Tak nawijałem, a jej oczy pływały coraz bardziej i przez moment się zdało, że runie obok faceta. Ale skąd. Znów zaczęła z tym biednym chłopcem i gdyby nie była taka piękna, pomyślałbym, że coś z nią srogo nie teges.
Uklęknęła przede mną i powiedziała mnóstwo różnych rzeczy. Że żaden ze mnie człowiek, tylko anioł najprawdziwszy. Kocham ojca i brejdaka. Chciałaby być tak kochana, a nie jest. I zaraz zapytała znów: po co tu przyszedłem. Zrobiło się toćkę strange, chciałem dać dzidę, chwyciła dłoń, powtórzyłem.
Woda życia, jak inaczej! Powiedziała, że wie wszystko i zaraz pomoże. Tylko nie budźmy chrapiącego kanaliusza. Wyglądała na szczęśliwą, że może mi pomóc. Otuliła się kapotą z wyrka, taką gwiezdną, rozświetloną, i poszliśmy znajomym korytarzem, a książę został. Leżąc na rozgwiazdę i chrapiąc przez kichawę.
Z princessą dotarliśmy do garażu i w tym garażu nie było auta, lecz woda, całe góry wody butelkowej bez etykietek. Princessa chciała wiedzieć, czy tego mi trzeba, no a ja nie wiedziałem, bo skąd. Woda jak woda, jakby wyglądała inaczej, nie byłaby wodą. Jakoś tak powiedziałem, a ona znowu w brecht. Poprosiła, bym wybrał butelkę. Tak zrobiłem. Princessa wzięła ode mnie tę butelkę, ucałowała nakrętkę i potem powiedziała, że wszystko będzie dobrze, że daje mi swój czar i miłość swoją dla tatusia, a potem powiedziała jeszcze, że musi już iść i ja muszę iść, otworzy mi bramę i przytrzyma psa. Nikt nigdy nie był dla mnie taki dobry. Chciałem zapamiętać, jaka była piękna. Zapamiętałem jej śmiech.
No i co powiecie? Cudnie sobie poradził wasz Repuś! Miliony łapek! Miliony łapek! Oto nauczka, że jak wszystko ssie, zawsze wstanie nowy dzień i świat będzie się zgadzać. Wydaje mi się nawet, że gdyby brejdak nie walnął tatusia, to nigdy nie dowiedziałbym się, jak dobry jest Leonsjo, i nie poznałbym princessy. Kiedy będę duży i będę miał dziewczynę, ta dziewczyna będzie właśnie taka jak ona. A teraz dość. Muszę wrócić przez park. Mam nadzieję, że ciągle tam leży. Głupio byłoby, gdyby wstał sam z siebie po tym, co dla niego zrobiłem. Pędzę przez park, śpiewa mi Pan Śmiech, leci też Pan Smutek. Pierwszemu grabula. Drugiemu — takie fucki!
I znów nic nie poszło tak, jak powinno. Pecha ma wasz Repuś, ale teraz naprawdę jest grubo, to znaczy było grubo i sam nie wiem, co mam myśleć ani jak się wykaraskałem. Wstyd gadać o takich rzeczach, srogi wstyd. Nie chcę już żadnych łapek i nie wiem, co dalej.
Zacznę od tego, że zaraz za parkiem zawinęły mnie pały. Nie, żeby skuli czy coś. Podeszło dwóch i powiedzieli, żebym poszedł z nimi na mendownię. Brejdak wie, jak się z takimi gada. Myślałem, że za to włamanie, że princessa na mnie zagoniła. Albo Leonsjo. Kto tam wie, co żulowi pod czerepem siedzi?
Na tej mendowni był już brejdak. Lampił się w blat, łba nie poderwał, a ja dowiedziałem się, że mam kłopoty. Podobno skrzywdziłem tatusia. Podobno uderzyłem go, że upadł i nigdy nie wstanie. Tak twierdzili policmaje i tak twierdziła kuratorka. Przecież to nieprawda, przecież tak w ogóle nie było, krzyczałem na policmaja i tę kuratorkę, która była w ogóle dość miła, pytała, czy chcę coś wszamać, i przyniosła sok.
Pan Śmiech powiedział zaraz, że psy się machnęły i awantura zaraz zostanie odkręcona. Ludzie są głupi, a psy najgłupsze, każdy to wie. Pan Smutek kuksnął go w żebro i rzekł, że sprawa inna, seryjna, awanti jak w Hiroszimie. Brejdak mnie na mendownię zagonił. Pokręcił się po Ryku, poleciał na psiurnię i zakapował, żeby się wykaraskać. Farmazony. Brejdak nigdy by tak nie zrobił. Brejdak wie, że z psiurnią się nie gada.
W końcu mnie puścili. To znaczy, zostawili z kuratorką, ona wyszła, ja dałem w długą i teraz czaję się w bramie na Chrobrego. Pewno mnie szuka. A puścili, bo na mendowni znalazł się Leonsjo. Ciemny cep, Żabkę chciał szabrować. A jak mnie zobaczył, zaraz wypucował się do spodu.
