Między okopconymi kominami i kalenicami Jaś przestaje się bać wysokości, choć wysokość ta jest znaczna — kamienice starego Lublina zdają się wyrastać jedna z drugiej i uliczki w dole wyglądają na bardzo, bardzo odległe. Jeszcze jeden dach, jeszcze jeden załom — i Głupi Jaś dostrzega na podwórzu poniżej rdzawy blask, jak próchno świecące w martwej wierzbie.
— Już niedaleko — mruczy Śmierdziel.
Niedaleko, bo wystarczy teraz już tylko zejść zewnętrzną klatką schodową. Rudy blask sieje się na dnie, z każdą chwilą mocniejszy. Taką barwę ma księżyc, gdy wschodzi w letnią noc.
Podwórze z trzech stron ograniczone jest wymarłymi kamienicami, do których zaglądają tylko koty i wiatr, a po czwartej znajduje się spękany mur, z tej perspektywy niski, ale od ulicy opadający kilkanaście metrów ku Kowalskiej. Z kruszejącego bruku podwórza wyrastają paprocie i młode brzózki. Jeden gaj. A w tych paprociach wielkie, rozognione kwiaty prószą blaskiem cały ten blask, wabiąc ćmy z okolicy.
Kwiaty przypominają trochę róże, ich rozpłomienione płatki, ostre na brzegach jak żyletki, układają się w skomplikowane, fraktalowe wzory. Od patrzenia na nie boli głowa. I jest ich wiele, tak wiele, że dałoby się obdzielić życzeniami cały Lublin.
Ale Głupi Jaś ma tylko jedno życzenie, więc wypowiada tylko je i zrywa tylko jeden kwiat, kalecząc przy tym palce do krwi.
Kwiat pulsuje i wije się w jego dłoni jak żywa istota, i nagle okręca się wokół nadgarstka, pali żywym ogniem, a korzenie wpijają się głęboko i boleśnie w ciało na przedramieniu, jakby chciały wyssać z niego krew i soki. Jaś odrywa go z lękiem i obrzydzeniem, ale drobinki korzenia zostają głęboko. Czuć, jak pełzną pod skórą, jak wędrują w stronę serca, by wrosnąć w nie na dobre.
Tak to Głupi Jaś znajduje swój drugi kwiat paproci.
Kwiat postawili w wazonie na oknie. Jego blask nieco przygasł i zmatowiał, ale kwiat nie usychał ani nie gnił, choć mijał miesiąc za miesiącem. Bożena wymieniała połowę wody raz na tydzień, czasem dosypała odżywki do kwiatów ciętych. Musiała to robić, bo Janek przeważnie nie miał na to czasu.
Bożena zastanawiała się niekiedy, czy to w ogóle prawdziwy, żywy kwiat. Przypominał bardziej piękny i kosztowny przedmiot ze szkła. Przypatrywała mu się często, bo stał na parapecie w salonie mieszkania, które Bożena wynajmowała z Jankiem.
Mieszkanie było nieduże, ale słoneczne i estetycznie urządzone, w nowym budownictwie. Na początku, gdy Janek nie patrzył, Bożena kładła się na panelach, bo ciepło w tym mieszkaniu brało się wprost z podłogi, i było to przyjemne uczucie. Jakby leżało się na nagrzanym od słońca kamieniu.
Wstawała potem zawstydzona, ale niepotrzebnie — Janek nie mógł tego zauważyć, bo rzadko bywał w domu. Sprzedawał teraz premiksy i dodatki paszowe dla świń i drobiu, od fermy do fermy, całe dnie w trasie. Wracał do domu zmęczony i nie miał zbyt wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia; na pewno nie tak ciekawych, jak dawne opowieści o szkapinie Malinie i jej ochwacie. Ale większość ludzi wykonuje pracę, o której nie da się powiedzieć zbyt wiele ciekawych rzeczy, choć można niekiedy udawać, że jest inaczej. Nie narzekała więc, choć Jasia było mało, coraz mniej.
Pracowała dalej w sklepie ze zdrową żywnością, na którą wreszcie było stać ich oboje. Kiedy wracała, czekał na nią Śmierdziel, którego Janek zabrał z brzydkiej i ciasnej klitki w kamienicy przy Zamojskiej. Kocur, wykastrowany, roztył się wkrótce ponad jakąkolwiek miarę, a dnie spędzał na wylegiwaniu się na ciepłej podłodze, ale zawsze była to jakaś obecność i bez niego w mieszkaniu wyłaby pustka.
