Ludzie i rzeczy, których nie ma.
Ostatni łyk kawy. Nauczył się ją lubić, bo niewiele więcej zostało na świecie. Chyba lubi ją teraz naprawdę.
Po ulicy chodzą ptaki; gołębie i kawki. Dziobią w asfalcie, szukając okruchów, i nie mają Jankowi już nic do powiedzenia. Ale to nie szkodzi. Bo wkrótce znów nadejdzie ta noc, jedna jedyna w roku.
Kawa zaczyna szumieć w głowie. W myślach pojawia się zapomniana mapa nocnych szlaków, gdzie przecinają się drogi spóźnionych wędrowców, ciem szukających światła i kocie skróty, którymi chadzają tylko ci, co nie boją się zabłądzić. Przypomina sobie podwórko fosforyzujące rudym blaskiem. Brzuch urósł mu w ostatnim czasie, ale nie na tyle, by nie sprostać drodze przez strome klatki schodowe i skrzypiące balkony.
Otwiera powieki i już wie. Jak dalekie echo słyszy ostatnie kaszlnięcie Śmierdziela.
«Naprawdę, idiota…».
Głupi czy nie, wciąż pamięta drogę.
Kraków, październik 2015
Rafał Kosik
Śnięci rycerze
Notatnik po lewej, bo papier to zawsze papier — nie padnie w nim dysk, nie zwiesi się system. Dalej telefon, po prawej mysz — z touchpadem to mizianie, nie praca. No i kawa, jeszcze bardziej na prawo od myszy. Kawa musi być, i to w wielkim termicznym kubasie. Kawa to podstawa. Bez kawy nie ma pracy. Centralną pozycję zajmuje jednak laptop. Bez niego to nawet kawa nie pomoże.
Wszystko było gotowe i na swoim miejscu. Z małym wyjątkiem — centralnie na wprost za oknem piętrzył się Giewont. Jędrek nabrał powietrza, ciężko je wypuścił. Nie wybrał tego miejsca. To miejsce wybrało jego — urodził się tu. Nikt go nie pytał, czy nie wolałby być rybakiem z Helu, leśnikiem z Białowieży, czy tam może motorniczym z Warszawy. Urodził się tu i z automatu został góralem spod Zakopanego. «Spod samiuśkich Tater…». Ba! Nikt go nawet nie zapytał, czy w ogóle chce być Polakiem! Gdyby ktoś go jednak zapytał, Jędrek bez wahania odpowiedziałby, że chce być informatykiem. I może być nim na Helu, w Białowieży, w Warszawie, gdziekolwiek, byle nie tutaj!
Włączył laptop i rozprostował palce jak pianista przed koncertem. Nie jest łatwo, ale jakoś trzeba zarobić na studia.
— Jędruś! — z podwórza dobiegł głos matki. — Jus cas!
Spojrzał na zegarek w rogu ekranu — dziewiąta trzynaście. Na co niby czas?
— Na co niby czas? — zapytał głośniej.
– Środa dziś! Trza Józka zmienić na holi!
Jędrek zamknął oczy po tym ciosie i wsunął się głębiej w fotel. Józek, hala, owce. Rodzina Gąsieniców-Tutek słynna była w okolicy z największego stada owiec i firmy produkującej sery. Firma! Trzy kadzie i parę półek. Najgorsze w tym wszystkim to pilnowanie owiec. Znów zapomniał, że w środę przypada jego kolej, by zmienić brata. I teraz do soboty będzie gnił w tej kurnej chacie, z której jeszcze lepiej widać Giewont. A znając Józka, to do niedzieli, bo w sobotę — wiadomo — imprezy.
— Kompilację miałem robić! — bronił się rozpaczliwie.
— Wykąpies sie w sobote. Zbieraj sie wartko, bo cie mietłą pogonie.
— Zośkę pogoń, matka!
— Chces, coby siostra sama posła na hole?
— Chces, coby syn sam posedł na hole?
— Zara pójde po ojca, to uwidzis. Nie zawadzaj siostse, ucy sie do egzaminu.
Taaa… egzamin, jasne. Uczy, jeszcze lepiej.
— A gdzie moje ambicje? — zapytał tym razem cicho. — Zzipują mnie tu żywcem…
Walka już była przegrana. Zamknął laptop i zaczął pakować plecak.
