Выбрать главу
6

Na klatce zapaszek, za to nie ma światła. Mówię do was, oświetlając sobie drogę, a wy widzicie głównie mnie. Tak bajdełejem, nie myślałem, że tyle nagram w moim pierwszym programie. Będę musiał to jakoś podzielić na party. Kto by przypuszczał, że pójdziemy tędy, po drewnianych stopniach. Pewno nie sądziliście, że takie jeszcze gdzieś są. Żebym tylko nie zleciał na łeb. Żeby tylko smartfon mi się nie rozczardżował.

Więc dobrze, moi mili, mamy godzinę pierwszą w nocy, a przez mgłę możecie zobaczyć nasz ryneczek. Oto arkadki i brudny aniołek garbaty kima z nosem nad butelką. Kożuch nastroszył i nie ma pojęcia, że nawijam na jego temat. Muszę mówić. Muszę mówić o czymkolwiek, więc powiem o ratuszu, gdzie w lepszych czasach jadaliśmy obiady, i o salonie Vegas 24, gdzie brejdak puszczał parę złotych dzień w dzień, aż wygrał furę sosu i stąd mamy naszą peeskę i stąd awantury o szkołę. Farciarz z tego Stasia, nie ma co. Tu jest spożywczak. Tu ciuch za grosz. Wszystko nieczynne. Wszystko sobie czeka.

Gdzie jesteście, moi ziomusie? Z nimi nigdy nic nie wiadomo. Przylatują i odlatują, jak im się chce, zupełnie jak ten pies wyskakujący przed chwilą z mgły, pies o oczach jakby z benzyny, co ujada i gna. Nie lubię naszych zwierząt. Chodzą tam, gdzie chcą, a ja pójdę tam, gdzie nie chcę, arkadami w stronę Staszica i samą Staszica, po nowym bruku, na którym wala się stare szkło.

Ta wielka hajza to przedszkole. Tu kiedyś chodziłem, tylko zamiast tych kolorowych huśtawek i zjeżdżalni były takie rdzawe, no i spadało się na grass, a nie na to miękkie, takie fajne, co jest teraz. Huśtawka nowa, hajza jak od Drakuli. Tak to właśnie u nas jest, ale muszę przejść na drugą stronę, tam, gdzie droga opada, gdzie widać już pierwsze drzewa, płotek i wodę za płotkiem. To bajorko od czalendżu. Teraz bym tam nie wszedł. Muszę się spieszyć. Muszę mówić, żebym się nie spóźnił. Muszę mówić, żebym nie zawrócił.

Kiedyś te latarnie były porozbijane. Może to i lepiej, skoro ledwo świecą. Kaczki się pochowały. Pewno tego nie widzicie, ale woda jest bardzo płytka. Wolałbym pójść dróżką, tylko czasu nie ma. Przelecę skrótem, koło basenu, i będę przy hacjendzie Witkowskiego. Może spotkam brata? Może brejdak spotka mnie? Mijam jeziorko i wspinam się na pagórek.

Sękate twarze spoglądają z drzew. Brody mają korowe, ślepia nierówne, taki strach. Nie jest dobrze, moi mili, i dobrze nie będzie. Nocą wychodzą monstery: Slenderman i smok kresu, klikacze i wendigo, a zombie, ślamazarne w dzień, śmigają żarłocznie w ciemności. Wiem to z Dying Light.

Wiem to wszystko i nie powinienem tu być, tylko że jestem, idę przez park i mówię do siebie.

Coś usłyszałem. A wy? Może to Pan Smutek albo Pan Śmiech. Nope. Ci są cichsi od ciszy. Czy mi się zdaje? Kto tam jest? Pewno nawet mnie nie słyszycie. Szepczę sobie za pniem. Ale spójrzcie w tamtą stronę. Co to za kształt? Może i zombie. O Dżizas Christo! Pełznie, pewno ślepy. Poderwał łeb! Kij albo nóż! Gdzie kij albo nóż? Czemu nie wziąłem? On wstaje. To ja bach w piach. Wielki ma płaszcz, brodę po pierś i oczy, ma wielkie czarne dłonie i idzie prosto na mnie!

7

No siema ziomeczki, to znowu ja, wasz Repek, w jedynym programie z nocnego Rykusmyku, w drodze po wodę życia, wszystkie leki świata i skarby schowane w Vitahawirze pana Witkowskiego. Jak pamiętacie, mój tatuś upadł, mój brejdak poszedł, a ja speniałem trochę w parku, ale już wszystko gra i trąbi, bo zombie, co tak siał grozę, to żaden zombie był, tylko nasz dobry Leonsjo, caper bez domu.

