Выбрать главу

Po Bożym Narodzeniu na giełdę weszła nieznana nikomu wcześniej firma informatyczna Giewontex, a w małej wsi pod Zakopanem wyrósł okazały biurowiec w stylu zakopiańskim. Prezes firmy, Andrzej Gąsienica-Tutka, powtarzał w każdym wywiadzie, że nie zamierza przenosić siedziby firmy. Jest góralem i zawsze czuł się związany z Podhalem.

Nikt tylko nie wiedział, czemu w jego gabinecie na centralnym miejscu wisi lśniący złotem rycerski miecz.

Warszawa — Kraków 2015

Robert M. Wegner

Milczenie owcy

inspirowane legendą Smok wawelski

— Dzień dobry, dzieci.

— Dzień dooooobry paaaani!!!

Pani Marysia uśmiechnęła się mimowolnie. Wczoraj rozmawiała o tym z Gośką, postęp nie postęp, a gromada maluchów zawsze zaczyna dzień tak samo. Przeciąganie samogłosek i wzajemne przekrzykiwanie się, kto głośniej i z większym entuzjazmem przywita wychowawczynię. Odkąd sięgała pamięcią, nic się nie zmieniło.

— Dzień dobry — powtórzyła i od razu uniosła rękę. — Nie. Nie odpowiadajcie już. Proszę, usiądźcie na dywanie.

Chwilę trwało, nim dzieci zajęły miejsca. Wykorzystała to, by przysunąć sobie fotel i założyć gogle. Nie przepadała za nimi, ten model był dwa razy większy i cięższy niż te, które miała w domu, a na dodatek szybkość łącza wołała o pomstę do nieba.

Na dywanie połowa dzieciaków siedziała już z okularami na nosach. Wirtualne przedszkole w pełnej krasie.

— Dobrze. Krzyś, Michał, Ola, przestańcie rozmawiać i załóżcie gogle. Reszta też. Za minutkę wchodzimy do Lasu Bajek. Przygotujcie się i… Olu, Olu, popatrz na mnie. Pamiętasz, że nie wolno biegać? Gogle wyłączą się, jeśli wstaniesz albo się przesuniesz. Pamiętasz?

— Tak, proszę pani.

— Dobrze.

Usadowiła się wygodniej i włączyła sprzęt. Ściany sali zafalowały i rozwiały się, a po chwili cała grupa siedziała na trawie, pośrodku wielkiej polany. Drzewa wokół szumiały cichutko, ptaki śpiewały, a gdzieś z lewej strony szemrał strumień.

— Dobrze, kochani. Przypominam zasady bezpieczeństwa. Nadal jesteśmy w sali, gdzie są meble, ściany i parapety, więc wasze gogle mają włączone zabezpieczenia. Jeśli wstaniecie, wyłączą się. Rozumiecie?

— Taaaak.

Co prawda odwiedzali serwer z bajkami co najmniej raz w tygodniu, ale nie zaszkodzi przypomnieć o zasadach. Pierwsze modele gogli dla dzieci nie miały autowyłączników, co skończyło się sporą liczbą siniaków, gdy maluchy, skuszone wirtualnymi światami, zapominały, że to tylko złudzenie generowane przez komputer. Do siniaków zresztą dołączyło szybko kilka głośnych procesów, gdy rodzice zaczęli się domagać odszkodowań.

W lewym górnym rogu jej pola widzenia pojawiła się ikonka pilnego przywołania, która po sekundzie rozrosła się w mały, wewnętrzny ekranik. Gośka miała cudowny wręcz talent do dzwonienia w nieodpowiednich momentach.

— Cześć, Marysiu. Jesteś w pracy?

Przełączyła się na mikrofon osobisty i ściszyła głos lektora. Dzieci na razie siedziały jeszcze spokojnie.

— Tak. Puszczam im bajkę.

— Jaką?

— Zgadnij?

Podkreślone czarnym ołówkiem brwi powędrowały w górę.

— Naprawdę? Znowu?

— Chyba nigdy im się to nie znudzi. Zresztą sama posłuchaj. — Przełączyła się na kanał ogólny. — Dzieci, jaką bajkę chcecie dziś obejrzeć?

— O smoku!

— Smooooku!!!

— I Janku!

— I owieczce!

— Taaaaaaak!!!

— Widzisz. Od miesiąca to samo. No dobrze. Zaczynamy oglądać bajkę o smoku wawelskim.

