To był dobry ranek aż do chwili, gdy do drzwi zapukało dwóch policjantów z informacją o śmierci matki Janka. Zmarła prawdopodobnie przed kilkoma dniami. Nikt z sąsiadów wcześniej nie zareagował, bo matka była skryta i niewiele rozmawiała z ludźmi, nikt nie zauważył, że starsza kobieta nie wychodzi z mieszkania. Dopiero gdy na klatce schodowej zaczęło śmierdzieć, ktoś powiadomił administrację, administracja policję, policja weszła do środka, no i tak to było.
Nie zobaczył ciała matki. Nie zezwolono mu na to ze względów sanitarnych. Tylko trumna, chłodna, lakierowana. Na pogrzebie garstka ludzi. Do komunii nie przystąpił; chciał przez moment to zrobić, bo po co mają ludzie gadać, i tak pewnie gadają, a jemu było pod tym względem wszystko jedno; słowo «świętokradztwo» brzmiało niezbyt poważnie, było dobre dla Głupich Jasiów, nie dla niego. Coś jednak osadziło go na ławce w kaplicy, jakby żelazna ręka z nieba przydusiła go do ziemi. Potem poszło szybko, trumnę spuszczono do betonowego dołu, ksiądz sypnął garść ziemi, odtrąbiono Być bliżej ciebie chcę, i tyle. Jak ze snu.
Z początku Janek planował zajrzeć jeszcze do mieszkania, ale nie zajrzał, bo gdyby to zrobił, mógłby przebudzić się z tego snu, mógłby rozwiać szarą mgłę oblepiającą mózg. A tego się bał. Zbyt wiele rzeczy w jego życiu przypominało teraz sen.
Kiedy wyjeżdżał z Bożeną z rodzinnego miasteczka, minął przystanek, na którym zawsze żegnała go matka. Pamiętał dobrze: oparta o starą, sękatą lipę, mała, brzydka, pomarszczona figurka, jak wyrzezana z drewna. Nie mógł się powstrzymać. Zaparkował samochód kilkadziesiąt metrów dalej, włączył awaryjne, wysiadł, zbliżył się do drzewa. Odszukał dłońmi miejsce, o które zawsze opierała się matka. Sucha kora brudziła dłonie i łuszczyła się pod palcami.
I Janek zgiął się wpół, i płakał, i płakał, i płakał, a w środku działy mu się rzeczy nie do opisania.
Dużo czasu zajęło Jankowi, zanim wszystko w swoim wnętrzu poukładał na nowo. Musiał przetłumaczyć sobie, że to nie jego wina, że dbał o matkę, jak potrafił, że nie mógł jej na siłę zawlec do lekarza, bo nie była dzieckiem, że miał przecież pracę i nie był w stanie być przy matce tak często, jak by chciał. Trzeba czasami oszukiwać siebie, aby jakoś żyć. Na szczęście miał przy sobie Bożenę, bo to zawsze dobrze robi, gdy ktoś bliski utwierdza nas w naszych kłamstwach. Gdyby nie ona, Janek mógłby zgłupieć na nowo.
Pracował jeszcze więcej, bo praca też pomaga. Szara droga i wyprany z barw, pofałdowany horyzont, podobny do brudnej pościeli; szumiący spokojnie silnik; w radiu kretyńska muzyka dla półgłówków. To wszystko są dobre lekarstwa. Brał dłuższe trasy i niekiedy nocował w przydrożnych hotelikach, serwujących na śniadanie nieodmiennie jajecznicę i parówki. Obcość tych miejsc go uspokajała.
Gdy wracał do domu, wpatrywał się przed snem w kwiat paproci na parapecie. Płatki tliły się jak żar ogniska i rozjarzały mocniej, kiedy w nie dmuchał. Dobrze, że miał ten kwiat. Gdyby nie on, musiałby wciąż być Głupim Jasiem, biednym pastuchem doglądającym krowy.
W takie wieczory Śmierdziel pakował swoje rozlane cielsko na Jankowe kolana, domagając się pieszczot. Mruczał i przyjemnie grzał, ale nie odzywał się od dawna. Pewnie zresztą nigdy nie mówił, pewnie była to po prostu część choroby, głupoty, z której Janek wyleczył się już dawno.
I to właśnie w taki wieczór, gdy życie wydawało się już dobrze poukładane, wszystko rozsypało się w kilka chwil.
Zaczęło się od kociego ciężaru i ciepła na kolanach. Nagle Śmierdziel, znudzony nadmiarem pieszczot, dał susa na parapet. Stuknęło, zagrzechotało, i Jaś ujrzał kwiat paproci wysmykujący się z wywróconego wazonu.
A potem brzdęk, srebrzysty, wibrujący w powietrzu długo, bardzo długo, jak dźwięk kamertonu. Ruda łuna prysła.
