Skręcili w węższy korytarz i wykutymi w skale schodami zeszli głębiej, bliżej zimnego serca góry. Temperatura spadła na tyle, że Jędrek zaczął dygotać. Komora, do której dotarli, nie miała sztucznego oświetlenia. Delikatnym, niebieskawym blaskiem świeciły tu górskie kryształy, rosnące na ścianach i sklepieniu. W dole szemrał podziemny strumień. Wypływał ze ściany, obmywał dwanaście kamiennych sarkofagów i znikał w ścianie z przeciwnej strony.
— Nie jest to, młodzieńcze, komora kriogeniczna z prawdziwego zdarzenia — wyjaśnił król. — Sen rycerzy polega raczej na zwolnionym metabolizmie. Zaledwie kilka uderzeń serca na minutę. Rok cały półtora stopnia Celsjusza tu mamy.
— A ty, królu, nie musisz wchodzić w tryb uśpienia? — zapytał Jędrek, zanim przypomniał sobie, że miał się ograniczać do przytakiwania.
— Ja — wyznał król — jestem nieśmiertelny.
— Aha.
— Problem to jest poważny, bo rycerze przez ten spowolniony metabolizm mają niską tolerancję na trunki mocne. Kac trwa u nich tygodniami. W trzydziestym dziewiątym, gdy już ich prawie docuciłem, Warszawa była okrążona. Siedemnastego września mieliśmy wyruszać z odsieczą. Przychodzę po tych ochlapusów z mapami taktycznymi w dłoni i Bogurodzicą na ustach, a tam scena jeszcze gorsza niż poprzednio. Wszędzie tylko puste butle po ruskim samogonie.
— Moglibyśmy już stąd wyjść? — Jędrek szczękał zębami.
Król łaskawie skinął głową. Rozpoczęli wspinaczkę po wielkich stopniach.
— To nie był ani pierwszy, ani raz ostatni — kontynuował gospodarz. — Słyszałeś, młodzieńcze, że historia lubi się powtarzać? Zawsze wróg Rzeczypospolitej znajdował drogę do śpiących rycerzy i podstępem podtykał im napój wyskokowy. Pomóc nie mogą ani kłódki, ani zamki kodowe, kiedy oni sami chętni do hulanki i swawoli. W grudniu tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego po raz pierwszy z gorzałką zakradł się tu Polak.
Jędrek z ulgą wszedł do głównego korytarza, gdzie było znacznie cieplej.
— A teraz kto im uczynił tę porutę? — Wskazał w stronę imprezowni.
— Teraz sami sobie to czynią. — Król machnął ręką. — Od świtu do zmierzchu i od zmierzchu do świtu biesiadują i chędożą.
— Czyli przeszli w tryb ciągły imprezowy. A do czego jest ci potrzebny, królu, informatyk? — Jędrek czuł się już trochę bezpieczniej.
— Zaraz do tego dojdę. — Król zatrzymał się przy solidnych drzwiach wmurowanych w ścianę. Odwiązał od pasa wielki klucz, włożył go w zamek i przekręcił trzy razy w prawo, dwa razy w lewo i… zerknął czujnie na Jędrka. — Jeśli poznasz kombinację, będę musiał cię zabić.
— Spoko, nie patrzę. — Jędrek uniósł dłonie w geście «co złego, to nie ja» i odwrócił się.
Drzwi ze skrzypieniem otworzyły się, odsłaniając… skarbiec. Dosłownie skarbiec. Skarbiec jak z filmów o piratach bądź rozbójnikach. Ze skrzyń wysypywały się złote monety i kamienie szlachetne, na stosach leżała biżuteria, po podłodze walały się srebrne dzbany.
Jędrka zatkało.
— Drogocenny kruszec… — Król podniósł złotą bransoletę i odrzucił w kąt. — Jeśli rzeknę «kruszec», mam na myśli mało wytrzymały materiał, prawda? A przecież o to się rozchodzi, aby się nam ten materiał nie pokruszył. Niech się ugnie, a jeszcze lepiej niech zasprężynuje, lecz niech się, na Boga, nie kruszy. Złoto jest do rzyci, muszę się go pozbyć. Stal węglowa ma lepsze parametry. Metalurgia, coś ci to mówi? Kevlar też miejscami jest wskazany. Oczekuję teraz na dostawę pancerzy grafenowych. Jak widzisz, funduszy mi nie brakuje, sprzęt też jest najwyższej próby. I tylko personel szwankuje. I tu pojawia się zadanie dla informatyka. Trzeba mechy przerobić, autonomiczność ich zwiększyć.
