Выбрать главу

– Jednak miasta nasze, nasza sztuka, literatura… – zaprotestowała Zasulicz.

– Miasta? – powtórzył Uljanow. – Są one gdzieś daleko, zresztą są to tymczasem wielkie wsie. Ośrodki nieraz wspaniałe, a tuż obok – nędza! Sztuka, literatura? Piękne są niezawodne! Lecz Puszkin – metys i dworak; Szczedrin – gubernator, Tołstoj – hrabia, Niekrasow, Turgieniew, Lermontow, Dzierżawin, Żukowskij – szlachta, burżuazja! Cała sztuka wyszła ze dworów i pałaców, lub natchnioną została przez wrogów klasy pracującej. Nienawiść do tych twórców silniejsza jest od zachwytu nad ich dziełem!

– A na zachodzie, na zgniłym zachodzie, towarzyszu? – spytał z surowym błyskiem zimnych oczu Plechanow.

– Czyż można porównywać?! – zawołał Uljanow. – Tu na każdym kroku potężne, genjal-ne wcielenie w realne formy zorganizowanej woli ludzi, dążących do tego, aby z dumą powiedzieć: „my potrafiliśmy skierować pierwotne siły natury do łożyska rozumnych potrzeb człowieka! Jesteśmy władcami ziemi!"

– Co za zachwyty! – uśmiechnęła się Zasulicz. – Nie zna pan tego raju władców ziemi!

– Być może, – zgodził się spokojnie. – Zachwycam się tem, co już jest zrobione. Lecz widzę też słabe strony. Zachodni człowiek zbytnio wierzy w wartość istoty ludzkiej, żywi nadmiar szacunku dla swej pracy i czuje godność osobistą. Słowem – jest indywidualistą. To zrodziło egoizm bezgraniczny. Tymczasem wielkich, niebywale wielkich dzieł dokonają masy zmechanizowane, poruszane władnym, twardym intelektem kierowniczym, rozumiejącym cele ogólnoludzkie, zbiorowe!

– Dalekie widzicie przed sobą horyzonty! – zauważył Plechanow.

– Widzę je wyraźnie, więc są bliskie! – odparł Uljanow. – Zachód musi zginąć przez parlamentaryzm, który pożera go, jak trąd. Zadaniem naszem jest – ochronić Rosję przed tą nieuleczalną chorobą!…

– Śmiała myśl! – szepnął Akselrod.

– Zdrowa i jasna! – poprawił go Uljanow, wstając i żegnając się z nowymi znajomymi.

ROZDZIAŁ VIII.

Na jesieni Uljanow powrócił do Petersburga.

Długo nie mógł uporządkować i skonkretyzować wszystkich swoich wrażeń zagranicznych. Musiał jednak przyznać, że zachód mu zaimponował.

– Tam dopiero można zrozumieć słowa Maksyma Gorbiego, który włożył je w usta jednego ze swoich bohaterów: „Człowiek – to brzmi dumnie!" Tyle pracy, wysiłku myśli, twórczości wspaniałej i śmiałej! Są to narody, wydające ze swego łona „nadludzi" – myślał Włodzimierz.

I nagle to ostatnie słowo – „nadludzie" wzbudziło w nim zwątpienie. Zaczął się zastanawiać.

– Twórca, wznoszący wspaniały gmach z „Tysiąca i jednej nocy"; rzeźbiarz, wykuwający w marmurze piękny posąg; malarz, dający genjalny w formie i barwie obraz; poeta, piszący dla dźwięcznie brzmiących strof; literat, ujmujący w jednym eposie całokształt świata, byliż-by nadluźmi? Hm! Czy nie są oni, jednak, raczej ślepcami, albo nikczemnymi fałszerzami, oszukującymi ludzkość? Czyż można spokojnie tworzyć, gdy dokoła panują ucisk, nędza, formuła odwieczna „homo homini lupus est?" Jakiem prawem szafują swoim genjuszem dla tego, co potrzebne jest dla tysięcy, wtedy, gdy miljony biedaków nie mają sił, aby doczołgać się do tych utworów natchnionych i podnieść na nie oczy? Jak można zagłuszać jęki, szloch i przekleństwa upośledzonych tłumów dźwięcznemi wierszami i genjalną muzyką? Kto uczciwie odważy się odwracać uwagę ludzkości od codziennych, dręczących kłopotów na wielkie zjawiska w dziejach tego świata, dziejach, któremi kierują możni i silni, a nędzni i słabi mają prawo tylko umierać w milczeniu, za co wystawiają im zbiorowe pomniki z napisem, że poległo ich w takiem a takiem miejscu tyle lub więcej tysięcy? Epos, wielkie utwory literackie! Nikt ze śmiałością i uczciwością nie powiedział nigdy wprost i bez obłudy: „Precz z przegniłem społeczeństwem, w którem może istnieć Louvre, obrazy i rzeźby wielkich mistrzów, nauka wszechpotężna, a obok – więzienie, wypchane pod sam dach wyłamującymi się poza sztuczne normy społeczeństwa ludźmi, i dalej, na wschodzie – kryta zgniłą słomą chata, a pod jej ścianą, stara znachorka, bijąca deską ciężarną dziewczynę wiejską po wystającem brzuchu! Wszyscy, wszyscy oszukują siebie: i ciemiężyciele i uciemiężeni! Usiłują dojść do porozumienia w parlamentach, strzeżonych przez wojsko i policję… Nie! Nigdy największy gen-jusz nie zaradzi złemu! Tu potrzebna jest wola zbiorowa, nie znająca litości, gniew oskarżyciela i sędziego w jednej postaci, nie stawiającej przed sobą innego celu, prócz zupełnego zwycięstwa.