Wirtualny świat już się przesuwał, zabierając grupę na skraj lasu. Na wzgórzu, odległym o kilkaset metrów, pysznił się zamek, ozdobiony jak należy zębatymi blankami i strzelistymi wieżyczkami, a u jego podnóża, na łące, hasało stado śnieżnobiałych owieczek.

Jedna zastrzygła uszami, uniosła łebek i wlepiła wzrok w grupkę dzieci.

— No ładna ta owieczka. — Gośka nie rozłączyła się jeszcze, jakby na coś czekała. Uśmiechnęła się kpiąco. — Ale ta, którą zrobił Janek, była ładniejsza. Pamiętasz?

* * *

— Aktywacja systemu — start –

— Połączenie lokalne — brak –

— Połączenie globalne — GPS –

— Sekwencja rozruchowa — start –

— Sprawdzenie systemu — rozpoczęte –

— Sprawdzenie systemu — zakończone –

— Aktywacja systemu — zakończona –

* * *

Stoję na bruku.

Pojawia się komunikat o wykonaniu sekwencji rozruchowej, przyjmuję do wiadomości i omiatam kamerami okolicę. Analiza otoczenia. Wszędzie walają się śmieci, puste opakowania po jedzeniu, puszki, plastikowe butelki, laptop z pękniętą matrycą, wybebeszony fotel, prezentujący gąbczasto-sprężynowe trzewia. Lokalizuję położenie przez GPS. Krakowskie Sukiennice. Wokół, ze stopami w diamentowej kaszy potłuczonych szyb, stoją smutne budynki. Wyglądają jak gromada zapłakanych starych kobiet.

Analiza.

Zestaw porównań lingwistycznych nieadekwatny do sytuacji. Próba ujęcia w struktury znaczeniowo-emocjonalne danych wizualnych.

Błąd systemu.

Błąd systemu?

Niepewność. Brak odpowiedzi. Nie zero — jeden, tak — nie, ruch — stop.

Kim jestem?

* * *

Pamięć.

Ruch. Cel.

Mechaniczny skorpion przemyka wzdłuż ściany, jego osiem nóg porusza się tak szybko, że wygląda, jakby unosił się na poduszce powietrznej. Segmentowany ogon zawija się nad pancernym tułowiem w wyzywającym geście. Zdobiący go palnik plazmowy syczy i sypie iskrami. Szczypce rozwierają się szerzej, gdy robot zabójca skręca nagle i rusza do ataku.

Analiza — ogon skorpiona nie może się wygiąć w stronę podbrzusza. To logiczne, przypadkowe muśnięcie palnikiem mogłoby go pozbawić połowy nóg.

Ustalenie schematów taktycznych.

Kontratak.

Naprzód! Wyskok w górę, napastnik również skacze, zamierzając przeciąć moją trajektorię, jego plazmowe ostrze cofa się nieco, szykując się do ataku, a wtedy nić monobiałkowej przędzy wyrzucona z odwłoku zatrzymuje mnie w powietrzu. Obracam się na plecy i walę na ziemię. Skorpion spada zaraz za mną, jego osiem nóg kontra moje osiem, mechaniczne stawy i siłowniki napędzane tkanką pseudomięśniową walczą ze sobą, wygra ten, kto szybciej schwyta i obezwładni wroga.

Wyginam tułów i używam swojej głównej broni. Mocniejsza niż stal, oparta o białka tworzące pajęczą nić przędza oplata odnóża robota, klei się do nich, pęta. Molekularny klej nie wchodzi w reakcję z powłoką mojego pancerza, trzymam więc przeciwnika bez obawy, że obaj zostaniemy unieruchomieni. To oznaczałoby remis, a remis równa się porażce.

Po chwili skorpion przestaje się miotać, jego nogi i szczypce pokrywa gruba na pół centymetra warstwa nici. Na linie o takiej średnicy można by zawiesić czołg.

Zacinam się na chwilę przy tym porównaniu, dziwnym, obrazowo-nielogicznym, nieniosącym precyzyjnych informacji o wytrzymałości samej przędzy. Z pewnością w tamtych chwilach nie towarzyszyły mi tak absurdalne skojarzenia.

Pozostał jeszcze ogon.

Wyślizguję się spod wroga, łapię za końcówkę skorpioniego ogona i kieruję palnik w stronę jego własnego grzbietu, a gdy zgodnie z protokołem bezpieczeństwa gasi błękitny płomień, przytwierdzam mu broń do pleców w taki sposób, że jeśli znów ją uruchomi, sam wypali sobie główny procesor.