Capery są mądre, a Leonsjo najmądrzejszy ze wszystkich. Ale po kolei.
To znowu ja, wasz Repek, i proszę, mam kolejnego achivmenta. Ta forteca tutaj to nic innego jak dom Witkowskiego. Dżizasie z krucyfiksa, jebutne to nad brontozaury. Ledwo dach widać. Ciemno i quiet. Normalnie chciałem wracać. Gdzie mój biedny brejdak? Pokręciłem się i patrzcie proszę, dziwactwo szczęśliwe się trafiło. No way, to nic innego, tylko diabelskie drzewo, o którym słyszałem od Leonsja.
Sami przyznacie, wygląda, jakby diabeł tam siedział. Korzenie idą z ziemi, posplatane i guzowate, ten pień się pochyla, a gałęzie, powiedzcie sami, nie są to łapska, ramiona takie, co chcą mnie capnąć i wepchać w tę dziuplę na rozwidleniu? Zero liści, tylko sęki. Wysoko. Speniałem, peniałbym dalej, tylko ziomusie wrócili z full pociechą w kieszeniach. Pan Smutek siedzi na jednej gałęzi, Pan Śmiech na drugiej i leją ze mnie serdecznie, po całości, przez szajs, w który się wpakowałem.
Pan Śmiech przypomina, że zawsze chciałem być w środku gry. Chciałem być Geraltem i Franklinem z Los Santos. No to jestem, no to mam, rechocze Pan Śmiech i mało z gałęzi nie runie. Ruszaj, wszystko będzie glancyk klancyk. Pan Smutek oczywiście nie podziela tej opinii i przypomina, że prócz nocy mamy także dzień. Chce wiedzieć, gdzie będę jutro, na psiurni czy w hospitalu z nogą połamaną? Stoję na skraju parku, pod zeschniętym drzewem, i szykuję się na włam. Takie historie nie mają dobrego zakończenia, przypomina Pan Smutek i dostojnie pociąga nosem, sadowiąc się wygodniej na swojej gałęzi.
Jak się na to wygramolić? Pan Śmiech zachęca do czynu, za to Pan Smutek rozkręca kolejny monolog. Kto mnie odwiedzi w tym całym hospitalu, gdy będę leżał w gipsie, pod oknem z widokiem na poprawczak? Tata nie przyjdzie, bo leży i nigdy nie wstanie, brejdak wypiął się centralnie i będzie tylko brykał, no a koledzy, koledzy przyjdą? Pewa, że nie przyjdą, bo nie mam kolegów, pulta się Pan Smutek, podczas gdy ja, jak widzicie, szukam oparcia dla nóg. Nie mam kolegów. Mam vloga. Mam mieszkanie na poddaszu, kompa i fanty w ordnungu. Wyspindram się na drzewo — żadne tam diabelskie, gnijący pniak — i nawet to będzie lost na amen, jak pierścień Golluma albo serce komornika. Nieważne. Kończę nadawanie. Zaraz się odezwę.
Chwytam najniższą gałąź, a Pan Smutek zawodzi pieśń o tym, że jak runę, to się nie zrespawnuję.
Fuck i o rety, jakie kotlety, siema ziomeczki, to znowu ja, wasz Repek. Pewno macie full pytań. Czemu jestem taki mokry? Czemu dyszę? Czemu szepczę, zamiast mówić? Czy znalazłem tę wodę, no i gdzie wylądowałem? Po kolei, right? Wszystko poleci we właściwym porządku, tylko łapki, dajcie mi łapki, bo bez tego nic nie ma sensu, a i chyba zasłużyłem.
Więc, jak sami teraz możecie zobaczyć, jestem na dachu, mówiłem wam, że lubię dachy, ale to trochę nie tak. Lubię swój dach. Mój dach jest superspoko, a inne, na przykład ten, ssą. Chwycić się nie ma czego. Ślisko, gwiżdże wiatr. Inna rzecz, że na dole jest jeszcze gorzej, toż zwiałem tutaj z dołu właśnie. Nawijam do was, żebyście wiedzieli, co tutaj się nawyrabiało, i dali mi może jakąś łapkę, choć łapka inna by się nadała, żeby pomóc mi zejść, albo i przegnać tego monstera na dole.
Więc tak, ziomusie i maniurki, monstery są na świecie, a przynajmniej w Vitahawirze hrabiego Witkowskiego. Z murem i drutem poszło cacy. Dałem ten kożuch sfilcowany, skoczyłem hopsem, ryms, i byłem po drugiej stronie. Tylko łeb zadarłem, myśl taka — jak wrócę, sierota dosłowny? Jeszcze się nad tym nagłowię, w każdym razie mam z tym muchomora i powiem wam szczerze, to nie jest jedyny muchomor. Ale po kolei.