— Czy chodzi o zaprogramowanie czegoś w stylu ABS? — Jędrek nie mógł oderwać wzroku od złota. — O takie rozwiązania, które pozwolą kompensować stan upojenia bądź skacowania operatora? Taka obsługa błędów i wypaczeń na poziomie asemblera? Implementacja pijackiej gestykulacji do interpretera skryptu stylu walki pijanego mecha?
— Niezupełnie, młodzieńcze. Takie dictum przygotował mi już kupiec, com go w internetach zoczył, imć Twardowski. Może znasz to indywiduum? Srodze sfuszerował, bo cały jego wysiłek poszedł w zabezpieczenie mechów przed prowadzeniem pod wpływem. W efekcie nigdy nie dawały się uruchomić, bo rycerze wciąż natrąbieni byli. Nie, takie półśrodki mnie nie zadowolą. Moczymordy te nędzne zawaliły sprawę tyle już razy, że nie dam im kolejnej po temu sposobności. Wywalimy z mechów siedziska i wstawimy komputerowe matryce zarządzane przez inteligencyję sztuczną. Chcę ja mieć roboty zamiast rycerzy.
— Ro… roboty? — jęknął zdziwiony Jędrek. Skąd król znał te wszystkie…
— Tak, chcę mieć e-rycerzy.
— Jakich znowu erycerzy?
— To skrót od elektrycerzy. Lema żeś nie czytał, hultaju?
Jędrek cały czas gapił się na skarby. Cóż z tego, że wariat? Cóż z tego, że uważa się za króla? Jeśli ma pieniądze, warto się pochylić nad sprawą.
— Tak się składa, że właśnie zbieram kaskę na studia informatyczne… — przyznał.
— Jeśli wykonasz me zlecenie, zakupisz sobie cały Uniwersytet Jagielloński. Cóż zatem, przyjmujesz tę pracę? Płacę złotem.
Król wyciągnął dłoń, a Jędrek wahał się mniej niż sekundę. Radośnie uścisnął królewską prawicę i entuzjastycznie pokiwał głową.
— Zatem umowa stoi. — Król uśmiechnął się szeroko. — Jeżeli ci się powiedzie, mianuję cię na rycerza. Ale pamiętaj… jeśli zawalisz zlecenie, będę cię musiał zabić.
Gdy Jędrek wrócił na halę, robiło się już ciemno. Gwizdnął na Bocusia, żeby ten zagonił owce do koszaru. Policzył je i wcale go nie zmartwiło, że niezmiennie było ich około dziewięćdziesięciu dziewięciu. Nie bał się ojca, nie martwił się, że będzie tu tkwił do niedzieli. Ba! W najbliższych dniach zamierzał przytachać tutaj część niezbędnego sprzętu i zamienić szałas w małą pracownię informatyczną. Nikt mu nie będzie zawracał tu głowy, a Józek tylko się ucieszy, że ma więcej czasu na wszystkie Baśki i Halinki Podhala.
Spokój w pracy informatyka jest bardzo ważny, a owce są przecież bezobsługowe. I nic się nie stanie, nawet jeśli za kilka dni będzie ich około dziewięćdziesięciu ośmiu. Rycerze rezerwiści też muszą coś jeść, by być w formie. Jeszcze kiedyś mogą się przydać. Rycerz to zawsze rycerz — nie padnie w nim dysk, nie zwiesi się system.
Tego oczywiście Jędrek nie zamierzał mówić królowi. Za to już snuł wielkie plany stworzenia tu Doliny Kondratowo-Krzemowej. Bo był, kozia bródka, patriotą.
Tej jesieni w dolinkach oddalonych od szlaków turystycznych zaczęto widywać osobliwe stwory. «Tygodnik Podhalański» nazwał je mechanicznymi niedźwiedziami. Stwory te jakoby ćwiczyły fechtunek wspomagany laserowo, a jak się poważnie zezłościły, to i rakietę ziemia — powietrze potrafiły odpalić. Nikt nie traktował tych bujd poważnie, ale turyści na wszelki wypadek zaczęli wykazywać większą dyscyplinę w trzymaniu się szlaków.