Te słowa śmiałe, nadzieją opromienione, świeciły, jak dalekie błyskawice. Dla jednym były one ostatniemi pomrukami odlatującej burzy, dla drugich – fałszywemi ogniami, puszczane-mi dla postrachu, dla innych, a tych coraz mniej pozostawało w Rosji, brzmiały one – niby rzewne słowa Ewangelji, którą kiedyś w mrocznej epoce prześladowania chrześcijan głosili z ukrycia apostołowie i ich uczniowie, podtrzymując i pokrzepiając wiarę ściganych, umęczonych, trwogą ogarniętych, niepewnych ani dnia ani godziny wyznawców drogiej i jedynej dla nich prawdy.
Tymczasem rozproszona i prawie zgaszona partja nie mogła zaopatrywać swojego proroka i wodza w środki pieniężne.
Drobne sumy, przysyłane z Rosji, nie starczyłyby na utrzymanie Lenina, Krupskiej, Zinow-jewa i Kamieniewa, a tymczasem większą część zapomóg oddawano na drukowanie gazety „Socjal-Demokrata", gdzie rzucano hasła nadziei i nawoływano do czujności, aby nie zmarnować chwili, nadającej się do podniesienia czerwonego sztandaru.
Były to lata głodu i nędzy ostatecznej.
Lenin, żywiąc się czarną kawą i suchym chlebem, dnie całe spędzał w Narodowej Bibliotece i opracowywał szereg książek, które miały się stać później biblją nowej sekty rewolucyjnego proletarjatu.
Nie zwracał już żadnej uwagi na napaści socjalistów z innych obozów, na ich drwiny i oszczerstwa, – pracował, nie upadając na duchu, niezłomnie wierząc w dążący świt nowej rewolucji.
– Skąd macie tę wiarę i pewność, że przyjdą inne czasy, kiedy pracujące warstwy będą mogły dążyć do swego celu? – pytał go nieraz Kamieniew.
Takie same pytanie czytał Lenin w oczach Krupskiej i Zinowjewa. Podnosił głowę, nadsłuchiwał, baczny i drapieżny.
Zdawało się, że to dziki zwierz wietrzy i czyha, czując zbliżającą się zdobycz. Mrużył skośne oczy, zacierał ręce i szeptał przenikliwie:
– Wielka wojna jest nieunikniona… Wyczuwam ją każdym fibrem duszy. Słyszę jej ciężki chód, a z dniem każdym rozlegają się głośniej, bliżej jej twarde kroki. Nadchodzi nasz czas! Godzina ostatecznej walki i zwycięstwa!
Więcej nic nie mówił. Chory, blady, głodny, w podartem ubraniu biegł do bibljoteki, czytał, pisał, jakgdyby się obawiał, że nie zdąży na czas zakończyć pracy, gdyż lada chwila ubogi emigrant – skrzętnie zbierał, systematyzował i ożywiał hasła, układał „świętą księgę" nowej wiary, broń bitewną i narzędzia zniszczenia wrogiej twierdzy.
Po ciężkich latach ucisku, sumienie uciemiężonego narodu rosyjskiego budzić się zaczęło. Na dalekiej Lenie syberyjskiej wyzysk i znęcanie się kapitału doprowadziło do powstania robotników w kopalniach złota.
Echa strzałów żandarmskich do bezbronnych ludzi poniosło ponurą, drażniącą wieść ponad bezkresne równiny Rosji.
Odpowiedziało im wrzenie w środowiskach fabrycznych, w kołach inteligencji, w Dumie państwowej, w prasie rosyjskiej i zagranicznej.
Rząd uląkł się i natychmiast rewolucyjne żywioły zajęły nowe placówki. W Petersburgu i Moskwie zjawiły się legalne, chociaż skrajne pisma „Gwiazda", „Prawda" i „Myśl".
Lenin rzucił całą powódź swoich artykułów.
Podnosił w towarzyszach partyjnych gasnącą wiarę w możliwość rewolucji socjalnej, zohydzał parlamentaryzm, przytaczał nowe oskarżenia, potępiające przeciwników, i twierdził, że zachodzi socjalizm przegnił razem z legalizmem socjal-demokratów.
Ciskał zuchwale w twarz całego świata rękawicę, oświadczając, że tylko rosyjski proletar-jat rewolucyjny posiada siłę do zburzenia starego, przeżytego, tonącego, w marazmie społeczeństwa i do wyprowadzenia ludzkości na drogę prawdziwego postępu, idąc na czele pracujących wszystkich ras i narodów.
W tym okresie ożywiającego się ruchu, partja zażądała od Lenina, aby zamieszkał w pobliżu rosyjskiej granicy. Potrzebowała bowiem ciągle rad jego i kierownictwa.