Na początku nic złego się nie podziało, wydachowałem się, ale nic, noga cała, ręka cała i wasz Repek też ocalał. Popatrzyłem. Trawka równo przycięta, garaż, dresowóz jak ta lala przed garażem, wodotrysk do tego, wszystko na bogato, jakby Vegas jakieś, a nie nasze Rykusmyku. Pomyślałem zaraz: facio wodę sprzedawał, woda w kranie u każdego, a on jednak sprzedał i zarobił grubą bułę. Pewno nie wie, co robić z tym sosem, może sam z siebie da wodę dla tatusia? Cicho, że strach. Nikogo, nic, nikomu. Dom czarny. Poszedłem. Toż nie zapukam. Oknem prędzej, tylko okna jak forty. Tu nie miałem planu, ani Leonsjo nie miał, wpadłem więc w otchłań rozkminy.
Rozkmina trwała minuta osiem, bo zza domu wylazł pieseł, pieseł z grubej rury, rottweiler bez smyczy i kagańca. Monster na wolności chodził. Myślałem, że złamię się w hajdafery. Zaraz mnie przyuważył, stanął, pochylił łeb i skoczył. Ja w długą na szybkich nogach. On za mną, na jeszcze szybszych. Gdyby jeszcze ujadał! A on taki cichy. Po mnie, dopadnie, rozszarpie, trup z waszego Repusia. Wskoczyłem na dresowóz. Najpierw na maskę, potem na dach. Oj, nie polubi mnie ten Witkowski. Pieseł za mną, tylko łapy mu się ślizgały, no i się wyglebił na plery, aż gały wybałuszył. Dobrze mu tak. Pokazałem mu fucka. Głupio tak, bo pieseł nie wie, co to fuck.
Dalej nie było wesoło. Pozbierał się i zaczął krążyć wokół kabiny. Zejść nie było jak, no to wyszedłem na ten dach. Plus — tu jednak trochę wygodniej, więcej miejsca, mogę kombinować. Minus — pieseł zleciał z horyzontu. Nie wiem, gdzie jest, ale wiem, co porabia. Sznupie za mną w gęstym mroku.
Pan Śmiech gratuluje mi łatwego zwycięstwa. Od początku wiedział, że sobie poradzę. Pan Smutek, swoim zwyczajem, zmarkotniał. Siedzę na dachu, zejść mogę tylko w kły, nie wiem co dalej, a na domiar złego bangla deszcz. Chowam telefon. Zaczynam się wspinać.
Życie to nie gra, wiecie? Chciałbym, żeby było inaczej, ale nie jest. Tylko czy próbowaliście rozkminić kiedyś, co różni grę od życia? W życiu nie ma respawnu, niby nie ma, bo przecież robię to wszystko, żeby respawnować tatusia. Ale jeśli respawnu nie ma, to wszystko jest wielki szajs. Tak być nie może. No i jeszcze przecież w grze od razu wiadomo, czy gdzieś się da wejść, czy się nie da, zupełnie jak Franklin, gdy wchodził do Michaela w GTA. Też z dachu kabiny. Potem przez okno i już był w środku. Dlatego lubię gry. W grach znajdziecie porządek, którego w życiu nie ma, a już na pewno nie na tym dachu.
Nie wiem, po czemu przypomina mi się, jak było klawo, nim brejdak siadł przed peeską i jeszcze brał mnie nad wodę albo do starego malucha i gnaliśmy po polach, tą pradawną kabiną, a on ledwo nogami do pedałów sięgał. Trzęsło i śmialiśmy się okropnie. Przypomina mi się wiele rzeczy. Kiedyś razem ze mną wychodził na dach, a tato budował rakietki z zapałek i folii u nas w kuchni, na blacie. Mama przyszła z szamą i zrobiła awanti, bo te rakietki popychały pod sufit, z takim dymnym ogonkiem. Potem tato klarował matuli, że to nic złego, a mama wydęła usta i… o, zaraz, zaraz, trzymajcie mnie!
Uff.
Było blisko.
No ale się trzymam. Dobrze, żeście tego nie widzieli, normalnie, legalnie wasz Repuś poleciał z dachu prawie że. Nie chwytajcie się anten. Chwytajcie się dachówek, wentylatorów, kumpli, myszki, żelków, energetyków, wayboardów, mikrofonów i butelki kolafki, ale żadnych anten, proszę was. Jest tyle fantów, których można się chwycić. No i poleciałem niemal na łeb. Zawisłem jak sam Ethan Drake i chyba nawet jestem takim Ethanem Drakiem z Rykusmyku.
Dyndałem, niżej ujadał pieseł. Wyspindrałem się i proszę, oto nagroda za moje niezgulstwo. Okno, ciemne i uchylone. I ja tam pójdę. Zaraz tam pójdę, tylko wyjmę telefon. Popatrzcie na mnie raz jeszcze. Popatrzcie, żebyście wiedzieli, że tu nie ma ściemy i to, co się dzieje, dzieje się naprawdę. Tylko ważna rzecz. Ja tam nie wchodzę po fanty. Niech mają goldu po sufit. Nie wezmę. Idę po wodę dla mojego tatusia. Idę po wodę życia i nic nie zajumam. Chcę, żebyście to wiedzieli. Łapki w górę, łapki w górę. To ja, wasz Repek kontra czarny dom, na włamie stulecia.