Król zmarszczył brwi. Rozważał jakąś myśl. Jędrek czuł, jak po skroni ścieka mu zimna kropelka potu.
— Jest inne rozwiązanie — orzekł wreszcie król. — Ale to rozwiązanie niegodne prawdziwego mężczyzny.
— Ja bym mimo wszystko reflektował — odparł szybko Jędrek. — A co to za rozwiązanie?
— Musiałbyś podpisać list poddańczy, że sekretu nie zdradzisz. Takie zobowiązanie, że nic nikomu nie powiesz. Ale przecież nie mogę ci tego zaproponować. To uwłaczające honorowi.
— Ja mimo wszystko jednak chętnie bardzo…
Król spojrzał na niego badawczo.
— Jesteś pewien? — Zamachał mieczem. — Bo jak zdradzisz, to sromota!
— Sro… co?!
— Sromota, hańba. No, zawsze możemy sprawę załatwić teraz, honorowo. Szast, prast i będzie po wszystkim.
— Dziękuję, ale naprawdę list poddańczy brzmi jakby bardziej kusząco.
— Honor jest najcenniejszą rzeczą, jaką posiada mężczyzna. Splamić honor chcesz tylko dlatego, żeby przeżyć?
Tak, jasne, chciał powiedzieć Jędrek, ale w porę ugryzł się w język. Ze świrem trzymającym miecz trzeba rozmawiać na jego zasadach.
— Rzecz jasna nie! W życiu! Po prostu poświęcę to, co mam najcenniejszego — powiedział z udawaną dumą. — Dla dobra sprawy złożę własny honor w ofierze.
Król opuścił miecz i zamyślił się ponownie.
— Azaliż nigdy o tym nie myślałem w ten sposób — przyznał. — Zaiste, młodzieńcze, chylę czoło przed twym poświęceniem. — Skłonił głowę i schował miecz do pochwy. — Chodźmy do mego biura.
Jędrek ruszył za nim, starając się ukryć drżenie nóg. Z takimi oszołomonarchami nigdy nic nie wiadomo.
Szli przez wykute w skale korytarze, mijali kolejne sale. Jędrek znów poczuł zapach pieczeni. Zaburczało mu w brzuchu, ale rozsądnie uznał, że to nie jest najlepszy moment, by wpraszać się na obiad.
Biuro wyglądało jak kancelaria skryby zaprojektowana w czasach zaborów, gdy nie znano jeszcze nawet elektryczności. I być może naprawdę tak się stało, bo drewniane blaty stołów były tak powycierane od częstego używania, że aż zaokrągliły im się narożniki. Komputer wyglądał tu jak obiekt z innego świata.
Król kliknął kilka razy myszką i wpisał kilka słów na klawiaturze. Obsługiwał urządzenie nad wyraz sprawnie jak na kogoś, kto ubrdał sobie, że jest średniowiecznym władcą.
— Jak twa godność, młodzieńcze? — zapytał.
— No, prawdę mówiąc, nie najlepiej…
— Imię i nazwisko? — zapytał lekko zniecierpliwiony król.
— Jędrek… to znaczy Andrzej Gąsienica-Tutka.
Król wypełnił kilka pozycji w liście poddańczym i wcisnął przycisk «Drukuj». Stojąca obok drukarka jednak ani drgnęła. Ponowna próba również się nie powiodła.
— Azaliż, młodzieńcze — król wyciągnął miecz — raduj się: los postanowił uratować twój honor.
— Zaraz… chwilunia… — Jędrek zbladł.
— Wiem, że się starałeś. Doceniam to i respektuję. Pogrzeb wyprawimy ci ze wszelkimi honorami. Oczywiście potajemnie, co pewnie rozumiesz.
— Nie, nie, nie! Ja naprawdę bardzo chciałbym się poświęcić!
— Będziesz spoczywał w doborowym towarzystwie, pomiędzy dwoma magistrami marketingu, co w przeszłym roku tu zawitali.
— Może… — Jędrek rozpaczliwie patrzył na drukarkę — … może wystarczy zaktualizować sterownik?
— Twa determinacja jest godna pochwały. — Król skinął głową, uniósł miecz, ale nie uderzył. I nagle pewna olśniewająca myśl rozjaśniła mu oblicze. — Znasz się na tym?
— Jasne! — Jędrek dopadł do komputera i zaczął nerwowo klikać. W kilka chwil znalazł przyczynę awarii. — Domyślnie była ustawiona inna drukarka. Już drukuję!
Urządzenie zaszumiało i wypluło upragniony dokument. Jędrek podpisał go pospiesznie i wręczył królowi. Ten wolno schował miecz i odłożył list poddańczy na stos podobnych dokumentów. Nic nie powiedział, tylko przypatrywał się badawczo chłopakowi.
— Czyli mogę sobie iść? — upewnił się Jędrek. — Formalności już dopełnione?
