Выбрать главу

Ostrożnie podnoszę spętanego skorpiona dwoma parami przednich odnóży i obracając się wokół, szukam odpowiedniej twarzy.

Analiza porównawcza. Jest. On.

Janek.

Mój Pan.

Uśmiecha się. Podaje rękę innemu człowiekowi, ktoś klepie go po plecach. Moje mikrofony ustawione są na niewłaściwą częstotliwość, więc nie słyszę słów. Kładę wroga u stóp Pana.

Analiza taktyczna — koniec zadania.

Analiza pamięciowa — jestem PAJĘCZOR?

Przeglądanie tego wspomnienia zajmuje mi jeden koma dwie dziesiąte sekundy. Mrugam oczyma, pochylam głowę i zerkam na górne odnóża. Błąd informacyjny. Ich wygląd nie pasuje do wzorca zapisanego w pamięci.

Już nie jestem «PAJĘCZOREM».

* * *

W wirtualnej krainie smok siał terror i strach. Latał, porywał rogaciznę i nierogaciznę oraz ziejąc ogniem, podpalał to i owo. Wszystko oczywiście zgodnie z wytycznymi o bajkach dla dzieci w wieku od czterech do siedmiu lat. Żadnej krwi, żadnej bezpośredniej przemocy, porywane w powietrze owieczki robiły głupie i zaskoczone miny, po czym znikały w smoczej jaskini, a podpalone budynki gaszono jednym wiadrem wody.

— A pamiętasz, jak to było naprawdę?

Twarz Gośki na powierzchni gogli zastąpiła seria obrazków. Strona z dziennika — «KRAKÓW W NIEBEZPIECZEŃSTWIE!» — i druga, z dwukolorowym, czarno-czerwonym tytułem: «KTO STOI ZA PORWANIAMI NASZYCH DZIEWCZĄT?!!». Następna grafika przedstawiała zdjęcie zdezorientowanego policjanta i wiele mówiący komentarz: «TWARZ BEZRADNOŚCI».

— Po co mi to pokazujesz?

— Bo ja po prośbie dzwonię. Moja Basia ma na przyszły tydzień napisać referat o Janku i jego, hm, owieczce. Wiesz, lokalny bohater, genialny dzieciak ratujący miasto…

Kolejne obrazki migały stronami z Twittera i Facebooka. Ostatni zatrzymał się na fanpage’u opatrzonym zdjęciem latającej maszyny z nazwą «дракон» wymalowaną na burcie. «Niechaj żyje nam ten rok, bo na Wawel wrócił SMOK!». Jeśli dobrze pamiętała, od tego się zaczęło — potem już nikt nie mówił o nim inaczej niż jak o smoku i jego «księżniczkach».

— Wyłącz to, proszę. Niby jak mogę ci pomóc?

— No bo wiesz… sama mówiłaś, że ten Janek chodził wcześniej do twojego przedszkola…

— A wiesz, ile lat minęło?

Gośka wzruszyła ramionami i zmarszczyła brwi w znajomym grymasie. No tak. Ta jak się uprze…

— No cóż mogę ci powiedzieć? Nic nie zapowiadało, że zostanie szkolnym kujonem. Był bardzo radosnym dzieckiem.

* * *

Otrzymuję sygnał o grożącym niebezpieczeństwie i wykonuję unik.

Strumień gorącego powietrza uderza w bruk, resztki szyb w szczerbatych oknach drżą strachliwie, śmieci unoszą się w górę, wirują w jakimś opętańczym tańcu.

«Strachliwie»? «Opętańczy»?

Niewłaściwe sformułowania. Analiza trajektorii papierowych toreb, nieaktualnych gazet i zużytych opakowań po żywności powinna zawierać dane na temat możliwości wykorzystania ich jako zasłony przed czujnikami wroga ewentualnie dostarczyć informacji o masie i prędkości lądującego właśnie obiektu. Określenie «opętańczy» nie niesie ze sobą żadnej praktycznej wiedzy. Kolejna struktura znaczeniowo-emocjonalna wywodząca się z mitologiczno-religijnej warstwy języka. Mity i emocje nie powinny mieć dla mnie żadnego znaczenia.

Nie?

Wspominam… «radość».

* * *

Tańczę. Kręcę się i wiruję, obijam o różne przedmioty i zmieniając kierunek, pędzę dalej. Z czujników mam tylko GPS i zestaw bezwładnościowy. Na podstawie liczby odbić, kierunku oraz prędkości poruszania się mam stworzyć mapę pomieszczenia, a potem przebyć go z północy na południe i ze wschodu na zachód tak, by więcej nie uderzyć w żaden obiekt. Ale są ograniczenia. Istnieje limit czasu na wykonanie zadania, a każde odbicie powoduje chwilowe zakłócenia w żyroskopie, spadek od pół do półtora procenta dostępnej energii oraz pojawienie się losowych błędów w pamięci. W wyniku czego następuje także obniżenie dokładności uzyskiwanych informacji. Muszę, zwłaszcza na początku, ustalić właściwą strategię.

