Выбрать главу

Przyszedł do przekonania, że nie może pozostać w Rosji – rabiej, ciemnej, carskiej, nieruchomej, jak gnijący, zarośnięty rzęsą, wodorostami i sitowiem staw.

Pragnął wolności, świeżego powietrza, swobody ruchu, głębokiego oddechu i czynu, ni-czem nieskrępowanego.

Wiedział, że po wysłaniu go na Syberję i po aresztowaniu uczniów, wychowanych przez niego, partja szybko staczała się ku upadkowi. Nic się w niej nie działo; z trudem zaledwie

podtrzymywano łączność pomiędzy pozostałymi członkami. Drobna, żmudna praca nad uświadomieniem dawała błahe wyniki. On czuł się powołanym do wielkiego dzieła.

– Kruszę skały, posługując się młotkiem do użytku domowego – myślał z goryczą, – tymczasem potrzebuję młota – ciężkiego, mocnego i miażdżącego. Mógłby to być duży dziennik rosyjski, wydawany zagranicą i rozpowszechniany regularnie przez niewidzialne kanały po Rosji. Wiem, że będzie on młotem burzącym i tworzącym, czuję się na siłach ująć go i zadać im ciosy nieomylne!

Od tej chwili ciężyło mu wygnanie.

Przestał spać, jeść, chodził milczący i niespokojny, trawiony gorączką pracy i żądzą wykonania obmyślonego planu.

Z takim to utajnionym zamiarem, po skończonym terminie przymusowego pobytu na Sy-berji, powrócił do Petersburga, pozostawiwszy żonę w Ufie.

Rozejrzał się po stolicy, zbadał dokładnie stan partji i nastrój w kołach rewolucyjnych, naradzał się z wybitnymi przywódcami ruchu socjalistycznego, a zrozumiawszy wszystko, napisał do żony krótki list:

– Wszystko, o czem myślałem, patrząc na stepy minusińskie i potężny prąd Jeniseju, ziściło się lub ma się wkrótce ziścić. Wyjeżdżam zagranicę. Czekaj listu, po którym natychmiast przyjeżdżaj.

Uljanow już widział przed sobą wymarzony młot, a był on podobny do młota Tora, wykuwającego ostre groty, tarcze, pancerze i miecze, rozbijającego nim góry i głowy wrogów, wrzucanych do mrocznej Walhali, skąd niema powrotu po wieki wieków.

Młot ten kruszył i rozwalał piętrzące się skały przeciwieństw, lecz budować nie mógł, będąc narzędziem zniszczenia.

– Najpierw zburzyć stare, obalić, wytępić do szczętu, a później tworzyć nowe! – myślał Uljanow, zaciskając zęby i mrużąc skośne oczy.

ROZDZIAŁ X.

W małej piwiarni, jakich setki spotkać można na przedmieściach Monachjum, przy stoliku koło okna siedziała skromnie ubrana kobieta o poważne, skupionej twarzy.

Przed nią stał kufel piwa. Nie tknęła go jednak. Niecierpliwie spoglądała na zegarek. Widocznie czekała na kogoś.

Zegar nad ladą wybił godzinę 11-tą.

W tej chwili drzwi się otwarły i do półciemnego lokalu wszedł mały, barczysty mężczyzna w szarem palcie i wygniecionym, miękkim kapeluszu. Obejrzał się uważnie. O tej godzinie w piwiarni, gdzie się zwykle gromadzili robotnicy, nikogo nie było.

Wchodzący gość zwrócił skośne oczy w stronę samotnej postaci kobiety w czarnym płaszczu i podszedł do stolika.

– Bachariow? – mruknął. Twierdząco skinęła głową.

Mężczyzna usiadł i pytająco oglądał nieznajomą. Do stolika zbliżył się właściciel piwiarni.

– Jasne? Ciemne? – zadał zwykłe pytanie.

– Proszę o szklankę kawy – odpowiedział gość. Niemiec poszedł do kuchni, pykając fajką.

– Doktór Jordanow? – zapytała kobieta.

– Jordanow…

– Pan wydaje ten dziennik „Iskry" wzywający do walki o sprawiedliwość? Chwilę się wahał, lecz pochylił głowę i szepnął:

– Przypuśćmy, że tak, ale o co chodzi? Natychmiast odpowiedziała:

– Chcę dać znaczną sumę na wydawnictwo. Wiem, że redakcja ma ciągłe kłopoty finansowe, zwykłe zresztą, dla nielegalnych gazet zagranicą, więc…

Umilkła, bo zbliżał się kelner, niosąc dużą filiżankę kawy. Gdy odszedł, mówiła dalej:

– Wyjaśnię wszystko! Jestem siostrą Bachariowa, powieszonego za organizację zamachu na Mikołaja II-go… Chce się mścić… Ale nie na carze, bo to do niczego nie prowadzi… Całe zło nietylko jest w carze. Nie ten, to drugi będzie… Cały ustrój winien…

