Выбрать главу

Nie mógł już dłużej być Głupim Jasiem, paść krów i koni i robić zimnych okładów na ochwacone kopyta. Musiał znaleźć sposób, by zmądrzeć, i musiał znaleźć inną pracę.

W ciemnościach nocy obie te rzeczy wydawały mu się właściwie jednym i tym samym.

— Aleś ty głupi, Jasiu — śmiała się Bożena, kiedy kilka dni wcześniej spróbował w świetle dnia zwierzyć się jej z ciężarów swojego serca. — Przecież nie jest nam bardzo źle. Są tacy, co mają gorzej. Nie chcę, byś zmieniał pracę. Przecież widzę, że ci w niej dobrze. A ja cię kocham takiego głupiutkiego.

Ale Jaś wiedział swoje. W dodatku Kraken nie raz i nie dwa powtarzał mu, że kobiety myślą zupełnie co innego, niż mówią, a Kraken na pewno już tam dobrze wiedział, tyle ich się przewijało przez jego pokój. No i która kobieta chciałaby naprawdę takiego Głupiego Jasia, no która?

Żałował, że nie może być kotem.

— Można to łatwo zmienić. — Śmierdziel otarł się rankiem o jego łydki. Przytył w ciągu ostatniego roku, między tylnymi łapami urosła mu kula tłuszczu. Bożena rozpieszczała go jak mogła i ilekroć odwiedzała Jasia, przynosiła ze sobą kocie frykasy.

— Słucham?

— Nie ma nic trudnego w byciu kotem. Każdy może się tego nauczyć.

— Nie da rady tak po prostu zostać kotem. Kotem się rodzi.

Śmierdziel wskoczył na parapet. Zerknął chytrze na Jasia.

— Może tak — powiedział. — Może nie.

Kocur zabrał się do starannej toalety. Głupi Jaś znał Śmierdziela dobrze, więc cierpliwie patrzył, jak kot wylizuje sobie boki i grzbiet, jak ślini łapę i czyści swój nieładny, łasiczy pysk. Miał zamiar jeszcze wylizać swoją wielką, włochatą mosznę, czym zawsze doprowadzał Jasia do wściekłości, a Bożenę do pensjonarskiego chichotu; ostatnio jednak, z racji tuszy, trudno mu było sięgnąć we właściwe okolice, zrezygnował więc.

— Noc świętojańska za pasem. Stary Lublin to miasto tajemnic. Niejedno możesz znaleźć na kocich ścieżkach, jeśli odważysz się na nie zapuścić. Jest takie miejsce — podwórze, dziwne podwórze, wysoko ponad ulicą Kowalską. Nie można się tam dostać zwykłymi ludzkimi drogami. Wszystkie drzwi i wszystkie bramy dawno zamurowano. Od lat dziczeje ono i zarasta ciemnością jak brodatą pleśnią. Ludzie zapomnieli o tym miejscu, ale koty wiedzą i pamiętają. Raz do roku, w najkrótszą noc, paprocie porastające skruszałe mury zakwitają. Mienią się te kwiaty blaskiem, aż kłuje w oczy. Jeśli kto zerwie taki kwiat i wypowie życzenie, spełni się ono w najbliższym czasie.

— Każde życzenie?

— Niektórzy w ten sposób stali się kotami. — Śmierdziel wbił w Jasia natarczywe spojrzenie. — Porzucili swoje ciasne, poplątane dusze. Zostawili za sobą swoje pogmatwane sumienia. Nie jest to znów takie trudne.

— Nie potrafiłbym być kotem.

— Twój wybór. Nikt nie każe ci nim być. Idiota.

— Te koty — one nie zrywają kwiatów paproci dla siebie?

— A jakie życzenie może mieć kot? Bycie kotem to jedyne pragnienie jego serca.

Głupi Jaś nic nie odpowiedział. Wrócił do łóżka, ale nie mógł zasnąć, bo jego serce miało wiele pragnień.

* * *

Największą trudność sprawiło Jasiowi przekonanie Bożeny, by spędzili noc świętojańską oddzielnie. Było nie było, przypadała wówczas rocznica ich pierwszego prawdziwego spotkania. Nie rozumiała z początku nic a nic. Jaś, który był głupi i nie potrafił kłamać, powiedział jej więc prawdę:

— Idę poszukać kwiatu paproci. Wiem, gdzie go znaleźć.

— Znaleźliśmy jeden rok temu. — Bożena zdjęła z półki, z honorowego miejsca, kwiat z lipowego drewna.

