Выбрать главу

Uljanow odnalazł swoje miejsce w ciemnej, zakopconej izbie, pełnej zaduchu, bo obłoki dymu tytoniowego i trzydzieści, cuchnących potem, wódką i brudnem ubraniem postaci leżało na pryczach w pozach nieprzymuszonych i malowniczych. Niektórzy klienci przytułku leżeli zupełnie nadzy z ropiącemi się wrzodami na ciele, z ranami na spracowanych stopach. Wyłapywali na sobie wszy i klęli, złorzecząc wszystkim i bluźniąc ohydnie.

Nikt nie spał jeszcze. Gwar rozmów dolatywał też z innych izb, wychodzących do wąskiego korytarza.

Ujrzawszy nowego klienta, jakiś brodaty, półnagi drab, krzyknął:

– Hrabia raczy kroczyć! Cicho, chamy, stulcie gęby przed wysokorodnym, nieznajomym panem! Cześć panu hrabiemu!

– Cześć wam, generale! – odpowiedział Uljanow, śmiejąc się wesoło.

– Dlaczego myślicie, że jestem generałem? – zapytał zdumiony drab.

– Bo prędko oni tak wszyscy wyglądać będą. Myślałem, że już się zaczęło od was! – odpowiedział, zdejmując palto.

Wszyscy śmiać się zaczęli.

– To myślisz, że tak będzie? – zadał pytanie stary żebrak, owinięty w łachmany.

– Powiedz…! – podtrzymali go inni.

– Jakżesz może być inaczej?! – odparł. – Czyż myślicie, że na wieki starczy nam cierpliwości, aby przymierać z głodu i tułać się po tych brudnych legowiskach? Nie, braciszkowie! Dość tego! Tylko patrzeć, jak zapędzimy generałów, hrabiów i wszelkich panów do tych dziur, a sami będziemy mieszkali w ich pałacach.

– A to ci chwacki pasażer! – zachwycali się sąsiedzi. – Gada jak z książki, a co słowo, to szczere złoto! Czas już brać się do roboty i skończyć z temi psami! Za długo piją naszą krew!

– Cierpieć i milczeć potrzeba! – odezwał się nagle cichy głos z pryczy, tonącej w mroku. – Cierpieć i milczeć, aby być godnymi Chrystusa-Zbawiciela umęczonego…

To powiedziawszy, jakiś niemłody, ponury chłop zaczął hałaśliwie drapać sobie pierś, oglądać wyczochrane robactwo i dusić je na krzywym, grubym, jak kopyto, paznogciu. Uljanow zaśmiał się szyderczo i spytał:

– Wesz?

– Wesz! To – już piąta; cała prycza zarażona – odmruknął.

– Cierpieć i milczeć potrzeba! – naśladując go, rzekł Włodzimierz. – Nie możesz wytrzymać dźgnięcia wszy, a prawisz o cierpliwości, bracie miły! Albo nas chcesz oszukać, albo siebie samego, chrześcijaninie!

Słuchacze ryknęli śmiechem. „Chrześcijanin" nie odzywał się więcej.

– Ech! – zawołał nagi drab. – Gdyby tak mnie na sędziego powołali, jabym tam długo nie gadał! Nożem po gardle i – do rowu. Tyle tej nienawiści we mnie się zebrało niczem wszy i pluskiew w pryczach. Ech!

– Może doczekacie się, towarzyszu! – pocieszył go Włodzimierz.

– Oj! Chociażby jeden, jedyny taki dzionek przeżyć, to później już umrzeć nie żal! Za całą krzywdę, za nędzę!

– Może doczekacie się! – powtórzył Uljanow, kładąc się i otulając paltem. Nic nie mówił więcej.

Spędzający w przytułku noc biedacy cichemi głosami opowiadali o swoich cierpieniach, nędzy i klęskach życiowych.

Jeden po drugim milkli i zasypiali.

Uljanow nie mógł zasnąć. Oczekiwał rewizji policyjnej i nadsłuchiwał czujnie. Gdzieś niedaleko zegar wydzwonił północ.

W przytułku panowała cisza. Ludzie, zgnieceni kołem życia, spełzający się tu zewsząd, niby pokaleczone robactwo, zapadali w ciężki, niespokojny sen. Nagle Uljanow usłyszał wyraźny szmer i cichy szept:

– Wańka, chodź! Już można…

Dwóch ludzi wyślizgnęło się z półciemnej izby, oświetlonej wysoko pod sufitem zawieszoną lampką naftową, straszliwie kopcącą, i zniknęło w mroku korytarza.

Wkrótce rozległy się ostrożne, skradające się kroki i do izby ze śpiącemi postaciami miotających się i pomrukujących we śnie nędzarzy weszło dwóch mężczyzn i dwie kobiety.

Po chwili wszyscy leżeli już w szeregu innych na brudnej pryczy, szepcąc niewyraźnie, jakgdyby ćwierkające gdzieś za piecem świerszcze.

W chwilę później doszły odgłosy pocałunków…

Z korytarza rozległy się nagle ciężkie kroki kilkunastu ludzi i głośne okrzyki:

– Rewizja we wszystkich naraz izbach! Spieszyć się!

