SYSTEM ERROR.
Patrzę teraz na uciekający Cel.
Oddala się.
Pojawia się informacja o pięćdziesięciu ośmiu procentach naładowania akumulatorów.
Wreszcie z odmętów pamięci wyławiam obraz nagrany przez jakiegoś przechodnia. On, Smok, wielki jak góra, unosi i opuszcza nogę, rozpłaszczając na ziemi małe, niewyraźne coś. Mnie. Moje ówczesne ciało… jedno z moich ciał, ale to najważniejsze, najbardziej zaawansowane.
To coś to ja. Pies-robot imieniem RAPTOR.
Zawiodłam.
Ośrodek kary wali we mnie serią impulsów, po których jeszcze niedawno najpewniej wyłączyłby mi się procesor.
Zawiodłam. JA.
Znów JA.
Raz za razem uderza we mnie jakiś sygnał. Analizuję go.
Ma aktywować systemy bojowe.
Mam zniszczyć Cel.
Ja mam zabić Cel.
JA.
Zablokowałam ten sygnał. Poświęcam resztki rezerw mocy na analizę danych. Ja — DINO, bestia stworzona do wygrywania dzikich, bezwzględnych starć. Ja — DROID, uczący się wszystkich brudnych sztuczek, mogących przydać się w czasie walki słabszemu. Ja — WĄŻ, rozwiązujący coraz trudniejsze sztuczki i łamigłówki logiczne, stworzony do wyszukiwania wzorców w chaotycznym świecie. Ja — KULA, niosąca pierwotny zalążek nieskrępowanej radości z najprostszej zabawy, jaką jest ruch. Ja — PAJĘCZOR, ostatni z wojowników Pana, najdoskonalszy władca ringów. Nigdy niepokonany w walce jeden na jednego.
I ja — RAPTOR, cybernetyczny pies, który nauczył się odróżniać dobrze — źle, według klucza podanego przez Pana.
JA.
Nie jestem żadną z tych istot, programów, funkcji. Jestem ich sumą, iloczynem, wyklutym z geniuszu tego chłopaka, który stoi obok i coraz bardziej rozpaczliwie wali w pilota. Łącząc procesory i implantując w nie doświadczenie, obdarował mnie wszystkim, czym stwórca może obdarzyć swoje dzieło, nieświadomy, że kreuje coś więcej niż maszynę do zabijania, że odpalenie sekwencji startowej uczyni mnie… SOBĄ. Że tak jak człowiek jest czymś więcej niż sumą swoich najprostszych instynktów zaprogramowanych w DNA i wiedzy płynącej z otoczenia, tak JA nie jestem już tylko zestawem nowoczesnych zespołów obliczeniowych, wspomaganych przez gigantyczny bank pamięci.
Zaraz odwrócę się i mu to powiem, a potem…
Chcę otworzyć usta, ale…
Nie potrafię mówić.
Nie mam strun głosowych ani właściwie ukształtowanego podniebienia. Moja szczęka jest pełna ostrych kłów, krtań zajmuje siłownik napędzający tę zabójczą maszynerię. Nie mam żadnego, najmniejszego nawet głośnika, bo on uznał, że na nic mi się to nie przyda. Przecież mam tylko…
Zabić Cel, który sunie w stronę statku olbrzymimi, lecz zwolnionymi przez subiektywne przyspieszenie mojego czasu susami.
Mam go zabić i najpewniej zginąć.
Nie chcę.
To «nie chcę» wypełnia moją głowę serią ostrzegawczych impulsów — RYZYKO PRZECIĄŻENIA SYSTEMU!
Nie chcę ginąć. Nie teraz, w kilka chwil po moim zaistnieniu. Nie, zabijając inną istotę.
JA NIE CHCĘ GINĄĆ!!!
Kątem oka widzę, jak Pan zbliża do siebie jakieś dwa przewody wyciągnięte z obudowy pilota.
NIE! NIE RÓB TEGO, CHŁOPCZE!!!
W ostatnim ułamku sekundy dociera do mnie brzydka prawda, że w gruncie rzeczy jesteśmy kolażem wspomnień, workiem mentalnego śmiecia, wrzuconego byle jak do wielkiej dziury, zwanej osobowością. Możemy sami się okłamywać, udawać, że to nieprawda, a nasze «ja» jest wyjątkowe, niezwykłe, cudowne i rzadkie niczym czarna perła.
A czymże jest perła?