Janek, oniemiały, wpatrywał się w rdzawy pył na podłodze. Wszystko, co pozostało z kwiatu. Woda lała się z przewróconego wazonu, ciurkała z parapetu. Śmierdziel przyglądał się temu z miną, która nic nie wyrażała.
— Ty sukinsynu… — szepnął Jaś. — Celowo to zrobiłeś!
Chwycił kota za kark, cisnął nim o ziemię, kopnął. Śmierdziel stęknął głośno, nawet nie miauknął. Jaś przeraził się tym, co zrobił, i z tego strachu kopnął jeszcze raz. Śmierdziel dał drapaka pod szafę. Dyszał z szeroko otwartym pyskiem.
I dopiero wtedy Jankowi wydało się, że coś usłyszał. Wciąż jeszcze czuł koci ciężar i ciepło na kolanach.
Kiedy Bożena wróciła z popołudniowej zmiany, wystarczył jej jeden rzut oka: na Śmierdziela pod szafą, na Janka całego spiętego w fotelu, na pozostawiony pod oknem szklany mak. Kot wciąż robił bokami i co jakiś czas krztusił się, jakby chciał zwrócić kłaczek. Z pyska zwisało mu pasemko białej śliny.
— Cały wieczór tak dyszy — rzekł Janek, ale Bożena spiorunowała go wzrokiem i pożałował, że się odezwał. Wiedziała. Wyczytał to z jej oczu i z tonu, jakim rzuciła:
— Jedziemy do weterynarza.
Na wieczornym weekendowym dyżurze zastali młodą lekarkę, no bo kto ma w końcu brać wieczorne weekendowe dyżury, jak nie młodzi. Drobna, ładna, szybka w ruchach. Może Janek by i o niej fantazjował, gdyby spotkał ją w innych okolicznościach, na szczepieniu czy odrobaczaniu. Ale nie teraz, bo lekarka też wiedziała.
I im bardziej Janek kręcił, że nie widział, że kot pewnie spadł, że się potłukł — tym bardziej wiedziała. Jan bowiem, choć zmądrzał, wciąż nie nauczył się naprawdę kłamać.
Lekarka osłuchała Śmierdziela, zajrzała do oczu, do pyska i pod ogon. Śluzówki jak porcelana, powiedziała. Jaś nie do końca wiedział, co to znaczy, ale zrozumiał, że jest źle. Zdjęcie rentgenowskie przyniosło diagnozę — pęknięta przepona, złamane trzy żebra, podejrzenie złamania kolejnego, w jamach ciała płyn, prawdopodobnie krew.
Śmierdzielowi założono wenflon, dostał mieszankę przeróżnych leków i trafił do komory tlenowej. Z początku nawet mu się poprawiło, przestał dyszeć, uspokoił się, przycupnął z grzbietem w rogalik. Minęło może pół godziny, gdy znów zaczął się dusić, łeb wyciągnięty w przód, szyja wyprężona jak u żyrafy, oczy wielkie, jakby najadł się wilczej jagody. Lekarka wpakowała mu do tchawicy długą rurkę, powiedziała coś na temat otłuszczenia pogarszającego rokowania. Z rurki pociekł spieniony, różowy płyn. Śmierdziel leżał na boku, a w przyćmionych oczach błyszczał strach, bo gdy kot umiera, umiera na zawsze, i nie ma dla kota ani nieba, ani zmartwychwstania.
Wtedy Bożena, która o wszystkim tym wiedziała, rzekła:
— Niech go pani uśpi.
Wrócili do domu w milczeniu i w milczeniu położyli się do łóżka. Do jednego łóżka, ich łóżka, z którym tyle się wiązało, i Jaś pomyślał, że jakoś to będzie. Całą noc oboje udawali, że śpią, i każde wiedziało, że drugie udaje. Nie odezwali się jednak do siebie ani słowem; może nie chcieli się odzywać, choć chyba jednak chcieli, ale nie mieli pojęcia, co mogą sobie powiedzieć. Tak bywa.
W porannej szarówce Bożena usiadła zgarbiona na skraju łóżka.
— Nie myślałam, że taki jesteś.
Ubrała się i wyszła. Wróciła po południu, aby spakować swoje rzeczy.
Jan liczy samochody na stacji benzynowej. Kawa jest droga i kwaśna. Zmierzcha.
Wszystko wydaje mu się snem, całe jego życie. Może rzeczywiście nim jest, może cały świat śni nam się w większym lub mniejszym stopniu i przechodzimy przez życie nieprzebudzeni? Ojciec i matka, i Bożena, i skanseny, i noce świętojańskie. I kwiaty paproci, te z drewna, te ze szkła, i te pod sercem.