To było w ogóle okropnie śmieszne. Leonsjo podniósł się z trawy i ruszył prosto na mnie, a ja przecież nie wiedziałem, że to Leonsjo, który nigdy nikogo nie skrzywdził, tylko uznałem, że żywy trup, klikacz. I dałem nogę. Luknąłem za siebie, a on już zwiewał. Ja się jego przestraszyłem, a on mnie, on zaraz znów upadł, ja znowu nie, no to się uspokoiłem i do niego podszedłem. U nas mało kto podchodzi do pijaków. Niech leży, jak po fatality. Tylko ja tak nie umiem, coś mnie skręca, jak widzę leżącego, no i przecież go przestraszyłem, więc chciałem odstraszyć. Chciałem pomóc wstać. Pomogłem tylko usiąść.

Poturbowany był ten Leonsjo i to fest, blood na ryju, wypluł ząb i miał jeszcze takie otarcie, czarne jak black, przez wierzch dłoni. Do szpitala! Nie chciał o tym słyszeć, w ogóle był dziwny i chyba się trochę bał. Zapytał o blaszki, suszyło go, tylko z sosem u mnie krucho, wygrzebałem zeta, prychnął szczęśliwie, bo miał już dwa. Zagadałem, co takiego mu się przydarzyło. Nie chciał mówić, ale w końcu się wypucował, no i nic miłego, niedobrze, właśnie tak, i bardzo bym nie chciał, żebyście pomyśleli sobie źle o mojej rodzinie, bo dobrzy są, kochani, tylko fakty niedobre i niekochane — to mój brejdak mu tak pysk przefasował. Leonsjo nie chciał o tym gadać, bał się, że się spruję do Staśka i on po niego wróci.

A było tak, że Leonsjo zobaczył Stasia, uderzył na sępa, co źle się dla niego skończyło, normalnie legalnie Stasiek grzmotnął go, jeszcze poprawił z obuwia i wyruszył w przygodę. Brejdak był zawsze prędki w pięściach, tylko nigdy czegoś takiego jeszcze nie zrobił, zwłaszcza że Lenosjo jest łagodny jak Bóg. Żałowałem, że nie mam więcej złotówek. Próbowałem jakoś usprawiedliwiać brata, a przynajmniej chciałem, żeby Leonsjo nie myślał źle o nas wszystkich. Machnął spuchniętą łapą i zapytał, czemu we dwóch ganiamy się po nocy.

I co tu powiedzieć? Wiecie, jak jest. Pewne rzeczy trzeba trzymać przy sobie. Co w domu, to w domu. Tatuś złościł się nawet o tego vloga. Nie chciał, żebym do was mówił, i musiałem obiecać, że o jednym będę mówił, a o innym już nie. To dotyczyło chyba też Leonsja. Wypucowałem, że Staś poszedł do Witkowskiego, ale nie po co, i zaraz dodałem, że też tam idę. Leonsjo zarechotał. Odkąd my takie ziomy z Witkowskim? Zaraz zrozumiał.

Powiedział, że mój brat jest zły, ja dla odmiany dobry i jemu by nie pomógł, za to mi owszem. Repek na propsie, iha! Więc dowiedziałem się, że do Witkowskiego nie tacy fighterzy próbowali się dostać. Kończyli zaobrączkowani, roześmiał się Leonsjo, ponieważ nie wiedzieli tego, co on wie. Chałupa jak castle, na oknach czujki, kontaktrony, kamerki. I ten mur. Leonsjo nie pomoże mi z kontaktronem, lecz z murem i owszem. Na murze kolczatka, przez nią nie przejdę. Co zrobisz, mój młody przyjacielu?

Tylko miał fun, a potem zdjął swój kożuch, ciężki taki, powyjmował z kieszeni butelki, papierzyska, pogniecione puchy i siatki foliowe, i następnie cisnął nim w moją stronę mnie, tak nagle, aż normalnie się wyglebiłem. Miał ze mnie bekę, ten żul. I rzekł, że przerzucę kożuch przez drut i tak przelezę, dorosły by nie dał rady, ale ja jestem malutki, leciutki. Tak mówił i brechtał, normalnie jak Pan Śmiech, tylko Pan Śmiech nie śmierdzi i nie ma roztrzaskanego pyska, a Leonsjo tak.

Głupio mi się zrobiło, zmarznie, kurna no. Kurzył cigareta i nie wyglądał na wychłodzonego. Pójdzie do dobrych ludzi, do księdza zawędruje i powie, pobili, okradli, łachy zdarli do ostatniej koszuliny. Dostanie płaszcz niby wicehrabia, jeszcze świetnie wyjdzie na tym naszym spotkaniu. Biedny jest silny swoją biedą, dodał jeszcze i kazał mi odejść. Powiedział to trochę inaczej, sami wiecie jak.

Chciałem już rajdować ten dom, tylko miałem frasunek. Zawróciłem do Leonsja, zły już był. Drut pokonam, ale mur wysoki. Leonsjo wybałuszył zabloodzone oko, capnął mnie za ramiona i wyzionął: szukaj diabelskiego drzewa, mały mój, diabelskie drzewo wskaże ci kurs i cel. Jak poznam to drzewo — chciałem się dowiedzieć. Poznasz, prychnął, poznasz na pewno, i poszedł, bez kożucha, ściskając w łapie zgromadzony sos.