Im szybciej zacznę się poruszać, tym mocniej będę uderzać o przeszkody, stracę więcej energii, a kumulujące się błędy mogą uniemożliwić mi poprawne wykonanie zadania. Lecz jeśli ruszę wolno, może mi się skończyć czas, nim wykonam zadanie. A wtedy czeka mnie coś… nieprzyjemnego. W bazie danych nie mam lepszego określenia na to, co się wtedy ze mną dzieje. Tracę łączność z GPS, czujniki bezwładnościowe nie przekazują żadnych informacji, jest tylko… nicość.

Nie. To nie tak. Te pojęcia — «nieprzyjemne», «nicość», są nowe. Wtedy z pewnością nie znajdowały się w moim banku pamięci, bo istniały tylko ruch i nauka, jak unikać niepowodzeń. A jednak nie mam lepszych na określenie stanu, którym kończyło się niepowodzenie misji.

Tańczę.

A w miarę jak kolejne zderzenia informują mnie o położeniu przeszkód, poruszam się coraz płynniej. Jeśli wykonam zadanie, nie będzie odłączania od czujników i wymuszonego bezruchu, z wyjątkiem powrotu do gniazda, by podładować akumulator.

Będzie istniała możliwość swobodnego toczenia się, a to stanowi kwintesencję mojego istnienia. Taki taniec daje mi najczystszą, najpierwotniejszą radość.

Bo jestem… KULĄ?

* * *

Śmieci podniesione podmuchem zamierają w tańcu, a z tumanu kurzu wyłania się olbrzymi pojazd. Ignoruję to na razie, usiłując poradzić sobie z kolejną porcją niezrozumiałych danych. KULA? Znam definicję kuli jako bryły, ale moje ciało zupełnie do niej nie pasuje. Teraz to nieważne. Przyglądam się statkowi.

Na jego burcie widzę napis «SMOK» w języku rosyjskim. Pamiętam ten statek, wspomnienia są bolesne i chaotyczne, czai się za nimi agresja i poczucie straty. Sięgam głębiej, do danych pobranych z sieci. Masa, opancerzenie, uzbrojenie jednostki są owiane tajemnicą, nikt nie wie, co właściwie ten potwór potrafi. Krótkie filmy, większość nagrana z ręki, komórkami i tabletami, pokazują manewry sugerujące, że maszyna ma gigantyczny zapas mocy, a siłą ognia dorównuje średniej wielkości niszczycielowi.

Przeglądam szybko jedyny wojskowy dokument, który trafił do internetu, kamera zamontowana w kasku pilota myśliwca pokazuje moment odpalenia w stronę SMOKA rakiet, błysk laserów, które zamieniają te rakiety w kule ognia, i wyglądający jak nanizany na jedną nić sznur pocisków z działka, lecący w stronę kabiny odrzutowca. Potem chwila zakłóceń — i czasza spadochronu nad głową, a w samym rogu obrazu fragment smoczego pojazdu robiącego nawrót.

Te dane są cenne. Pokazują rozmieszczenie działek i laserów, dzięki czemu teraz wiem, że jestem w martwej strefie obrony statku. W powietrzu SMOK wykonuje zawsze kolejne zwroty i przechyły, by pokryć ogniem wszystko wokół, stojąc na ziemi, nie może tego zrobić. Istnieje szansa, by błyskawicznie przepełznąć dołem, dostać się do szczeliny, skąd wysuwa się podwozie, i…

Stop.

Spoglądam jeszcze raz na swoje przednie kończyny, poruszam lekko ciałem. Znów nic nie pasuje do wspomnień.

* * *

Dzieciaki chłoną bajkę tak, jak tylko pięciolatki potrafią. Dosłownie z otwartymi buziami. Oglądały ją już przynajmniej kilkanaście razy, ale nadal nie wyglądają na znudzone. Może dlatego, że Las Bajek za każdym razem nieco modyfikuje historię, smok był już zielony, czerwony, brązowy, a teraz jest czarny, owce czasem porażały bielą runa, kiedy indziej były żółte, szare albo niebieskie, natomiast rycerze pędzący w stronę bestii raz galopowali konno, innym razem strzelali do niej z wielkich machin, a niekiedy po prostu biegli do ataku, wymachując karykaturalnie wielkimi mieczami. Tak jak teraz.