— Dziękuję.
Zastanowił się, do czego jeszcze doprowadzi go wypełnianie zleconego przez O’Marę zadania. Jak na razie, z nieznanych powodów, zdawał się przede wszystkim zyskiwać przyjaciół.
Za drugim razem wszedł do hangaru tylko z autotranslatorem i modułem silniczkowym, aby lepiej przemieszczać się w stanie bezwładności. Ponownie zatrzymał się blisko zamkniętych oczu.
— Nie jestem maszyną, ani w całości, ani w części — powiedział. — Raz jeszcze pytam z szacunkiem, czy moglibyśmy porozmawiać?
Jedno oko otworzyło się powoli niczym wielki właz. Tym razem odpowiedź padła od razu.
— Nie wątpię, że byśmy mogli, bo obaj umiemy mówić. Jeśli jednak pytasz o akceptację takiej propozycji, to wątpię.
Jedna z macek poruszyła się pod siecią, ale zaraz znieruchomiała.
— Nie widziałem dotąd nikogo o podobnym kształcie, jednak zapewne będziesz zachowywać się tak samo jak twoi poprzednicy i zadawać podobne pytania. Chociaż i tak już to wiesz dzięki obserwacjom. Nawet ten mały rębacz Seldal, który mnie dziobie i wypełnia rany jakimiś chemikaliami, też pyta tylko, jak się czuję. Jakby nie wiedział… W ogóle wszyscy zachowują się tak, jakby byli moimi rodzicami i mieli prawo mówić mi, co mam robić. A to absurd, bo jak owady mogą być mądrzejsze i ważniejsze od rodzica? Wyjaśniam ci to dokładnie w nadziei, że być może mógłbyś zakończyć tę pretensjonalną komedie, aby wreszcie wszyscy dali mi spokój i pozwolili umrzeć. A teraz idź stąd.
Wielkie oko zamknęło się ciężko, jakby pacjent chciał usunąć natręta z pola widzenia i ze swoich myśli zarazem. Lioren jednak się nie ruszył.
— Twoje życzenia zostaną niezwłocznie przekazane osobom odpowiedzialnym za kurację. Są one zresztą nagrywane…
Lioren przerwał, bo wszystkie macki zadrgały spazmatycznie i zwinęły się pod siatką, która rozdarła się w paru miejscach.
— Moje słowa są wyrazem moich myśli poświęconych tylko tobie i tym, z którymi rozmawiałem wcześniej. Bez mojej bezpośredniej zgody wyrażanej za każdym razem z osobna nie można przekazywać ich innym, którzy nie są tu obecni i być może nie są gotowi, aby je zrozumieć. Jeśli do tego dojdzie, nie powiem ani słowa więcej. Idź.
Lioren nadal jednak zwlekał. Przełączył za to translator na częstotliwość dyżurki i odezwał się jak kiedyś, gdy był chirurgiem kapitanem.
— Proszę wyłączyć wszystkie urządzenia rejestrujące i wymazać nagrania zrobione po moim przybyciu. Tak samo proszę potraktować wcześniejszy materiał z rozmów między doktorem Seldalem a pacjentem. Cokolwiek pacjent powie, ma być traktowane jako poufne i nie można przekazywać tego stronom trzecim, chyba że pacjent wyrazi na to zgodę. Od tej chwili proszę też nie słuchać cudzych konwersacji z pacjentem za pomocą czujników czy własnych narządów słuchu. Czy to zrozumiałe?
— Tak — odparł Hudlarianin. — Ale czy starszy lekarz Seldal…?
— Starszy lekarz Seldal zrozumie sens tych decyzji, gdy dowie się o odczuciach pacjenta. Na razie ja biorę na siebie odpowiedzialność za te kroki.
— Przerywam kontakt — rozległo się z dyżurki. Lioren wiedział jednak, że wyłączony został tylko dźwięk. Obserwacja miała trwać dalej, na wypadek gdyby trzeba było wyciągać Liorena z kłopotów. Spojrzał znowu na pacjenta, który tymczasem zamknął oko.
— Teraz możemy rozmawiać — powiedział. — Nikt nas nie słyszy ani nie nagrywa. Czy to wystarczy?
Gargantuiczne ciało pozostało nieruchome i nieme. Lioren mimowolnie przypomniał sobie pierwszą wizytę u Mannena. W jego przypadku też aparatura meldowała, że pacjent jest przytomny. Może zresztą te istoty nigdy nie spały. Było kilka takich gatunków, które ewoluowały w warunkach skrajnego zagrożenia, przez co w jakimś stopniu zawsze musiały pozostawać przytomne. Możliwe też, że należący do starej i refleksyjnie nastawionej kultury pacjent postanowił go ignorować, skoro dwukrotnie wyrażona prośba, aby sobie poszedł, nie odniosła skutku.