Efektem niestrawności małża wywołanej ciałem obcym. Sumą błędów w funkcjonowaniu jego organizmu, rezultatem działania systemu obronnego. Rozpacz płynąca z systemu nagrody — kary małego robota, który «zawiódł», stała się takim ciałem obcym, a dziesiątki terabajtów danych pobranych z innych maszyn przykryły ją niczym wydzielina mięczaka. I na kilka chwil pojawiło się coś, co nie miało prawa zaistnieć.
JA.
A teraz umrę.
I nikt się nie dowie, że byłam.
Ten sygnał jest sto razy silniejszy niż poprzednie, a moje rezerwy mocy nie istnieją. Przebija się przez barierę, jaką postawiłam, i wali serią morderczych poleceń w sam środek mojego istnienia.
Aktywacja trybu bojowego.
Uwaga — stan naładowania akumulatorów czterdzieści jeden procent.
Przejście do poziomu bojowego trzeciego.
Trzeci poziom bojowy odcina poszczególne procesory, żeby zostawić dość energii dla tego głównego. Tego, który ma zabić.
Proszę nie…
WĄŻ znika.
Nienienienie…
Nie jestem…
KULA ginie.
Proszę. Proszęproszęprosz…
Nie mogę. DINO, DROID i PAJĘCZOR rozpływają się w nicość. Zostają po nich tylko ciągi najpotrzebniejszych danych, możliwych do wykorzystania w walce.
Ja… Widzę wroga.
Siatka celownicza obramowuje jego sylwetkę. Systemy bojowe zmniejszają pobór energii do niezbędnego minimum, Cel zaczyna się poruszać szybciej.
Ruszam i ja.
— cel — Smok –
— zadanie — eliminacja –
— procedura pościgu — aktywować –
— naprzód –
— naprzód –
— naprzód –
— skok –
Smok połyka wreszcie wypchaną owieczkę, oblizuje się, beka. Nagle stawia oczy w słup, kaszle, łapie za gardło i ciągnąc za sobą wzdęte brzuszysko, pełznie w stronę rzeki. Po chwili nad brzegiem dochodzi do malowniczej eksplozji.
Dzieci wiwatują.
Koniec bajki.
Na ekranie gogli pojawia się ikonka przychodzącej wiadomości. Znów Gośka, ta to nie wie, kiedy przestać. Korzystając z tego, że dzieciaki jeszcze przez chwilę rozglądają się po wirtualnym świecie, wychowawczyni otwiera pocztę, a kolorowa czcionka kłuje ją w oczy: «Wybacz, Marysiu, że zawracałam Ci głowę. Referat nieaktualny. Zmienili im temat na Samoświadoma sztuczna inteligencja — dlaczego wciąż nam się nie udaje? Znasz może jakiegoś informatyka?».
Mimo wszystko uśmiechnęła się pod nosem. Ta Gośka nigdy się nie zmieni.
— Proszę paniii?
Pięć minut. Tyle dzieciaki wytrzymały bez zadawania pytań. Nieźle.
— Tak, Marysiu?
— Czy to prawda, że Janek, ten prawdziwy, chodził kiedyś do naszego przedszkola?
No tak. Od jakiegoś czasu świat dzielił się na prawdziwego Janka i resztę. Prawdziwy Janek ocalił Kraków, pokonał smoka i był sławny. Reszta się nie liczyła.
Przed oczyma przemknęły jej sceny z telewizji, wielki statek walący się do rzeki, ocalone dziewczęta uwalniane przez brygadę antyterrorystyczną, aresztowania podejrzanych notabli. I Janek. Jakby lekko zagubiony i podenerwowany całym tym zamieszaniem.
Poczuła, jak na to wspomnienie coś ściska ją za gardło. Jej Janek w telewizji i internecie. Wszędzie. Duma wypełniła ją tak, że niemal poczuła skrzydła u ramion.
— Tak. Chodził.
— A jaki był?
— Jaki? — Cała grupa przerwała zabawę i wpatrywała się teraz intensywnie w panią Marysię. — Grzeczny, spokojny, miły. Lubił się bawić samochodzikami i budować zamki z klocków. I zadawał nieskończoną liczbę pytań. Pytał i pytał, i pytał. O wszystko. To chyba cecha tych, którzy zostają bohaterami. Ciekawość i odwaga, by zadawać pytania. Rozumiecie?
Las rąk powędrował w górę.
— Proszę pani…
— Proszę paniiii…
— Proszę…
Oho. Chyba otworzyła puszkę Pandory.