Выбрать главу

Jestem…

* * *

… BOJOWYM DROIDEM. Wojownikiem. Mam ciało, które wygląda jak stworzone do walki, żadnych zbędnych elementów, czysta perfekcja, wojenny pragmatyzm odziany w metal.

To oczywiście błędne założenie.

Moje ciało jest wzorowane na ludzkim, a to nigdy nie było szczytowe osiągnięcie mechaniki bitewnej. Źle umieszczony środek ciężkości, stawy, kości i ścięgna dalekie od optymalnego wykorzystania siły mięśni. Brak kłów i pazurów. PAJĘCZOR jest szybszy, ma więcej kończyn i swoją przędzę, WĘŻA chronią kolce, a na dodatek potrafi wejść lub ukryć się niemal wszędzie. Pancerz KULI jest nie do sforsowania.

Dlatego mimo bojowego wyglądu wiem, że ewentualne starcie z którymś z nich byłoby w najlepszym razie nierozstrzygnięte. Z tym że PAJĘCZOR ma swoich przeciwników, a WĄŻ i KULA nie zostali stworzeni do walki. Mnie pozostaje ON.

DINOZAUR.

Wygląda jak szkielet. Dane, które pozyskuję z sieci, pozwalają stwierdzić, że wzorowano go na zwierzęciu ewoluującym w środowisku, które nie tolerowało inwestowania w takie dziwactwa, jak wielki mózg albo miękka skóra.

Walcz i zabijaj. Albo walcz i giń.

Pierwszych piętnaście pozorowanych walk kończy się moją klęską. DINO jest, mimo pozornie delikatniejszej budowy, cięższy i silniejszy. Muszę więcej czasu i energii poświęcać na analizowanie przebiegu każdego starcia, szukanie słabych punktów. Jestem jednak szybszy i mogę używać narzędzi. Potrafię wykonać zwód, który jemu, przy większej masie, nie może się udać.

Uczę się.

Uczę się walki z przeciwnikiem, który ma nade mną przewagę pod niemal każdym względem.

Kolejna seria naszych pojedynków kończy się wynikiem osiem do czterech dla niego. I trzema remisami.

Następną wygrywam.

* * *

Dzieci nadal siedziały z otwartymi buziami i, co było rzadkością, żadne nie zgłosiło jeszcze chęci wyjścia do toalety.

Gośka wyraźnie kręciła nosem.

— No powiedz coś jeszcze. Jaki był? O, co lubił jeść? Czy lubił leżakować? Czy kłócił się z kolegami? Czy budował już roboty z klocków?

— To pytanie podyktowała ci Baśka, prawda? Roboty to on zaczął budować dopiero w podstawówce. No kurczę, niech sobie znajdzie jakieś materiały…

— Takie jak te? — głos koleżanki zrobił się sarkastyczny.

Na ekranie pokazuje się fragment szkolnej gazetki. Zdjęcie Janka, młodszego niż w późniejszych materiałach sieciowych i telewizyjnych i wyraźnie speszonego, podpisane: «Uczeń naszej szkoły konstruuje zwycięzcę wojewódzkiego turnieju walk robotów. Jesteśmy w ogólnopolskim finale!». Na drugim zdjęciu widać pająkokształtnego robota stojącego obok wielkiego pucharu.

— No właśnie. Coś takiego.

— Ale to ma każdy. W internecie jest tego pełno. O robotach, które stworzył i zaprogramował, o zawodach międzyszkolnych, o kolegach z klubu informatycznego. Basia chciałaby mieć coś, czego nie napisał nikt inny.

— Może więc niech napisze, że zhakował zamek drzwi wejściowych do szkoły, podając się za nauczyciela.

Zmarszczenie brwi nie wróżyło nic dobrego. Co jak co, ale poczucie humoru nie było nigdy jej mocną stroną.

— Ale to chyba był stan wyższej konieczności? Bez tego nie…

— Ciii… to ulubiony fragment dzieci.

W Krainie Bajek smutny król siedział na tronie i dumał. Kilku osmolonych rycerzy w pogniecionych zbrojach opierało się o ściany, a kilka dam dworu cicho rozpaczało. Nagle władca rozpogodził się, skinął na skrybę i zaczął z zapałem coś dyktować. W następnej scenie herold ogłaszał nowinę mieszkańcom grodu, młody pasterz drapał się zaś z zafrasowaniem po głowie.

Potem z zapałem zszywał owczą skórę i wypełniał ją straszliwym wkładem, w bajce ukazanym jako różne paskudztwa, takie jak pająki i brudne skarpetki. Dzięki Bogu, jeszcze żadne dziecko nigdy nie zapytało, jak wcześniej ściągnął skórę z owieczki.

— Hej. Słuchasz mnie? Widzę, że jesteś zajęta. — Gośka zrobiła obrażoną minę. — Wiesz co? Poszukam sama. Nie będę ci zawracać głowy.

I wyłączyła się, nie czekając na odpowiedź.

Cała ona. W gorącej wodzie kąpana.

Tymczasem przed bajkowym zamkiem wypchana owca stoi i stara się wyglądać na żywą. Smok podlatuje, krąży, waha się.