W przypadku Mannena impulsem do przerwania milczenia była zwykła ciekawość.
— Powiedziałeś, że uwaga i wieczne pytania personelu mocno cię drażnią, bo wszyscy kręcą się tu, niczym muchy wokół słonia, a udają, że są rodzicami — odezwał się Lioren. — Nie dopuszczasz do siebie myśli, że mimo małych rozmiarów mogą rzeczywiście myśleć o tobie z podobną troską jak prawdziwi rodzice? To porównanie z dokuczliwymi owadami jest dla mnie przykre, dla innych zapewne też. Nie jesteśmy bezrozumnymi owadami. Bardziej odpowiadałoby mi porównanie z kontaktem, jaki powstaje czasem między wysoce inteligentną istotą a zwierzęciem, o ile rozumiesz, co mam na myśli. Takie dwie istoty łączy czasem bardzo silna, niematerialna więź. Gdyby tej mądrzejszej coś się stało, druga byłaby bardzo przygnębiona z powodu swojej bezradności.
Pacjent nie odpowiadał. Liorenowi przeszło przez myśl, że może jego słowa też są dla niego takim owadzim brzęczeniem. Jednak nie wydało mu się to prawdopodobne. Był to przecież osobnik bardzo młody, a wszystkie dzieci są ciekawskie.
— Jeśli nie chcesz zaspokoić mojej ciekawości na swój temat, bo wcześniej przekazywano twoje słowa dalej bez twojej zgody, może ty chciałbyś czegoś się dowiedzieć o istocie, która próbuje ci pomóc, czyli o mnie? Nazywam się Lioren.
Opowiedział o sobie, pamiętając, po co tu przyszedł. Seldal przysłał go w myśl zasady, że zawsze da się znaleźć kogoś, kto ma jeszcze gorzej. Liczył widać na podobną reakcję jak w przypadku Man\nena. Jednak czy tak wielka i dumna istota będzie w stanie współczuć komuś, kogo porównuje do dokuczliwego owada?
Tym razem opowieść trwała jeszcze dłużej, bo Mannen wiedział wszystko, co trzeba, o Federacji, Korpusie, sądach i Cromsagu. Tutaj trzeba było tłumaczyć wszystko od początku. Wiele razy tracił obiektywizm, poniesiony własnymi emocjami, i musiał przypominać sobie, że jest tylko narzędziem mającym pobudzić emocje pacjenta. Wreszcie skończył.
Czekał i cieszył się, że pacjent na razie nie reaguje. Dzięki temu mógł nieco się uspokoić.
— Nie wiedziałem, że tak mała istota może udźwignąć podobny ładunek bólu — powiedział w końcu Groalterri. — Wierzę w to tylko dlatego, że cię widzę, bo oczami umysłu postrzegam cię jako starego i steranego życiem rodzica. Niestety, nie mogę ci pomóc, bo i ja mam swoje brzemię winy.
Jego głos przycichł nagle i Lioren musiał podkręcić translator.
— Jestem winien wielkiego i strasznego grzechu.
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
Minęła ponad godzina, zanim Lioren wrócił do dyżurki, gdzie czekał już Seldal. Skrzydła drżały mu w nallajimskim odpowiedniku gniewu.
— Słyszałem, że kazałeś wyłączyć wszystkie rejestratory dźwięku — odezwał się, nie czekając nawet na słowa Liorena. — Wcześniejsze rozmowy z pacjentem zaś mają zostać wymazane. Nadużywasz swojej władzy, Liorenie. Widać weszło ci to w krew, chociaż sądziłbym, że powinieneś bardziej uważać po katastrofie na Cromsagu. Niemniej rozmawiałeś z pacjentem dłużej niż ktokolwiek przed tobą. Co ci powiedział?
Lioren milczał przez chwile.
— Nie mogę dokładnie tego powtórzyć. Wiele jego wyznań miało czysto osobisty charakter i nie mnie decydować o przekazaniu tego dalej.
Seldal zapiszczał wysokim tonem.
— Ten pacjent musi przekazać ci informacje, które pomogą w leczeniu. Nie mogę nakazać pracownikowi twojego działu, aby cokolwiek im wyjawił, ale mogę zwrócić się do O’Mary, aby wydał ci takie polecenie.
— Panie starszy lekarzu — powiedział Lioren. — W tym przypadku nie ma znaczenia, o kogo chodzi. Moja odpowiedź zawsze będzie taka sama.