jaś zbierał wtedy w Niemczech te pieprzone ogórki. Póki nie wrócił, matka nic mu nie powiedziała, bo znała go jak nikt na świecie. I może zrobiła dobrze, a może zrobiła źle, ale taka to już była kobieta, bo takie bywają w maleńkich miasteczkach. Z początku jej syn przyjął wszystko spokojnie. Dopiero po tygodniu czy dwóch coś się w Jasiu urwało.

Miał jakieś egzaminy poprawkowe we wrześniu, ale nie podszedł do żadnego. Coś czarnego rozsiadło mu się w głowie i zjadało od środka, aż zjadło niemal doszczętnie i z Jasia pozostało samo zewnętrze. Rozpięta na szkielecie skóra, włosy, trochę mięsa. Ale poza tym nic.

Tak to Jaś został Głupim Jasiem, bo nie można być mądrym, kiedy coś zje człowieka od środka. Spędził jakiś czas w specjalnym domu, w którym nigdy nic się nie działo, jakby znajdował się poza światem. Może ten dom był tylko snem. Czasem jednak wydawało się, że to cały świat jest jedną wielką obłąkańczą ułudą, bo nic w nim do niczego nie pasuje i takiego świata nie może być albo być nie powinno; i że tylko specjalny dom dla głupich ludzi jest prawdą, a wszystko poza nim — jeden majak.

Przepisali mu tam leki, a po pewnym czasie wypuścili. Łykał tabletki i czerń nie wracała; może zresztą nawet nie dlatego, że bała się tych tabletek, lecz dlatego, że w Jasiu nie pozostało już nic, co warto by zjadać.

To było przed dwoma laty. Jaś nie podjął już studiów; próbował, ale wiedza jakoś nie chciała się trzymać jego głowy, jakby powierzchnia mózgu wyschła na żwir. Szukał chwilę pracy, aż jakoś trafił mu się ten skansen. Najniższa krajowa. Akurat tyle, żeby przeżyć i żeby było na leki. Od świtania do zmierzchania, lato czy zima. W sam raz dla Jasia. Takiej pracy było mu trzeba.

Matce powiedział, że jest opiekunem zwierząt. Brzmiało to o wiele lepiej niż pastuch, a matka sprawiała wrażenie dumnej, że jej syn mimo głupoty jakoś sobie radzi. Ale nie odwiedzała go w Lublinie, bo puchły jej nogi i źle znosiła podróże, i pewnie tak było lepiej.

Trzech rzeczy Głupi Jaś Bożenie nie opowiedział.

Jednej — że za każdym razem, ilekroć wracał ze swojego miasteczka do Lublina, na studiach czy potem, matka odprowadzała go na przystanek i dyskretnie, tak, by nikt nie widział, kreśliła mu na czole znak krzyża. Puchnące nogi puchnącymi nogami, ale szła zawsze. Czy upał, czy deszcz, czy mróz, taki, jaki bywa jedynie na wschodzie — szła. Czekała potem, oparta o starą, sękatą lipę obok przystanku. Jaś odjeżdżał i tak ją widział — mała, brzydka i pomarszczona figurka, jak wyrzezana z kawałka ciemnego drewna. Matka.

Drugą rzeczą, o której Głupi Jaś nie wspomniał, był strach. Strach przed tym, że przestanie sobie radzić i że coś się w nim złamie na nowo, strach przed chorobą matki i kosztownym leczeniem, bo matka wchodziła już w ten wiek, w którym nawet najzdrowsi chorują, strach, że w skansenie przestaną go potrzebować i znajdą kogoś na jego miejsce, a co innego mógłby taki Głupi Jaś robić. Takie strachy, zwykłe strachy, przyczajone gdzieś pod sercem, do których nikomu nie trzeba się przyznawać.

Żeby strachy nie uderzały zbyt często do głowy, Jaś czytał książki. Śmierdziel zaglądał mu niekiedy przez ramię i kazał, by poczytał trochę na głos, ale zawsze potem odchodził zniechęcony. Jaś twierdził, że czytanie pozwala oswoić życie, pozwala dowiedzieć się, czym ono naprawdę jest. Kocur prychał na to zniecierpliwiony. Po co czytać, jak ktoś walczy, zmaga się z czymś, je i dupczy, skoro można robić to samemu? Życie można poznać tylko żyjąc, i życie to walka, zmaganie się, jedzenie i dupczenie, koniec kropka. Czytanie jest dla tchórzy.

