Wstał i rozejrzał się po hali. Te wełniane boty rozlazły się po sporym obszarze, a przeca trawa wszędzie taka sama. Wymienił spojrzenia z Bocusiem, starając się wyglądać stanowczo. Pies z kwaśnym wyrazem pyska wstał i powlókł się wykonywać znienawidzoną robotę.
Pół godziny później Jędrek zamknął zagrodę, powtarzając:
— Dziewięćdziesiąt dziewięć… Dziewięćdziesiąt dziewięć… — Spojrzał jeszcze raz z nadzieją na ledwo widoczny zarys lasu. — No nie ma jednej, kozia bródka! — Dopiero wtedy dotarło do niego, co to oznacza. — Ojciec mnie zabije!
Tylko spokojnie. Owce nie mają osobowości prawnej, więc brak jednej nie ma takiego znaczenia.
— Jasne, że ma! — skarcił się natychmiast. — Przecież ojciec!
Chciał liczyć je ponownie, ale było już za ciemno. Wszedł więc do szałasu po latarkę. Otworzył szafkę i wymacał walcowaty kształt. Wyciągnął…
— Czyżby śliwowica?
W butelce była może jedna czwarta płynu, więc Jędrek uznał, że redukcja do jednej piątej nie oznacza wielkiego przestępstwa, a łatwiej będzie myśleć. Decyzja zmiany jednej piątej w jedną szóstą była w zasadzie formalnością. Tak jak i kolejne decyzje. I cóż, że śliwowica należała do Józka? Józek pewnie obraca teraz Baśkę, czy tam Halinkę. Za szczyt marzeń brat miał unikanie roboty i zakończenie procesu edukacji tak szybko, jak to możliwe. O tym, że to się wzajemnie wyklucza, przekona się, gdy będzie już za późno.
Zośka zapewne kręciła teraz loki i udawała, że śpiewa do suszarki. Za głupia do roboty w rodzinnym biznesie, więc się ją pośle na studia. Logiczne. Za to Jędrek — wybitny, choć niedoceniony (jeszcze) informatyk — pasał owce. I to ma być sprawiedliwość społeczna i równość?
A może ta owca tam jest? Może się przemknęła, kiedy liczył? Iść jeszcze raz liczyć z latarką, czy nie iść? A może ją wilki porwały? Juhasi gadają, że wilki ostatnio też jakieś takie zdupiesiałe. Strach się bać, że po nocy przyjdą, wywalą śmietnik i rozwloką śmieci. Strach wyjść i przepędzić, bo przybiegną, żeby je głaskać.
Tak gadają.
Ale kto tam wie, jak jest naprawdę.
Zamiast ganiać po nocy, lepiej problem rozwiązać teoretycznie. Zginęła ta owca, czy nie zginęła? Owca Schrödingera, kozia bródka! Mamy zatem do czynienia z superpozycją stanów obecności i nieobecności owcy. Dobrze, niech ten kołtuniasty trawożuj się zdecyduje — ma całą noc, by się określić. Po wschodzie słońca funkcja falowa owcy załamie się i zostanie zredukowana do konkretnego stanu: obecności albo nieobecności.
Na razie Jędrkowi udało się zredukować stan śliwowicy w butelce do zera absolutnego, a myśli nie stały się przez to ani odrobinę jaśniejsze.
Czy na pewno przedtem owiec było sto? Nie, nie, sto to brzmi zbyt równo, a owce nie są równe, są okrągłe i niedookreślone przez futro. Można włożyć palec głęboko w to futro i jeszcze nie dotknąć owcy właściwej. Może więc owce są niepoliczalne? Jak liczby naturalne. Lepiej przyjąć, że owiec było około stu. Wieczorem było ich około dziewięćdziesięciu dziewięciu. Brak około jednej owcy nie brzmi bardzo poważnie.
Tak, to jest dobry pomysł. W ten sposób Jędrek będzie mógł powiedzieć ojcu, że gdy przejmował stado od Józka, owiec było około stu. Po wieczornym wyprowadzeniu iloczynu skalarnego przestrzeni euklidesowej hali pod Giewontem nastąpiło sprzężenie topologiczne z przestrzenią Hilberta…
W skrócie: rano okaże się, czy owca naprawdę zaginęła.
Rano okazało się, że owca naprawdę zaginęła. Jakkolwiek by liczyć, mimo bolącej głowy, owiec nadal było około dziewięćdziesięciu dziewięciu. Trza iść, szukać.
Na szczęście żętyca od wczoraj nieco skwaśniała, więc przynajmniej jeden problem Jędrek miał z głowy. Dosłownie, bo trudno o lepsze lekarstwo na kaca.