Powiedział, że mnie widział, że my rozmawiali, ale o tym, co robiłem w parku i dokąd szedłem — dziób miał zawarty. Gadał za to o Staśku, że Stasiek mu przysolił i był wściekły, ten mój brejdak, jakby coś nawywijał. Taki dobry chłopak ojca nigdy by nie uderzył, jego zdaniem, no i miał rację, co by nie gadać.
Psy kiwały łbami. Zaraz wzięli Staśka w obroty, Stasiek się spruł i powiedział, jak naprawdę było. Co z nim będzie, no nie wiem? Chyba nie puszkują za takie rzeczy. Przecież jest młody. Przecież ma dobre serce.
Stasio siedział i płakał jak emol, że nie chciał, że nie wie, jak to się stało, że grał za dużo, że nie kimał i że już nie będzie. Nie wiem, co to pomoże. Tyle że wszyscy o mnie zapomnieli. Kuratorka dała soku, kazała czekać. To poczekałem, tylko mnie jeszcze nie pokamłociło, żeby siedzieć sam z siebie na mendowni. No w życiu. A Staś się pruł i beczał.
Przyczaiłem moment. Zgarnąłem plecaczek i wyszedłem, normalnie na legalu, i zaraz dałem w długą, i teraz jestem, teraz nadaję do was znowu, a ta hajza luminowana po drugiej stronie, co ją widzicie, to nic innego jak hospital, gdzie leży mój ojciec.
Mam dla was czelendż, dobrze? Ja wiem, że przegiąłem bagietę, że niezły ze mnie pobandzius, tylko teraz to naprawdę ważne jest. I proszę was o łapki. Miliony łapek, tylko nie dla mnie, ale dla mojego tatusia. Dajcie mu łapki, żeby się obudził. Dajcie mu łapki, żeby znowu z nami był, żeby malował te swoje buty, warcholił się i przynosił nam kakao po tym warcholeniu, bo to najlepszy na świecie tatuś jest. Więc dajcie mu łapki, a ja obiecuję, że nigdy nie poproszę o żadną łapkę, do końca życia, i to na bank szwajcar.
Jestem już w hospitalu. Patrzcie. Ten człowiek na kimadełku to właśnie mój tatuś. Rety, ile rurek od niego odchodzi. Wcześniej takie rzeczy widziałem w amerykańskich filmach, a nie u nas w Rykusmyku. Im więcej rurek, tym większy kłopot, myślę sobie. Tatuś zyza, a pan doktor twierdzi, że prędko się nie wybudzi. Ten doktor to prawowity chłop i pozwolił mi tu chwilę zostać.
Chcę, żebyście wszystko dokładnie widzieli. Kładę telefon na blacie, opieram o lampkę. Rety, jak głęboko zyza ten mój tatuś! Zmyli z niego blood, obwiązali czerep i wyglądałby śmiesznie, gdyby nie wyglądał tak strasznie, rozumiecie, nie? Zaraz wstaniesz, tatusiu! Odkomarzę cię i cześć!
Oto i butelka, i zakrętka. Odkręcam. Wargi są czarne i twarde. Rozchylam te wargi i wlewam wodę. Woda jest zimna. Woda cieknie po brodzie mojego tatusia. Już.
Odkładam butelkę. Wstań, tato. To musi chwilę potrwać, prawda? Pan Smutek milczy. Milczy Pan Śmiech. Oczy taty są zamknięte. Otwórz oczy, tatusiu. Wiem, że otworzysz, bo zrobiłem wszystko, jak trzeba. Pokonałem monstera. Zdobyłem całus princessy. Opowiem ci, jak otworzysz oczy. Opowiem ci, jak tylko wstaniesz. Nie musisz się z tym spieszyć, ale w sumie mógłbyś. Ja bym już chciał. Ale poczekam. Otwórz oczy, tatusiu. Wiem, że otworzysz oczy, bo zrobiłem wszystko, jak trzeba!
Nie ma śmiacia, co teraz? Zyza tak jak wcześniej. Chyba nie ma takiej opcji, żeby woda życia skefana jakaś była, co nie? Więc muszę inaczej. Muszę coś wymyślić. Pan Smutek mówi, że wszystko to ponury joke i tatuś zaraz otrzepie kapcie, za to Pan Śmiech gdzieś wybył, jak zawsze, gdy jest potrzebny. Czekajcie, wiem! Te rurki! Toż wodę rurką trzeba do żyły, a ja głupi tatusiowi w gębę ją lałem. Teraz na pewno wypali. Tylko jak się do tego zabrać? Czekajcie. Rurka idzie od graby do tego dziwnego słoja nad tatusiem. Żeby tylko wtopy nie było… Wyleję szajs ze słoja i dam tam wodę życia. Tato wstanie raz-dwa! Do czynu!
Czekajcie. Ktoś człapie za drzwiami. Pewno dobry pan doktor, chyba że pały mnie zwąchały. Lepiej, żeby mnie nie złapali, jak majstruję przy słoju. Poczekam chwilę, może przejdą. O faken, drzwi się otwierają! A ja na blacie ze słojem kombinuję. Faken!