Na progu wyrosły postacie barczystych policjantów i dozorców z latarkami.

Weszli do izby, pobudzili uśpionych ludzi, zrywali okrywające ich łachmany, przeszukiwali ubranie i oglądali paszporty, świecąc w oczy, zmrużone od światła i przerażenia.

Uljanow, nie podnosząc się z pryczy i jęcząc, wyciągnął swój paszport. Policjant obejrzał go, odnotował nazwisko w książce i zwrócił dokument. Rewizja szła dalej wśród westchnień, wystraszonych głosów nocnych mieszkańców przytułku, pogróżek policjantów, pogardliwych wyzwisk.

Jeden z dozorców wydał nagle przeraźliwy krzyk:

– Ach, nierządnico, rozpustna wiedźmo, djablico! W przytułku taka ohyda?!

Włodzimierz ostrożnie podniósł głowę. Ujrzał stojącą w świetle latarek niemłodą już kobietę o twarzy zniszczonej, pijackiej. Rozwirzchone włosy spadały na chude, obnażone ramiona i wynędzniałą pierś. Stała, szeroko otwierając wydęte wargi i szczerząc zgniłe, połamane zęby.

Patrzyła wzrokiem szyderczym, złym, twardym.

– Precz stąd, do kobiecej izby! – krzyczał dozorca, tupiąc nogami i błyskając jednem okiem. – Taka parszywa owca całe stado psuje!

Kobieta śmiała się bezczelnie.

– E-e! macie tu, jak widzę, nie jedną parszywą owcę! – zaśmiał się policjant i zwlókł z pryczy drobną, może piętnastoletnią dziewczynę, o dziecinnej jeszcze twarzyczce. Zupełnie nagie, szczupłe, wiotkie ciało wiło się, jak wąż, w rękach tęgiego mężczyzny.

Uljanow z ciekawością przyglądał się całemu zajściu.

Dozorca okładał pięściami olbrzymiego draba, obok którego znaleziono dziewczynę i krzyczał:

– Zabieraj swoje szmaty i precz z przytułku, natychmiast, bo każę wyrzucić ciebie na zbity łeb!

– Zaco? – pozornie zdumionym głosem pytał drab, niby nic nie rozumiejąc. – Gdyby wypadła mi z kieszeni kopiejka, dozorca nie gniewałby się na mnie, a trzeba było na nieszczęście wypaść dziewczynie – zaraz gwałt! Dziwny charakter ma pan dozorca!

Dziewczyna tymczasem, bluzgając, niby błotem, wstrętnemi słowami, wyrywała się i szukała wśród porozrzucanych łachmanów koszuli swojej i spódnicy, patrząc dokoła wściekłe-mi, groźnemi i bezwstydnemi oczami. Były to oczy dziecka. Ich wyraz budził jednak trwogę. Zdawało się, że żmija jadowita wbija nieruchome, mściwe, nie migające i nie znające strachu źrenice.

Dziewczyna znalazła wreszcie swoje brudne szmaty, szybko się ubrała i stanęła, podparłszy się pięściami w boki.

Głos jej, niby stłuczone szkło, dzwonił ostro i przenikliwie. Krzyczała, odchodząc od zmysłów:

– Psy nieczyste, katy, padło cuchnące! Zagnaliście mnie do ciemnej jamy i nie pozwalacie bronić się, jak mogę, przed śmiercią głodową! Żeby was stryczek nie minął! Oby was zła choroba spotkała! Oj, biada wam! Przyjdzie na was czas, gdy za wszystko przed ludem odpowiecie! Wtedy ja stanę przed nim i powiem to, co wiem o was, psy, zbóje, oprawcy, mę-czyciele! Tfu! Tfu!

Pluta na policjantów, dozorców i rzucała coraz straszliwsze i ohydniejsze słowa. Wypchnięto ją z izby.

Rewizja przeszła pomyślnie. Wszyscy mieli dokumenty w porządku. Jeden tylko „chrześcijanin" wzbudził podejrzenie jakąś niedokładnością w paszporcie. Zabrano go do policji. Włodzimierz uśmiechnął się złośliwie i pomyślał:

– Dobrze mu tak! Niech teraz cierpi i milczy… Prorok, psia krew, rabia dusza zgniła! Reszta nocy minęła w spokoju.

O świcie dozorcy przynieśli kubki, duży czajnik z herbatą i chleb. Po posiłku wypędzono nocujących z przytułku. Uljanow wyszedł, kryjąc się w ich tłumie. Szedł, myśląc o dziewczynie-dziecku, mającej groźne oczy żmii.

– Chciałbym ją spotkać! Dałbym jej ulotki do rozrzucenia, bo taka już niczego się nie ulęknie. Niema nic do stracenia…

Jednak nie spotkał jej. Przez labirynt mało uczęszczanych uliczek i wąskich zaułków dążył w stronę Newskiej rogatki. Miał tam przyjaciół. Powiedziano mu jednak, że nie może tu pozostać, gdyż mieszkania poddano pod dozór policji. Wskazano zato szkołę, gdzie w charakterze robotnika, pobielającego sufity i ściany, mógłby zmylić szpiclów.