Выбрать главу

Gośka zezuje lekko w bok i uśmiecha się. Ten uśmiech budzi paskudne podejrzenie.

— Czy ty mnie podglądasz?

Uśmiech koleżanki staje się lekko zakłopotany.

— No wiesz, moja Lilka tu chodzi, a ja jestem w Radzie Rodziców, więc mam prawo nadzorować dobór materiałów edukacyjnych…

— I przeszkadzać w zajęciach prywatnymi sprawami?

W baśniowej krainie oddział rycerzy dopadł właśnie smoka. Na chwilę, zgodnie z ustawą o ograniczeniu przemocy, wszystko przesłonił tuman kurzu.

Gośka mruga porozumiewawczo.

— A pamiętasz to?

Ekran Marii wypełnia zrzut z fanpage’u pod buńczucznym tytułem «Smoku kochany, weźmiem cię na glany». Ponad osiemnaście tysięcy lajków i zdjęcia uśmiechniętych, ogolonych na łyso młodzieńców, uzbrojonych w kije bejsbolowe i gazrurki. I krótki filmik kręcony z ręki, przedstawiający tych samych chłopaków pędzących w panice ulicą i rzucających swoją broń na ziemię. A za nimi on, Smok — bo już nikt nie nazywał go inaczej.

Zupełnie jak ci animowani rycerze, uciekający właśnie w stronę zamku.

Teraz już można się śmiać z takich rzeczy, ale wtedy nikomu do śmiechu nie było.

— No to jaki jeszcze był ten Janek?

— Jaki? Lubił wyzwania. I lubił się uczyć nowych rzeczy. Ale był też taki jakiś…

— No, no?

— Sama nie wiem. Dziwny?

* * *

Otrzymuję zadanie — wspiąć się na drzewo, następnie po gałęzi dotrzeć na dach szopy i zsunąć się po rynnie na ziemię. Sterowanie komendami głosowymi. Poruszam się tuż nad ziemią, moje oczy («oczy» — skąd takie określenie?) mają niewielkie pole widzenia, a teren porasta gęsta trawa, więc co kilka metrów unoszę przednią część ciała, omiatam okolicę wzrokiem. Resztę danych dostarczają mi czujniki nacisku. Dziesiątki kolców porastają moje długie i wąskie ciało, pełniąc funkcje sensorów, wspomagaczy ruchu i systemu obronnego.

Tak jak teraz.

Obiekt wypada zza rogu i zbliża się, wydając głośne dźwięki. Znam to. Już się z nim spotkałem. Zwijam się w ciasny węzeł, chowając głowę z delikatnymi kamerami, i stroszę kolce. Napastnik — pies — doskakuje, uderza we mnie, czujniki informują o sile około piętnastu kilogramów na decymetr kwadratowy, i odskakuje. Częstotliwość wydawanych przez niego dźwięków rośnie cztery razy, a ich źródło oddala się.

— Widziałeś? Ale spieprzał!

— Widziałem. Głupi pies, nigdy się nie nauczy. WĄŻ — status.

Rozpoznaję głos i komendę, więc unoszę górną część ciała i kołyszę się w przód i w tył. Moje «oczy» mają niską rozdzielczość, ale widzę, jak Pan kiwa głową.

— Dobrze. Zmiana planów. Omiń tamtą oponę, przepełznij przez zieloną rurę, odnajdź piłkę i przytocz ją do mnie.

Lokalizuję obiekty, do których pasuje określenie «opona», «zielona rura» i «piłka». Porównuję komendy głosowe z terabajtową bazą danych pamięci wewnętrznej. Człowiek towarzyszący Panu mówi:

— No way, stary, nie zrozumie.

Ten człowiek ma zerowy priorytet posłuszeństwa. Mogę go zignorować, ale po nim odzywa się Pan, więc słucham.

