— Nie jesz ani nie rozmawiasz z nami — powiedział nagle Braithwaite. — Chcesz wrócić do biura?
— Nie, nie od razu — odparł Lioren. — Rozumiem już, że wizyta w stołówce była rodzajem testu. Tutaj możecie lepiej obserwować moje zachowania. Test obejmuje zapewne również rozmowę, w trakcie której mówicie mi sporo o sobie, chociaż o nic nie pytałem. Poruszacie nawet sprawy osobiste, którymi nieuprzejmie byłoby się interesować. W końcu jednak chciałbym was o coś spytać. Do jakich konkluzji doszliście?
Braithwaite nie odezwał się, tylko ledwo widocznie skinął na Cha.
— Jak już wiesz, jestem chirurgiem-wojownikiem, któremu nie wolno praktykować we własnym świecie. Nie zostałam jeszcze magiem, brak moim staraniom subtelności, jak sam zresztą przed chwilą stwierdziłeś. Istnieje zatem ryzyko, że moje obserwacje, podobnie jak i wnioski, mogą nie być trafne. Niemniej odnotowałam, iż moje zaklęcie mające na celu wyprowadzenie cię do ludzi nie okazało się w pełni skuteczne, gdyż pozostałeś emocjonalnie obojętny wobec wszystkich, z którymi rozmawiałeś. Nie udało się także nakłonić cię to większej swobody w okazywaniu uczuć. Wniosek zaś… W przyszłości powinieneś przychodzić tu sam, chyba że nasza obecność będzie wskazana ze względów towarzyskich. Towarzyskich, nie terapeutycznych.
Braithwaite pokiwał głową, co u Ziemian oznaczało milczące przytaknięcie.
— A jakie są twoje wrażenia, Lioren? — spytał. — W końcu byłeś uczestnikiem tego testu. Powiedz, proszę, chociażby tak szczerze, jak robią to Kelgianie. Nie musisz nas oszczędzać.
Lioren milczał przez chwile.
— Zastanowiło mnie, dlaczego przy obecnym poziomie rozwoju medycyny i techniki Cha pragnie zostać magiem. Dziwi mnie także, dlaczego przywiązujecie taką wagę do osobistych informacji, które mi przekazaliście. Nie chciałbym nikogo obrazić, ale… czy wynika z tego, że naczelny psycholog zatrudnia wyłącznie osoby nieprzystosowane, które przeszły w swoim życiu szereg poważnych zaburzeń emocjonalnych?
Jego współpracownicy wydali długie serie nieprzetłumaczalnych dźwięków.
— Dokładnie — powiedział Braithwaite.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Lioren nigdy jeszcze nie otrzymał tak ogólnych instrukcji, zwłaszcza od O’Mary, który cieszył się reputacją osoby o wybitnie analitycznym umyśle. Nie po raz pierwszy Lioren zastanowił się, czy odpowiadający za stan ducha blisko dziesięciu tysięcy rozmaitych istot naczelny psycholog sam nie cierpi na jedno z tych zaburzeń, które leczy u swych pacjentów. A może po prostu się nie zrozumieli?
— Czy mogę dla pewności powtórzyć polecenie na głos? — spytał ostrożnie.
— Skoro uważa pan, że to konieczne — mruknął O’Mara.
Lioren wiedział już dość sporo o ludzkiej intonacji i zrozumiał, że przełożony z wolna traci doń cierpliwość.
— Na ile tylko mój czas wolny będzie mi pozwalał, mam zająć się obserwacją starszego lekarza Seldala w taki sposób, aby nie zorientował się, że jest obserwowany. Mam wypatrywać wszelkich zachowań, które byłyby nietypowe czy anormalne, chociaż jak na razie wszelkie przejawy aktywności Nallajimów są dla mnie czymś całkowicie nowym. Nie podpowiedziano mi nawet, czego mam oczekiwać ani na co powinienem zwrócić uwagę. Gdybym jednak coś spostrzegł, winienem dyskretnie zbadać przyczynę takiego zachowania i zameldować o tym, sugerując jednocześnie metodę leczenia.
O’Mara nie odezwał się.
— A co, jeśli nie zauważę niczego szczególnego?
— Taka obserwacja też będzie cenna.
— Ale czy naprawdę mam przystąpić do pracy zupełnie nieprzygotowany? — spytał Lioren, zapominając na chwilę, z kim rozmawia. — Nie otrzymam akt Seldala do wglądu?
— Może je pan studiować do woli — odparł O’Mara. — Jeśli nie ma pan więcej pytań, za drzwiami czeka już siostra Kursenneth.