Myśli te krok po kroku doprowadziły go do określonych wniosków. Był przekonany, że na pomoc towarzyszy zagranicznych liczyć nie może, raczej spodziewał się sprzeciwu, ciosu

w plecy. Uśmiechnął się prawie wesoło i, widząc wchodzącego do pokoju towarzysza partyjnego, zawołał, ściskając mu rękę:

– Piotr Wielki przerąbał okno od zachodu i wpuścił do stęchłej Rosji powiew świeżego powietrza, teraz my otworzymy do Europy okno od wschodu, a przez nie wyrwie się niszczący huragan, towarzyszu!

Robotnik spojrzał ze zdumieniem na Uljanowa. Ten poklepał go po ramieniu i rzekł z uśmiechem:

– To nic! Odpowiedziałem głośno na własne swe myśli!

Usiedli i zaczęli konferować o drukowaniu nowych ulotek, które miały być rozrzucone po fabrykach w związku z oczekiwanym strajkiem. Znowu zaczęła się potajemna praca agitacyjna.

Policja dowiedziała się wkrótce o powrocie niebezpiecznego rewolucjonisty, umiejącego wywijać się z rąk ścigających go szpiclów.

Uljanow był spokojny, jak zwykle, i z pedantyczną dokładnością wykonywał swoje czynności. Zawsze w wyznaczonym terminie artykuł jego był przygotowany do druku, o określonej godzinie stawiał się na zebrania partyjne, na czas bił ulotki na hektografie i rozdawał je przychodzącym na umówione miejsce kolporterom.

Pracował, jak maszyna, zimna, sprawna, dokładna. Żywił się byle czem, spał zaledwie parę godzin, ustawicznie ukrywając się w różnych, dobrze mu znanych i bezpiecznych miejscach.

Idąc pewnej nocy przez wyspę Bazylijską, spostrzegł człowieka, który go ani na krok nie odstępował.

Uljanow zatrzymał się, udając, że czyta naklejony na ścianie komunikat rządu w sprawie poborowych, i czekał spokojnie.

Idący za nim nieznajomy, mijając go, mruknął:

– Towarzyszu, dzielnica otoczona jest policją. Ratujcie się! Włodzimierz przyjrzał się nieznajomemu. Nigdy go nie widział.

– Może jakiś szpicel? – pomyślał i szedł dalej, baczny i gotów w każdej chwili ukryć się w dziedzińcu pobliskiej kamienicy, wychodzącej na trzy ulice.

Wkrótce przekonał się, że na wszystkich rogach tkwiły tajemnicze postacie cywilów i patrole policji.

– Obława… – domyślił się. – Czekają, aż noc zapadnie.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła godzina siódma. Wszedł do najbliższej bramy i ukrył się w klatce schodowej. Przesiedział, czytając demonstracyjnie arcy-konserwatywnego „Obywatela", aż do 9-ej. Wyjrzał przez bramę. Szpicle i policjanci pozostawali na swoich placówkach.

Uljanow przeszedł na drugą stronę ulicy i zapuścił się do ciemnej czeluści wąskiego zaułka. Ujrzał tu żółtą, odrapaną, brudną kamienicę z palącą się latarnią, na której czerniał napół starty napis: „Przytułek nocny".

Wszedł do sieni i wyciągnął do dozorcy pięć kopiejek, prosząc o miejsce.

Jednooki człowiek, siedzący przy kantorku, oglądał go podejrzliwie. Jasne, biegające niespokojnie oko obmacywało postać klienta.

Nic podejrzanego nie dostrzegł jednak. Zwykły robotnik w wyszarzałem palcie, wykrzywionych butach z cholewami i zatłuszczonej czapce.

– Bezrobotny? – rzucił pytanie. Uljanow w milczeniu skinął głową.

– Paszport! – rzekł dozorca i wyciągnął rękę, okrytą dużemi piegami.

Przeczytał podany mu papier, wystawiony na nazwisko Bazylego Ostapienki, wieśniaka z guberni Charkowskiej, zecera.

Zapisał do księgi, schował pieniądze do pudełka i z brzękiem rzucił na stół mosiężną bla-szankę z numerem.

– Drugie piętro, trzecia izba, – mruknął i, wydobywszy z pod kantorka czajnik, nalał herbaty do zatłuszczonej, dawno niemytej szklanki.