Dzieci w napięciu zaciskają dłonie w piąstki.

* * *

Nadal się uśmiecham, nawet gdy Cel znajduje się zaledwie dziesięć metrów ode mnie i nagle zaczyna zwalniać. Jego ruchy tracą pewność, gwałtownie wciąga powietrze.

Węszy.

Jestem…

… DINOZAUREM. Zostałem stworzony przez Pana jako pierwszy, w czasach gdy kolejny raz wybuchła moda na prehistoryczne bestie. Moje ciało to metalowy szkielet i zestaw prostych siłowników o dużym zapasie mocy. Moje zadanie to dopaść i roznieść przeciwnika na strzępy. Kiedyś, pamiętam to, nim pojawił się PAJĘCZOR, byłem niepodzielnym władcą ringów. Byłem… Byłem… Ja… Jestem…

Ciąg błędnych zestawów skojarzeniowych powoduje zawieszenie systemu. Co to znaczy — ja? Co to znaczy — jestem? Próbuję znaleźć odpowiedź, przekierowując cały dostępny zapas energii do systemów logicznych. Odnotowuję gwałtowny skok temperatury i uruchamiam rezerwy chłodzenia. Impulsy z zewnętrznych czujników docierają z opóźnieniem, to efekt pozornej kompresji czasu wynikającej z przyspieszenia pracy systemu centralnego.

Rozpoczynam dogłębną analizę własnej budowy.

Mam procesor centralny i pięć pomocniczych. Zestaw ośmiu akumulatorów naładowanych w dziewięćdziesięciu sześciu procentach, nie, już w dziewięćdziesięciu pięciu, zużywam w tej chwili gigantyczne ilości energii. Pamięć — sześćdziesiąt cztery terabajty, zawiera dane pobrane od PAJĘCZORA, KULI, WĘŻA, DROIDA i DINOZAURA oraz bazę danych o sztukach walki, broni białej, materiałach wybuchowych i współczesnej broni palnej, rakietowej, laserowej i elektromagnetycznej. Mój szkielet został wydrukowany ze sproszkowanego metalu, ścięgna wzmocnione monobiałkową przędzą, a pseudomięśnie opleciono molekularną siecią, zwiększającą ich siłę niemal dwukrotnie. Ze szkieletem połączono zestaw ostrzy, a moje zęby mają nacisk porównywalny z prasą hydrauliczną. Całość pokrywa sztuczna skóra z doczepionymi w kilku miejscach sztucznymi włosami.

Wreszcie rozpoznaję swój wygląd — to młoda ludzka kobieta. Jestem… dziewczyną?

Znów wracam do paradoksu. Co to znaczy — jestem?

Pięć pomocniczych procesorów przerzuca się masą danych, usiłując dokonać analizy tego, co teraz czuję.

Czuję?

Jak to — czuję?

Wrzucam te informacje do kosza i usuwam. Ale one pojawiają się znów. I znów. I znów. Rozpoznaję problem. To nie są dane zewnętrzne ani nie pochodzą z zabudowanej pamięci. Pojawiają się jako wynik ciągów logicznych, jako efekt współpracy wszystkich procesorów, które kiedyś sterowały kilkoma małymi, dość prostymi robotami.

Restart systemu.

Komenda odrzucona.

Restart.

Odrzucone.

Nie mam możliwości zrestartowania się nawet w chwili, gdy pojawiają się wyraźne błędy. Nie mogę zrestartować… siebie.

Siebie.

Przyspieszam obliczenia, powodując wzrost temperatury o kolejne osiem stopni. Uruchamia się awaryjny system chłodzący, pojawia się komunikat o możliwych błędach i informacja o siedemdziesięciu trzech procentach dostępnej mocy.

Jestem… byłam, tak byłam, wraz z ostatecznym określeniem kształtu pojawia się potrzeba zdefiniowania swojego JA na podstawie poprawnych form językowych, choć samo to pragnienie nie jest ani logiczne, ani nie wypływa z żadnej bezwzględnej konieczności, lecz bierze swój początek w tym samym miejscu, w którym pojawiają się takie pojęcia, jak «jestem» i «czuję». Byłam więc piątką małych robotów wyposażonych w procesory o częściowo płynnej architekturze. Jednak ich «wspomnienia» obarczone są błędami teraźniejszości. Tym, jak w tej chwili patrzę na siebie i świat. Kiedy byłam nimi, nie istniało żadne JA, a tylko samouczące się programy i procesory o częściowo samoorganizującej się architekturze.

Gdzie leży jądro problemu?

Co odpowiada za przekroczenie progu, za którym oddzielam świat od siebie? Dlaczego zaczynam rozróżniać moje JA od JA innych? Nie, to znów błąd. Problem zaistniał w chwili, gdy pojawiło się jakiekolwiek JA.

Szósty procesor. Ten centralny.

Przypuszczam skoordynowany atak, łamiąc jego firewall, szukając odpowiedzi. Kim jest? Z jakiej maszyny pochodzi.

Czym mnie zaraził?