Выбрать главу

Uniósł nieco wzrok i dostrzegł metalową obudowę łydki. Gdyby nie to, że od dobrych kilkunastu lat trwał dwudziesty pierwszy wiek, Jędrek powiedziałby, że oto widzi fragment średniowiecznej zbroi rycerskiej. Uniósł się na rękach jeszcze wyżej i nieśmiało spojrzał w górę.

Zbroja była pusta.

— Kozia bródka… — Jędrek wstał i zagapił się na eksponat, bo najwyraźniej to właśnie widział. Na wieszaku o dość skomplikowanej konstrukcji wisiała kompletna zbroja rycerska z czasów, hm… Jędrek zupełnie nie czuł się ekspertem w kwestiach średniowiecznego uzbrojenia, a jedyne skojarzenie, jakie mu przychodziło do głowy, to bitwa pod Grunwaldem, Ulrich von Jungingen, dwa miecze, Jagienka i orzechy.

Stojak znajdował się w absydzie skalnej, z pewnością wykutej ludzkimi rękoma, oczywiście wyposażonymi w dłuta i młoty. W grocie było tych absyd dwanaście i w każdej z nich stała sobie na stojaku, jak gdyby nigdy nic, inna zbroja. Łączyło je jedno — biały orzeł w złotej koronie. Godło pojawiało się na każdej zbroi w wielu różnych wersjach, zgoła odmiennych od obecnej. A to na napierśniku był orzeł piastowski, kanciasty, wyklepany w blasze i pomalowany, a to na płaszczyku orzeł jagielloński, nieco bardziej anatomiczny, a to znów zupełnie niemal współczesny orzeł na czerwonej tarczy.

Źródło światła stanowiła zwykła elektryczna lampa piwniczna. Produkt zdecydowanie współczesny: druciana osłona i klosz kryły banalną żarówkę, taką z wolframowym żarnikiem, zbanowaną przez Unię Europejską. Zatem wytrzymała tu od czasów świetności firmy Polamp albo ktoś ją na bazarze w Nowym Targu od Ruskich kupił. Raczej to drugie. Przeciętny człowiek nie tak wyobraża sobie wnętrze góry, która powinna być zbudowana, jakże by inaczej, z litego kamienia.

Kabel od lampy prowadził w prawo do szerokiego korytarza. Jędrek potknął się o kratkę, którą sam wywalił z otworu wentylacyjnego, gdy tu wpadał.

— Sorry za demolkę — powiedział, choć nikogo nie było, i podążył skalnym korytarzem.

Krótkie przejście doprowadziło go do sporej komory wypełnionej… maszynami parowymi. To było jeszcze dziwniejsze niż kolekcja zbroi. Co to, kozia bródka, jest…? Przepompownia jakaś? Po co w środku góry przepompownia? Chwilę zajęło, nim rozpoznał w maszynach charakterystyczne elementy.

Maszyn było dwanaście, a każda miała dwie potężne nogi, w korpusie piec i kocioł parowy, nad nim fotel operatora, obłożony płytami z grubej nitowanej blachy, masę dźwigienek i pokrętełek, do tego masywne ramiona, które po bliższych oględzinach okazały się wspornikami dla żeliwnych luf kartaczy.

Maszyny kroczące? Parowe mechy?

Jędrek przyglądnął się jednej z nich z bliska. Miała, lekko licząc, z pięć metrów wysokości i musiała ważyć z dziesięć ton. Wyglądała na nieużywaną od lat, a może i nieużywaną nigdy. Towot na sworzniach w kolanach pokryła warstwa kurzu. Emaliowane wykończenie żeliwnej tarczy z orłem w koronie nosiło ślady drobniutkich pęknięć ze starości. Czy takie coś w ogóle ma prawo działać?

W ciemnym kącie, z dala od wejścia, leżały szczątki podobnej maszyny z rozłupanym pancerzem, spod którego wysypały się tryby i ośki. Pancerz ozdobiony był orłem dwugłowym i liczbą «1920». Jędrkowi ten mutant z niczym się nie kojarzył. Wzruszył ramionami i przeszedł do następnej komory, jeszcze większej.

Tu również stało dwanaście mechów, tyle że za napęd służyły im silniki diesla. Maszyny również były stare, bo stylistyką pancerzy nawiązywały do traktorów Ursus, takich produkowanych zaraz po wojnie, z obłymi osłonami. Orzełki wymalowane centralnie na przodzie każdej maszyny wyglądały zupełnie współcześnie.

— Kozia bródka… — mruknął Jędrek i poszedł dalej.