— Mam dla ciebie pewną propozycję — odezwał się król. — Tyś informatyk, widzę to jasno. A ja właśnie informatyka potrzebuję.
— Taaak…? — Jędrek marzył tylko o jednym — o wyjściu na powierzchnię.
— Jak wiesz, wraz z dwunastoma śpiącymi rycerzami czekam na ten czas, gdy Rzeczypospolita będzie nas potrzebowała. Wtedy rycerze powstaną i ruszą w bój ratować ojczyznę swą miłą.
Oj, to przespaliście dwie wojny światowe, pomyślał Jędrek. Świr jest większym świrem, niż sądziłem, kozia bródka. Jak stąd wyjść?
— Na pewno znasz tę legendę… — Król zawiesił głos.
— Tak, jasne. — Chłopak przytaknął gorliwie. Przytakiwanie jest najlepszą strategią w kontaktach z szaleńcami. — Tak, tylko coś mi się wydaje, że was tu więcej miało być.
— To już wiesz teraz, że to nie jest legenda, lecz prawda samiuśka — ciągnął król. — Stale modernizuję nasz arsenał, bo w dzisiejszych czasach miecz nie starcza, niewiele się nim zwojuje. Właśnie kończę remonta okresowe najnowszych mechów bojowych. Jakość sprzętu jest bez zarzutu. Jedyne, co mnie martwi, to czynnik ludzki. Z tym jest u nas źle, a wręcz fatalnie. Zapewne zastanawiasz się, co robili rycerze we wrześniu roku tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego?
— Nie, nie. Choć w sumie… tak mi coś przemknęło przez myśl — przyznał Jędrek.
— Pójdź za mną, coś ci ukażę.
Wyszli na skalny korytarz. Jędrek zastanawiał się, czy by jednak nie czmychnąć. Niestety nie znał rozkładu tego podziemnego labiryntu i coś mu podpowiadało, że król by się poważnie wkurzył. Zapach pieczeni stawał się tymczasem coraz intensywniejszy, a wkrótce dołączyły do niego odgłosy rozmów i brzęk naczyń. Słowem — impreza.
Król skręcił w odnogę korytarza i zatrzymał się w wejściu do owalnej komnaty, która wyglądała na powstałą w sposób naturalny. W świetle ogniska oczom Jędrka ukazał się obraz imprezy iście epickiej, choć już w fazie zdecydowanie schyłkowej. Na skórach, rozłożonych na ławach i skalnych półkach, siedzieli bądź leżeli mężowie w niekompletnych strojach. Rozmawiali podniesionymi głosami, wspominając stare bitwy. Pili z dzbanów, nie zawracając sobie głowy napełnianiem rogów. Ktoś spał, ktoś tańczył w świetle płomieni, z ciemniejszego kąta dobiegały dziewczęce śmichy i chichy. Dwóch rycerzy symulowało pojedynek na łyżkę wazową i nogę od stołka, a największym wyzwaniem było dla nich utrzymanie się na nogach.
Jędrek nie liczył rycerzy, więc musiał uwierzyć, że łącznie jest ich dwunastu. Pytanie tylko, czy określenie «rycerze» nadal pasowało do tych opojów.
Nad ogniem na ruszcie piekło się jagnię i to jego zapach niósł się korytarzami. Sens tego spostrzeżenia dotarł do Jędrka dopiero po chwili. Kozia bródka! Piekli około jednej jego owcy! W tym momencie groźba ojcowskiej awantury nie wydawała mu się jednak jakoś szczególnie przerażająca.
Król klepnął chłopaka w ramię i obaj wycofali się do głównego korytarza.
— I co powiesz na ich zdolność bojową? — zapytał monarcha.
— Nie jestem fachowcem — odparł uprzejmie Jędrek, po czym dodał nieco tylko mniej uprzejmie — ale można odnieść wrażenie, że ich zdolność bojowa jest raczej znikoma. Czy w trzydziestym dziewiątym…?
— Dobrze myślisz, młodzieńcze. Pierwszego września rycerze moi legli napruci jako te messerschmitty. — Skinął ręką, by chłopak szedł za nim. — Od dawna słuchy chodziły, że coś się szykuje. Żądanie wyznaczenia korytarza do Gdańska i kilka podobnych tematów… no, pewnie to pamiętasz ze szkolnej ławy. Tylko ostatni gamoń by się nie zorientował, na co się zanosi. Rozpocząłem zatem procedurę wybudzania z miesięcznym wyprzedzeniem, aby czasu starczyło na podszkolenie i krótki trening kondycyjny. Wszystko było gotowe, aż tu nagle trzydziestego pierwszego sierpnia zastałem obraz taki, jaki i ty przed chwilą widziałeś. Przylazł jakiś Szkop i schlał ich do nieprzytomności reńskim winem.