Natychmiast porzucił Paryż i przeniósł się narazie do Pragi.
Codziennie przybywali tu towarzysze z Petersburga i Moskwy. Stosunki z Rosją nie przerywały się odtąd ani na chwilę. Lenin znowu złączył i powiększył szeregi partji, kierował gazetą „Prawdą", w której umieszczał artykuły, odzywając się na wszystkie echa życia, przygotowywał mowy dla najbardziej śmiałego posła do Dumy, towarzysza Malinowskiego.
Lenin odmłodniał. Niewyczerpany zasób się burzył się w nim i tryskał. Nie spał, nie jadł, naradzając się z gośćmi, pracując przy biurku, rozsyłając listy prywatne, cyrkularze, komunikaty.
Stawał się znowu wodzem.
Towarzysze myśleli, że kieruje życiem partji w przeżywanej dobie. On zaś przygotowywał partję do wielkich czynów, bo czuł i wierzył niezłomnie, że chwila dawno oczekiwana zbliża się szybko i nieubłaganie.
W tym czasie Lenin zwołał zjazd partji w Pradze czeskiej dla omówienia taktyki, uzgodnionej z okolicznościami momentu politycznego.
Przed rozpoczęciem obrad otrzymał list cyfrowy. Odczytał go i uśmiechnął się zagadkowo.
Na zjeździe zbliżył się do niego nieznajomy człowiek i, przyglądając mu się podejrzliwie, rzekł:
– Niezmiernie się cieszę, że was poznaję, towarzyszu! Jestem delegatem od socjalistycznej Lewicy Dumy Państwowej. Wygłaszałem pisane przez was mowy…
– Malinowski? – przerwał mu Lenin.
– Tak! – potwierdził nieznajomy.
– Sądzę, że macie do pomówienia ze mną na osobności… – szepnął Lenin.
– Istotnie… chciałem… – zaczął Malinowski.
– Nie tutaj! – potrząsnął głową Lenin. – Przyjdziecie do mnie dziś wieczorem. Będziemy sami… W cztery oczy łatwiej się mówi. Prawda?
– Rzecz jasna, że łatwiej! – zgodził się. – Przyjdę do was, Włodzimierzu Iljiczu. Około północy zjawił się w pokoju Lenina i niespokojnym wzrokiem szperał po wszystkich kątach.
– Widzę, że macie coś ważnego do powiedzenia! – uśmiechał się Lenin. – Mówcie śmiało – nikt nas nie podsłucha.
Usiedli i pochylili ku sobie głowy, jak dwaj spiskowcy.
– Spotkała mnie pewna przykrość… – zaczął Malinowski niepewnym, drżącym głosem. -Towarzysze twierdzą, że posiadają dowody… dowody…
– Że służycie na dwa fronty: rewolucji i policji! – dokończył za niego Lenin.
– To już wiecie? – spytał, ze zdumieniem i trwogą patrząc w jarzące się źrenice Włodzimierza.
Ten w milczeniu skinął głową i czekał, nie spuszczając wzroku z niespokojnie biegnących oczu gościa.
– Oszczerstwo! Krzywda mi się dzieje, Włodzimierzu Iljiczu! – zawołał i uderzył się w piersi. – Wiecie, że byłem mieńszewikiem, lecz stopniowo, po długich obserwacjach i namyśle, przeszedłem do bolszewików i wykonam wszystkie wasze zlecenia, towarzyszu!
– Dość! – syknął Lenin. – Ani słowa więcej! Wiem wszystko, „towarzyszu Romanie". Wszystko! Od waszej pierwszej zwykłej kradzieży i ostatniej – z włamaniem, za co skazano was na więzienie, – do rozmów tajnych z szefem żandarmów, Kurłowym, i z Bieleckim z departamentu policji!
Malinowski porwał się na równe nogi i sięgnął do kieszeni. Lenin zaśmiał się szyderczo.
– Zostawcie rewolwer w spokoju! Nic wam nie zagraża ze strony naszej partji… tymczasem, – szepnął. – Potrzebni nam jesteście, bo tylko wy jeden… z zezwolenia departamentu policji możecie bezkarnie wygłaszać w Dumie to, co my wam podyktujemy. Dla partji jest obojętnem, kto wypowiada nasze myśli: uczciwy socjalista, czy podły prowokator. Chodzi nam o to, aby Rosja słyszała, co myślimy i do czego dążymy.
Towarzysz Roman milczał, ze zdumieniem i nieufnością patrząc na Lenina, który uśmiechał się do niego uprzejmie i ciągnął dalej:
– Przez cały czas współpracy z nami będziemy bronili was przed wszelkiemi zarzutami. Jeżeli zaczniecie uchylać się od tego…