No więc właśnie. Trzecią rzeczą, o której Jaś nie napomknął ani słowem, była mowa zwierząt. Nie mógł sobie przypomnieć, czy poznał ją w domu dla głupich ludzi, gdzie wiele rozmawiał z ptakami w ogrodzie, czy było tak już wcześniej. Czasem wydawało mu się, że znał ją od zawsze, ale dopiero pobyt w odosobnieniu pozwolił mu zrozumieć ją lepiej. Oczywiście w specjalnym domu również nikomu się nie przyznał; tylko panie sprzątaczki nie mogły się nadziwić, że gołębie nie srają na parapet jego pokoju.

Taka to była Jasiowa historia, ta opowiedziana i ta nieopowiedziana.

* * *

Kiedyś przyśniło się Jasiowi, że jest kotem. Była noc, a on chodził po świecie. Chodził szczytami płotów i po dachach, i szło mu to tak naturalnie, że sam się sobie dziwił, że dotąd tego nie robił. Mógł się wspiąć, gdziekolwiek chciał, mógłby wspiąć się nawet do samego nieba, tyle że ziemia wydawała się znacznie ciekawsza. W niebie nic na kota nie czeka, kot jest stworzeniem ziemi i ciemności, nocnych szelestów i cichej śmierci. Cały mieści się w swoim ciele i dusza stanowiłaby dla niego zbędny balast.

W tym śnie Jaś nie miał duszy. Kończył się tam, gdzie jego pazury, gdzie koniuszek ogona i czubki uszu. Każdy ruch i każdy krok napawały go pełną zadowolenia przyjemnością i mógłby tak iść i iść dla samej rozkoszy ruchu. Nie czuł w sobie żadnego strachu i żadnej obawy i wydawało mu się, że waży niewiele więcej niż powietrze, że sam jest tylko zawirowaniem w przestrzeni, niczym innym. Nawet nie przypuszczał, że ludzkie lęki mogą być takim ciężarem. Nie ma od kota istoty bardziej z tego świata.

Miasto wzywało, szumiało w noc rozpiętą pod rudym niebem.

Jaś w kocim ciele przemykał z gracją po podwórzach i zapuszczonych ogrodach na tyłach kamienic. Wciskał się przez uchylone lufciki do piwnic po jednej stronie obcych domów, a wychodził z drugiej, gdzie nieznana ulica nęciła nowymi możliwościami. Znaczył teren moczem. Mordował małe, lękliwe stworzonka, wiodące swe nędzne żywoty tylko w tym celu, by zginąć w jego pazurach. Tłukł się z innymi kocurami i kopulował po wielokroć z chętnymi, rozmiauczanymi kotkami oraz z tymi, które nie wiedziały, że są chętne.

Był kotem.

Kiedy się zbudził, czuł się niezdarnie w ludzkim ciele. Bożena spała u jego boku, odziana jedynie w cieniutką warstwę potu i jej własny kobiecy zapach, ziemisty i ciężki. Migdałowy zaduch miłości skraplał się na szybie okna.

Dusza na powrót weszła w Jasia i zaczęła na nowo uwierać. Gryzła starymi lękami, tymi, o których nie wspomniał nigdy Bożenie; gryzła i nowymi. Bo Głupi Jaś był już z Bożeną dość długo i czuł, że nie może sobie dłużej pozwalać na bycie Głupim Jasiem. Życie we dwoje kosztowało więcej niż życie w pojedynkę, bo tak zawsze bywa. Rozumiał coraz wyraźniej, że to, co było wystarczające dla jednego Głupiego Jasia, to o wiele za mało dla Jana — ojca rodziny. I kiedy budził się nocą i widział przy sobie Bożenę, czuł, że inaczej się nie da. Że obecna tymczasowość nie może trwać wiecznie. A gdy przeminie, nie zostanie wtedy Jasiowi nic, zupełnie nic, czego mógłby się złapać.