— Ale wiem już, gdzie rosną prawdziwe.

— Ten jest wystarczająco prawdziwy. Przyniósł nam szczęście. Zresztą, jak chcesz. Pójdę z tobą.

— Muszę iść sam — zmieszał się Jaś.

— Nie rozumiem. Dlaczego?

— Bo to życzenie ma być dla ciebie niespodzianką.

Machnęła ręką, ale więcej nie drążyła. Być może miała z tym coś wspólnego inna Jasiowa niespodzianka, która błyszczała na serdecznym palcu Bożeny. Głupiemu Jasiowi jakimś cudem udawało się co miesiąc zaoszczędzić niewielką sumę pieniędzy, aż uzbierał tyle, ile trzeba. Kamień w pierścionku był niewielki i sztuczny, ale radość Bożeny jak najprawdziwsza.

Może więc przez wzgląd na ten pierścionek i na tę radość nie naciskała na wspólne spędzenie najkrótszej nocy w roku.

W sam świętojański wieczór po ciemniejącym niebie toczą się grzmoty, a powietrze ma posmak soli. Trakcja trolejbusu trzaska i sypie iskrami na skrzyżowaniach, gdy Jaś wraca od Bożeny do siebie.

Śmierdziel czeka już w bramie kamienicy przy Zamojskiej. Ruszają razem ulicą pod górę, w stronę Starego Miasta. Domy spoglądają na nich smutnymi oknami, zliszajowaciały tynk łuszczy się z fasad płatami. Miasto zdaje się wyludnione, nieliczni przechodnie suną po chodnikach niczym smętne duchy, z rzadka przemknie samochód. Studenci powyjeżdżali już na wakacyjną przerwę, w najpiękniejsze miesiące roku Lublin zawsze pustoszeje.

Wkrótce kocur odbija w bok, za katedrę, przypominającą jakieś uśpione w mroku przedpotopowe stworzenie; wydaje się, że gruchoczące w powietrzu grzmoty dobywają się z jej trzewi. Za katedrą ciągnie się Podwale — wąska, brukowana uliczka, z obu stron otoczona parterowymi domami z kamienia. W głębi, daleko, świeci jedna jedyna latarnia.

Ale Śmierdziel nie wiedzie Jasia w tamtą stronę. Skręca w mroczne, woniejące stęchlizną i kiszoną kapustą podwórze, na którego tyle wznosiła się ceglana ściana. Mur zdaje się podtrzymywać napierające od północy wzgórze Starego Miasta. Lublin leży bowiem na siedmiu wzgórzach i w siedmiu wąwozach. Bez wysiłku Śmierdziel wskakuje na ten mur; Jaś musi wgramolić się na kompostownik i podciągnąć z wysiłkiem.

Dalej pod szczyt przez gęstwę jarzębin i jaśminów. Zalane złocistym światłem Stare Miasto zwiesza się masywnymi bryłami kamienic i kościołów.

Umorusany ziemią i podrapany gałęziami Jaś wdrapuje się na szczyt, na rozświetlony latarnianym blaskiem Plac Po Farze. Tutaj ludzi jest więcej, nawet późną nocą, bo tu bije serce miasta. Z na wpół uchylonych drzwi knajp snują się korzenne i tytoniowe wonie.

— Nie mogliśmy dojść normalną drogą? — sapie zdyszany Jaś.

Śmierdziel nie zaszczyca go nawet prychnięciem i prowadzi w poprzek placu ku nisko sklepionej bramie, otwierającej uliczkę Ku Farze, igielne ucho Starego Miasta, tak wąską, że idąc nią, można dotknąć obu ścian wyciągniętymi rękami.

Potem w bramę, na śmierdzącą kotami i pleśnią klatkę schodową. Stopnie, wygładzone czasem i tysiącami stóp, skrzypią i trzeszczą przy każdym kroku. Jaś i Śmierdziel mijają rozsiane bez ładu i składu drzwi i okna w głębokich wykuszach, przez które pada rudawa poświata nocy. Na parapetach stoją niekiedy butelki po piwie, ale cały dom sprawia wrażenie, jakby jego mieszkańcy posnęli albo umarli.

Kot wyprowadza Jasia na wąski balkon ponad ciemną studnią podwórka. Kolejne balkony wyrastają ze ścian obok siebie niczym huby. Z najniższego balkonu skaczą razem na kolejny, i jeszcze jeden, coraz wyżej i wyżej, aż obaj docierają na dach. Krok Głupiego Jasia staje się pewny, a ruchy kocie, i wszystko przypomina sen.