Człowiek o skośnych oczach nieznacznie się uśmiechnął i słuchał:

– W „Iskrze" prowadzi pan walkę z socjal-rewolucjonistami, nazywając ich tchórzami, romantykami, drobnemi burżujami. Tak jest w rzeczywistości! Znam ich dobrze! „Iskra" zbija teorje legalnych socjalistów, nieubłaganie dążących do oportunizmu i podporządkowania się burżuazyjnym ideałom. Tymczasem dziennik pana postokroć ma rację, dowodząc, że nie mamy ani chwili do stracenia w tworzeniu prawdziwej socjalistycznej i rewolucyjnej partji, która w najcięższym nawet okresie powinna rozpocząć walkę przeciwko caryzmowi, burżu-azji i jej pomocnikom z pośród socjal-rewolucjonistów, demokratów i liberałów!

– Hm, hm – mruknął doktór Jordanow. – Pani istotnie uważnie czyta artykuły „Iskry", jednak, nie rozumiem, co to ma wspólnego z zamiarem dokonania zemsty za śmierć terorysty Bachariowa?

– Chcę rozbić, zniweczyć socjal-rewolucjonistów, którzy posyłają na śmierć płomienne głowy, podczas, gdy sami kryją się i nadal oszukują ludzi! – wybuchnęła kobieta.

– Ta-ak? – przeciągnął, uważnie przyglądając się nieznajomej i śledząc wyraz jej twarzy. – Hm… propozycja do omówienia… musimy się naradzić w swojej grupie…

– Martow, Protesow, Zasulicz nie będą chyba czynili sprzeciwu… – zaczęła.

– Pani, jak widzę, jest dobrze obeznana ze składem kierowników, „Iskry"? – spytał z ironją.

– O, tak! – odparła żywo. – Noszę się oddawna z zamiarem porozumienia się z wami…

– Jakież warunki? – przerwał jej pytaniem.

– Narazie mogłabym dysponować sumę 3000 marek… żądam, aby dopuszczono mnie do stałej współpracy… Posiadam dobry styl, jestem wykształconą… ukończyłam wyższe kursy procesora Piotra Lesgafta w Petersburgu.

– Jak nazwisko pani? – spytał spokojnie, ogarniając ją łagodnem spojrzeniem.

– Roszczyna Wiera Iwanowna Roszczyna… mój mąż jest weterynarzem na Kubani… Człowiek o skośnych oczach siedział zamyślony. twarz jego miała rzewny, dobrotliwy

wyraz. Jednak z pod opuszczonych powiek, wzrok jego niepostrzeżenie ślizgał się po twarzy siedzącej przed nim kobiety. Nie uszły jego baczności błyski triumfu w jej bladych oczach i nerwowe ruchy palców.

Podniósł głowę i rzekł cicho:

– Muszę się naradzić z kolegami, Wiero Iwanowna! Jutro dam odpowiedź. Spotkamy się tu o tej samej godzinie przy tym stoliku…

Skinął na kelnera, zapłacił i, ze szczerym uśmiechem na twarzy uścisnąwszy dłoń nowej znajomej, wyszedł.

Długo krążył po mieście, aż wreszcie, obejrzawszy się dokoła, szybko skierował się do dzielnicy Schwabig i zniknął w podwórku starej, dość brudnej kamienicy. Wpadł do małego mieszkania i zawołał do kobiety, krzątającej się w kuchni:

– Moja droga! Rzuć do wszystkich djabłów to pitraszenie i leć natychmiast po Parwusa, Bobrowa i Różę Luxemburg. Powinna być u Parwusa. Niech przychodzą tu, nie zwlekając ani chwilki. Od nich wpadnij do naszego zecera Blumenfelda i zawołaj go tu. Tylko się śpiesz, śpiesz! Periculum in mora!

Mówił wesołym głosem. Był w wybornym humorze.

W godzinę później, wciąż krążąc po pokoju, opowiadał zebranym towarzyszom o schadzce w piwiarni i zakończył słowami:

– Przebiegli są żandarmi – czcigodni Łopuchin, Siemiakin, von Kotten, Klimowicz, Harting, ale i Włodzimierz Uljanow, chociaż znany tu jest jako niewinny bułgarski lekarz Jorda-now, ma olej w głowie! Cha-cha-cha! Chcą oni wślizgnąć się do naszej organizacji, okupiwszy się 3000 marek. Świetnie! Ja pieniądze wezmę, bo wtedy rozdmuchamy nieco naszą

„Iskrę". Niełatwo podsycać ją temi groszami, które zbierają ubodzy towarzysze i posyłają nam przez Babuszkina, Lepeszyńskiego, Skubika i Goldmana… 3000 marek – to ogromna suma! Wezmę ją, a żandarmów w pole wyprowadzę! Ho, ho, wyprowadzę! Śmiał się na głos i zacierał ręce.

Jednak towarzysze zaprotestowali. Milczała tylko, jak zwykle, Nadzieja Konstantynówna, wpatrzona w męża, jak w tęczę.