— Widziałeś te nowe żelowe procki? Płynna architektura, miśku. Od miesiąca uczę go rozpoznawania komend głosowych i obiektów. Robi szybkie postępy.

— Nieźle. Powinieneś założyć takie do reszty.

— Założyłem już Pajęczorowi i Kuli. Następny będzie Dino i Droid. Raptor dostanie dwa najnowsze.

— Nooo, wykosztujesz się.

— Trochę. Da się przeżyć.

Program przystosowania się do komend głosowych obejmuje analizę tembru głosu, szybkości i głośności mówienia. Okrążając oponę i zmierzając w kierunku leżącej za nią zielonej rury, nagrywam i archiwizuję całą rozmowę. Przed wpełznięciem do środka unoszę ciało, jeszcze raz lokalizuję piłkę. Wsuwam się w ciemny otwór.

— Zatrzymaj go.

— Co?

— Zatrzymaj.

— WĄŻ — stop.

Zatrzymuję się, a czujniki przekazują serię mikrodrgań gruntu. Kroki. Ktoś podbiega, przystaje, biegnie znów.

— Dobra, puść go. Zobaczymy, co zrobi.

— WĄŻ — kontynuuj.

Wypełzam z rury i kieruję się w stronę, gdzie leżała piłka.

Błąd.

Unoszę ciało, porównując widok z zapisanymi danymi.

Piłki nie ma.

Znikła.

Usiłuję dopasować błąd do posiadanych wzorców. Pierwszy — skierowałem kamerę w złą stronę, drugi — awaria pamięci. Sprawdzam. Widok otoczenia jest poprawny, status karty pamięci — poprawny.

Zastygam.

— Zawiesił się, widzisz, he, he.

Analiza. Porównanie wyglądu otoczenia z ostatnich kilkunastu wizyt w tym miejscu. Inne ułożenie opony, brak zielonej rury, brak piłki.

Wyłania się nowy wzorzec.

Cele mogą się zmieniać, obiekty mogą zmieniać położenie. Obracam tułowiem, szukam. Jest. Piłka tkwi na gałęzi drzewa. Pełznę po nią.

— Ja cię kręcę. Zaprogramowałeś mu to?

— Nie. Mówiłem ci, głąbie. Uczy się. Ale dzięki za pomysł z piłką.

Wspinam się, owijając ciało wokół pnia, kolce zabezpieczają mnie przed upadkiem. Mam zadanie. Jestem WĘŻEM.

* * *

Znów pojawia się dysonans poznawczy między wspomnieniami a tym, co dzieje się tu i teraz. Nie jestem już WĘŻEM. To ciało jest inne, zestaw czujników obejmuje między innymi kamery, mikrofony i żyroskopowy system równowagi, bo środek ciężkości mam wysoko, na dodatek — przyglądam się uważniej — górna część tułowia obciążona jest jakimiś silikonowymi wkładkami, których użyteczności nie potrafię odkryć.

Syk i ze statku opada trap, a potem pojawia się on.

Potencjalny cel.

Program rozpoznawania obiektów wyświetla taką liczbę danych, że po jednej koma dwie dziesiąte sekundy mam sto procent pewności. Cel zmienia status z «potencjalny» na «główny».

Wchodzę w tryb wabienia.

Mrugam oczyma, program behawioralny podpowiada odpowiednie gesty. Przechylam głowę, unoszę górną kończynę do ust, motoryka oblicza i zmienia rozkład napięcia na sztucznej skórze pokrywającej przednią część mojej głowy.

Uśmiecham się.

Cel jest wielki. Wibracje przenoszone przez podłoże i drgania pozwalają ocenić różnicę naszej masy. Co najmniej cztery do jednego na jego korzyść. Nie ma widocznej broni. Pojawiają się sekwencje możliwego przebiegu starcia, informacje o moim uzbrojeniu, zębach, pazurach, ukrytych pod skórą ostrzach. Dorównuję mu siłą, mam przewagę w szybkości i odporności na obrażenia.