— Jeszcze jedno — powiedział szybko Lioren. — Wydaje mi się, że zostałem potraktowany dość ogólnikowo jak na stażystę mającego wykonać pierwsze poważne polecenie służbowe. Powinienem chyba wiedzieć coś więcej o problemach Seldala. Przede wszystkim, co spowodowało, że znalazł się w polu szczególnego zainteresowania?
O’Mara głośno westchnął.
— Został pan przydzielony do sprawy Seldala, jednak nic więcej panu nie powiem, ponieważ i ja niczego więcej nie wiem.
Lioren chrząknął ze zdziwieniem.
— Czy to możliwe, aby najbardziej doświadczony psycholog szpitala trafił na coś, czego nie potrafi rozszyfrować?
— Istnieje jeszcze druga możliwość — powiedział O’Mara, prostując się w fotelu. — Możliwe, że tak naprawdę nie ma nic do rozszyfrowywania. Albo że chodzi o drobiazg, który można powierzyć nawet stażyście, lub też że jest zbyt wiele innych, pilniejszych spraw, które domagają się mojej uwagi. Po raz pierwszy otrzyma pan dostęp do akt starszego lekarza — dodał O’Mara, nie czekając na odpowiedź Liorena. — Mam nadzieję, że szybko pan zrozumie, co dało mi asumpt do podejrzeń. Wtedy sam pan oceni, czy były one uzasadnione.
Zmieszany Lioren opuścił bezwładnie cztery środkowe kończyny, aż paznokcie dotknęły podłogi. Oznaczało to, że czuje się bezradny wobec krytyki. O’Mara zapewne zrozumiał ten gest, jednak nie zareagował.
— Najważniejsze, aby nie zaniechał pan obserwacji. Nie tylko Seldala, ale każdego. Musi pan rozwinąć w sobie intuicję pozwalającą na wyczucie kłopotów, zanim te naprawdę nam zagrożą. Mam nadzieję, że pańska obecna niechęć do podejmowania dłuższych konwersacji nie okaże się przeszkodą. Zniesie pan podobny dyskomfort?
— Oczywiście. To niewiele w porównaniu z karą, na którą zasłużyłem.
O’Mara pokręcił głową.
— To nie jest dobra odpowiedź, ale na razie ją przyjmę. Niech pan zaprosi tu Kursenneth, gdy będzie pan wychodził.
Kelgianka wpadła do gabinetu O’Mary wzburzona długim oczekiwaniem, Lioren zaś zasiadł przed monitorem z takim impetem, że służący mu za siedzisko mebel zaprotestował jękliwie. Obecny w pokoju Braithwaite nie zwrócił na to uwagi. Pomrukujący gniewnie Lioren wstukał swoje ID i poprosił o akta Seldala. Uznał, że lepiej będzie mu się pracowało z wydrukiem niż z ustnym tłumaczeniem.
— Czy mnie też masz na myśli? — spytał nagle Braithwaite, pokazując zęby w uśmiechu. — Może mów trochę głośniej, żebym dobrze cię słyszał, albo ciszej, aby zupełnie nic do mnie nie docierało.
— Nie mam na myśli żadnej konkretnej osoby. Właściwie myślałem głośno o O’Marze i jego niezrozumiałych oczekiwaniach wobec mnie. Wydawało mi się, że mówię cicho do siebie. Przepraszam, że przeszkodziłem ci w pracy.
Braithwaite wyprostował się i spojrzał na stos kartek rosnący z wolna przed Liorenem.
— Dostałeś zatem sprawę Seldala. Nie musisz się unosić. Nikt nie oczekuje od ciebie, że znajdziesz coś przez jedną noc. O ile w ogóle coś znajdziesz. Gdybyś poczuł się znużony wędrówkami w głębinach jego umysłu, masz też na biurku ostatni raport Cresk-Sara na temat stażystów. Byłoby świetnie, gdybyś jeszcze dziś zaktualizował ich dane w naszych zapisach.
— Oczywiście — odparł Lioren.
Braithwaite znowu się uśmiechnął i wrócił do pracy.
Starszy lekarz Cresk-Sar był opiekunem stażystów pierwszego roku klinicystyki. Należał do osób, które nigdy nie są zadowolone. Czytając raport, w którym Cresk niezmiennie dowodził w pesymistycznym tonie, że jego podopieczni nie czynią żadnych postępów, Lioren zastanowił się, co będzie w tym przypadku ciekawsze. Jako obowiązkowy stażysta wybrał ostatecznie wynurzenia pedagoga.