Zośka była tępa jak ciupaga z targu dla ceprów. Chciała zostać celebrytką. Szczytem jej marzeń było wystąpienie w programie, w którym uczestnicy dowiadują się przed milionową publicznością, że jednak nie umieją śpiewać. Jednocześnie była na tyle bystra, że rodzicom powiedziała, by wysłali ją na studia z marketingu. Chwyciło, bo szacunek będzie we wsi, jak w rodzinie pojawi się magister marketingu, kozia bródka!
Wdrapał się na halę dobrze po jedenastej. Józek już tam był, gotowy do drogi. Pewnie się z tą cycatą Baśką umówił. Czy tam z Halinką, co pod Gubałówką skarpety sprzedaje, kto by je spamiętał. Jego mina mówiła wiele.
— Pracowałem — burknął Jędrek.
— Ta, pracowałeś. Przy komputrze siedziałeś.
— To też jest praca.
— Praca to jest, jak się spocisz. Trzym się, brat. Do niedzieli.
I tyle było tej rozmowy. Ze starszym bratem nie ma dyskusji. Hierarchia plemienna, kozia bródka! O właśnie, Jędrek nawet przeklinać porządnie nie potrafił, a bez tego przecież trudno o szacunek. Próbował się nauczyć rzucać soczystymi kruca fuksami czy dundrami świstającymi. Za każdym razem wychodziło mu tak samo żałośnie, kozia bródka!
Przybiegł Bocuś, pies rasy nieokreślonej, który przez te kilka dni miał być Jędrkowi jedynym towarzyszem. Chłopak pogłaskał tłusty grzbiet i z wielką niechęcią poszedł liczyć owce. Żeby potem nie było na niego, jak którejś będzie brakować w sobotę. To jest — w niedzielę.
Po trzeciej nieudanej próbie wreszcie wszedł wyżej, zrobił im zdjęcie i przeliczył na ekranie. Algorytmem je, na algorytm mocnych ni ma. Owiec było równo sto.
Ogarnął wzrokiem zieloną halę, po której, dzwoniąc dzwoneczkami, snuła się setka kudłatych śmierdzieli. Z jednej strony halę zamykała majestatyczna skała, z drugiej nie mniej majestatyczne świerki, nad którymi wyrastały szare granie i potężne szczyty polskich Tatr. Do tego krystalicznie czysty strumyk, niebo błękitne jak w folderze i obłoczki. Tfu! Jak fototapeta w salonie u Chramców. Kicz dla ceprów.
Jednak inteligentny człowiek potrafi się przeprogramować nawet na takim wygnaniu. Za schronienie pasterzom z rodziny Gąsienica-Tutka służył szałas, który szczerze mówiąc, był szałasem tylko z nazwy. W rzeczywistości tuż obok Jędrka stała całkiem nieźle wyposażona chatka ze spadzistym dachem sięgającym niemal ziemi, kryta zmurszałym gontem, coby zbłąkanym turystom nie psuć zdjęć. Ale najważniejsze, że był tam generator prądu.
Jędrek wyciągnął przed szałas przedłużacz i rozsiadł się na drewnianej ławie. Z plecaka wyjął laptop i położył go centralnie przed sobą. Potem standardowo: notatnik po lewej, dalej telefon, po prawej mysz, a jeszcze bardziej na prawo od myszy kubas termiczny… Kozia bródka! Kawa została w domu.
Ale, ale… inteligentny człowiek potrafi się przeprogramować nawet do takiej sytuacji. Kilka minut później Jędrek tworzył kolejne linijki kodu, popijając z kubasa żętycę. Giewont był tak blisko, że masyw zdawał się pochylać nad szałasem.
Owce tymczasem robiły, co chciały. Jędrek wychodził z założenia, że owce są bezobsługowe. Jak, nie przymierzając, sondy von Neumanna. Przez miliony lat radziły sobie bez ludzi i kiedyś też będą musiały. A nastąpi to, kiedy wszyscy na Ziemi zostaną już magistrami marketingu.
Co gorsza Bocuś wychodził z podobnego założenia. Jędrek nie potrafił wzbudzić szacunku nawet w nim. Psisko cieszyło się, kiedy na halę przychodził Jędrek, bo to oznaczało kilka dni leniuchowania. Jakby kundel miał rozdwojenie osobowości.
Kiele wieczora opity żętycą i objedzony oscypkami Jędrek oderwał się od laptopa, beknął, przeciągnął i ziewnął. Skończył, co miał skończyć, teraz pozostało czekać na przelew na te kilka stówek. Mógł z czystym sumieniem iść spać.
A, owce… Na noc trzeba je zagonić do koszaru i znów policzyć.