— Pilnuj łowiecek — przykazał Bocusiowi z odpowiednim akcentem, który mu się czasem włączał mimowolnie. — Jeśli wrócę i będzie ich około dziewięćdziesięciu ośmiu, to na Matkę Boską Zielną upieczemy ciebie.
Jędrek formalnie był góralem, więc powinien znać Tatry jak własną kieszeń. Cóż, nie znał. Poszedł więc w pierwszą stronę, w którą wydało mu się, że poszłaby owca. Owieczka właściwie, bo brakowało jagnięcia.
Ledwie sto metrów dalej znalazł na gałązce strzępek wełny. Owce są głupie, to Jędrek wiedział od dawna, ale nie przyszło mu do głowy, że niektóre mogą być jeszcze głupsze. Wyglądało na to, że ta mała kretynka sama wybrała się na spacer.
Idąc tropem białych kłaczków, powędrował skrajem lasu, za którym z trawy wyrastały coraz częściej odłamki skalne, aż dotarł do podnóża Giewontu. Nie było stąd widać krzyża, co mało Jędrka obeszło. Zdecydowanie za to obeszło go, że nie widać owieczki. Dalej znajdowały się już właściwie same skały i ledwie kilka gałązek kosodrzewiny… a na jednej z nich wełniany kłaczek. Pięknie, tatrzańska owca alpinistka postanowiła zdobyć Giewont od najtrudniejszej strony. A pretensje i tak będą do Jędrka.
Rad nierad, począł się wspinać po skałkach. Przeca owca nie kozica, daleko nie mogła skicać. Taaak. Jędrek też nie był mistrzem wspinaczki, więc jakieś trzydzieści metrów wyżej już rozważał, czy gniew ojca nie będzie jednak mniejszą przykrością niż upadek w przepaść. Postanowił odpocząć i przemyśleć sprawę. Usiadł w zagłębieniu skalnym i przystąpił do analizy problemu. I wtedy nagle poczuł głód.
No tak, nie zjadł przecież śniadania, a ta wspinaczka nieźle go zmęczyła. Przyszedł mu apetyt na porządną pieczeń. Czemu akurat na pieczeń? Pociągnął nosem. No tak! Ktoś tu w okolicy palił ognisko i piekł mięsko. Zapach był słaby, ale Jędrek nie miał wątpliwości, że gdzieś zapowiada się uczta. Co ciekawe, zapach zdawał się dochodzić z wnętrza zagłębienia skalnego.
Jędrek zajrzał w ciemność i poczuł ruch powietrza. Przydałaby się latarka. Nie wziął jej, bo… a, tak, śliwowica. Zresztą któż mógłby się spodziewać, że latarka będzie przydatna w słoneczne przedpołudnie? Zapałek ani zapalniczki nie miał, bo nie palił. To też trzeba zmienić, bo wstrzemięźliwość nikotynowa to kolejny przyczynek do niskiej pozycji w hierarchii plemiennej.
Wsunął się głębiej w szczelinę. To nie było zwykłe zagłębienie skalne, lecz wylot groty. Czy to możliwe, żeby ta parzystokopytna idiotka tu wlazła? Zrobiło się na tyle przestronnie, że Jędrek mógł już wstać. Zrobił kolejny krok. Latarka bardzo by się przydała. Zaraz! Wyjął telefon, żeby przyświecić sobie ekranem i — stracił grunt pod nogami.
Nie zdążył nawet krzyknąć, gdy leciał już w dół, po jakiejś jakby zjeżdżalni, która nie przypominała skały. Rąbnął w coś nogami, coś z łoskotem wyleciało z mocowań, coś innego trzasnęło i łomotnęło metalicznie, a Jędrek zatrzymał się wreszcie na twardej posadzce.
– Ło Jezusicku… — jęknął. Utwierdziło go to w przekonaniu, że jeszcze żyje. Na próbę poruszył wszystkim, czym mógł. Skargą bólu odpowiedział tylko mały palec u prawej nogi. To nic nowego, wrastający paznokieć, bo babcia za niemowlęctwa nadopiekuńczo ciachała mu te paznokcie zbyt krótko. Babcia Jadzia, niech spoczywa w spokoju.
Chyba nic poważnego mu nie dolegało, poza ogólnym poobijaniem. Dopiero wtedy otworzył oczy i uniósł głowę. Kilka centymetrów od swojego nosa dostrzegł czubek buta, a trochę dalej drugi but. Nie trzeba było wielkiej przenikliwości, aby odgadnąć, że nad Jędrkiem ktoś stał.
Już chłopak szykował wyjaśnienia, już chciał przepraszać, że zupełnie przypadkowo władował się komuś do domu przez komin, gdy przypomniał sobie, że przed chwilą siedział spokojnie w zagłębieniu skalnym. Zatem to nie mógł być czyjś dom. Czyli co, czyje to buty? Turysty? Grotołaza?