Bożena czekała na Jasia do późnego wieczora, czasem czytając, czasem przeglądając internet, a czasem po prostu leniwie głaszcząc rozmruczanego Śmierdziela. I kiedy tak wsłuchiwała się w ciszę, ciętą na kawałki miarowym tykaniem zegara, jej wzrok szukał kwiatu paproci. Nie tego nowego, siejącego z parapetu krwistą łuną, lecz tego z ich nocy świętojańskiej, sprzed ponad półtora roku.
Stał, nie rzucając się w oczy, na półce z książkami. Białe drewno nabrało z czasem w paru miejscach odcienia miodu. Kiedyś Bożena próbowała zmyć te przebarwienia wodą z mydłem, ale pociemniały od tego jeszcze bardziej. Pomyślała wtedy, że wszystko na świecie żółknie i można nigdy nie powrócić do bieli; i że pewnie musi w tym być jakaś większa i trudniejsza mądrość, skoro świat urządzony jest w taki sposób, ale nie potrafiła sobie odpowiedzieć jaka.
Janek liczył samochody mijające stację benzynową. Sączył ze styropianowego kubka kawę, drogą, niesmaczną i kwaśną, zagryzał maślanym rogalikiem i przyglądał się, jak czas przepływa mu przed oczami, a sekundy kapią, nie pozostawiając po sobie najlżejszego osadu wspomnień. Zmierzchało.
Właściwie to mógł już być w drodze do domu, może nawet w samym domu. Właściwie to mógł pić o wiele lepszą kawę w towarzystwie Bożeny. Tak naprawdę to nie miał na żadną kawę ochoty. Było to jednak jego małe, prywatne zwycięstwo nad światem — nie musieć obracać w palcach każdej złotówki, tylko móc zamówić kawę i przyschniętego rogalika, i może jeszcze colę na drogę, i zapłacić za wszystko tyle, ile dawniej mógł wykorzystać na cały dzień. Bożena nie zapyta i nie powie nic, jeśli wróci do domu później niż zwykle; rejon jego firmy był przecież rozległy, Lubelszczyzna, Podkarpacie i spory kawał Świętokrzyskiego.
Zastanawiał się, czy mógłby pić tę kawę, gdyby nie kwiat paproci. Ostatecznie nie przyniósł mu przecież takiego powodzenia, na jakie liczył, gdy już przestanie być głupim. Żyło mu się jednak przyzwoicie i normalnie, a to więcej, niż był przyzwyczajony. Okupował to wszystko brakiem czasu, ale tego przecież nie uwzględnił, wypowiadając życzenie, nie mógł więc żywić do kwiatu pretensji o jego realizację.
Zawsze, gdy jego myśli biegły ku kwiatowi paproci, czuł łaskotanie wokół serca. Korzenie, które wniknęły w nie ostatniej nocy świętojańskiej, powrastały głęboko w tkankę i trzymały mocno.
Kiedy dumał nad kubkiem kawy, przyszła jeszcze Jasiowi do głowy myśl o matce. Ostatnio często o niej myślał. Kiedy odwiedził ją jakiś czas temu, wydawała się bledsza i bardziej wysuszona. Samo mieszkanie również wyglądało, jakby się postarzało i nie miało już na nic ochoty, jakby nic już w tym miejscu nie miało się wydarzyć, i Janek nie lubił odwiedzać domu, w którym się wychował.
— Dobrze się czujesz? — pytał matkę.
— A dobrze jak na te lata — mówiła. — Starość jest starość.
— Powinnaś pójść do lekarza.
— A co mi lekarz pomoże? Mów lepiej, co u ciebie; weźmiecie wreszcie ten ślub?
I tak to szło. Rozmowa jak ze snu. Matka wydawała się Jankowi na wpół obca, milczenie rosło między nimi. Nie mieli o czym rozmawiać.
— To ja już będę szedł.
— No to idź, synuś, tylko cię pobłogosławię.
— Nie wygłupiaj się, mamo.
To był dobry ranek. Może dlatego, że Janek wziął urlop, a zdążył już zapomnieć, jaką radość daje wolny dzień, taki dzień do przeżycia jak się chce, od rana do wieczora. Bożena wychodziła do pracy dopiero po południu i ranek spędzili w rozkopanej pościeli, odkrywając, że nie odkryli jeszcze wszystkiego, co było do odkrycia. Potem bili się poduszkami i Bożena piszczała, że Janek jest Głupim Jasiem, co było miłe, bo on sam już od dawna nie czuł się głupi. A jeszcze później zaparzyli kawę, której aromat wiercił aż w zatokach, dobrą kawę, od której serce nabierało mocnego, ciemnego rytmu.