Następna komora była jeszcze większa i lepiej oświetlona. Stało tu również dwanaście mechów. Te wyglądały całkiem nowocześnie, jakby czekały gotowe do zagrania w filmie Transformers. Pokryte maskowaniem leśnym płyty pancerne przywodziły na myśl fragmenty prototypowego czołgu przyszłości. Na głowach-wieżyczkach sterczały dalmierze laserowe, noktowizory, anteny systemów zagłuszania. Na grzbiecie jeżyły się zestawy rakiet przeciwlotniczych, zamiast dłoni ziały otworami luf karabiny systemu Gatlinga, a na barkach spoczywały wyrzutnie granatów dymnych.

Pancerz piersiowy jednego z monstrów był otwarty jak maska w samochodzie. W mechanicznych bebechach grzebał stojący na drabince koleś ubrany w dresy, czy też może w piżamę. Strój był osobliwy, ale Jędrek się tym nie przejął.

— Dzień dobry. — Szedł już w stronę mechanika. — Przepraszam, że tak wpadłem bez zaproszenia, ale wpadłem… dosłownie. Szukałem owieczki i ten… no właśnie. Gdzie jest wyjście?

Mechanik wycofał się z brzucha mecha i spojrzał na Jędrka ze zdziwieniem. Miał z siedemdziesiąt lat, siwą brodę i długie siwe włosy, które trzymała miedziana obręcz, jakby od wielkiego łożyska, coby mu te włosy nie przeszkadzały w pracy.

— Może mi pan wskazać wyjście? — ciągnął chłopak. — Pójdę sobie i nie będę się dłużej naprzykrzał.

Mechanik zszedł z drabinki i stanął naprzeciwko. Nie był specjalnie wysoki ani za solidnie zbudowany, ale miał w sobie coś majestatycznego, coś, co wzbudzało szacunek.

— Ja tak ten, niechcący… — bąknął jeszcze Jędrek i stracił resztkę rezonu.

— Kto cię tu przywiódł? — zapytał mężczyzna.

— Co? Nikt, ja tak na autopilocie. Szukałem owieczki i nagle… wpadłem. Do tamtej sali. — Wskazał kciukiem za siebie. — Tam, gdzie stoją te zbroje.

— Znowu szyb wentylacyjny. — Mężczyzna pokiwał głową. — Cóż począć, teraz będę musiał cię zabić.

Minęło kilka chwil, nim do Jędrka dotarł sens ostatnich słów.

— Nie, nie, no zaraz. — Cofnął się i zamachał rękoma. — Nie działajmy pochopnie. Na pewno się dogadamy.

Dostrzegł, że to, co tamten ma na głowie, to nie jest obręcz od łożyska, lecz złota korona.

Czyli w środku góry mieszka świr.

— To sekretny obiekt o ogromnym znaczeniu strategicznym — mówił spokojnie gospodarz. — Wtargnąłeś tu bez glejtu.

— Nie wtargnąłem! — zaprotestował Jędrek. — Zostałem wtargnięty przez grawitację. Ten sekretny obiekt ma poważną wadę konstrukcyjną. Taką, że można zostać do niego wtargniętym mimowolnie. I to właśnie się stało.

Gospodarz sięgnął za połę piżamy, która wcale nie była piżamą, lecz strojem rycerskim, jaki rycerz nosi, gdy nie ma na sobie zbroi, i z metalicznym szczękiem wyciągnął miecz.

– Ło Jezusicku… — Jędrek odwrócił się i ruszył biegiem przed siebie.

— Stój w miejscu, jak na mężczyznę przystało — gromkim głosem zawołał gospodarz. — Nie uchodzi przymuszać króla do ganiania hultaja po komnatach.

Król, pięknie. Freak na całego. Z mieczem w dodatku.

Jędrek wbiegł do mniejszej komory, coś jakby składu amunicji. Piętrzyły się tu na regałach rakiety, pudła z nabojami, części zamienne do karabinów. Nic, co by mogło posłużyć do obrony przed tym wariatem.

To, że ze zbrojowni nie ma drugiego wyjścia, Jędrek odkrył, gdy było za późno na cokolwiek. Król stał w progu z ostrzem wycelowanym w chłopaka. Spojrzenie miał przy tym tak obojętne, jakby przymierzał się do szatkowania marchewki. Zapewne więc mordowanie intruzów było dla niego czynnością nacechowaną podobnym ładunkiem emocjonalnym, co klaśnięcie komara.

— Na… na pewno jest in… inne rozwiązanie — wydukał Jędrek, siląc się na spokój.