Выбрать главу

Lenin wciąż się śmiał. Cicho… długo… bez dźwięku i bez wyrazu…

Poeta przetarł oczy i oprzytomniał.

Zajrzał głęboko w mroczne oczy skośne, w szeroką twarz o grubych wargach; rzadki zarost nad grubemi wargami i na brodzie, wzrok zatrzymał na mocnej, okrągłej czaszce łysej, świecącej się w ciemności i wzdrygnął się cały.

– Otom spadł… – szepnęły wydęte, sine wargi Lenina. Poeta milczał.

Spojrzał ku wschodowi. Tam zawisł bezdenny, okiem nie przenikniony mrok. Obrócił twarz na zachód. Za czarną zasłoną gasły resztki zorzy.

Jakgdyby zrywająca się znagła burza przyszła zgroza bezmierna. Poeta rękę podniósł i rzekł głosem, w duszy zrodzonym:

– A jeśli w mroku i zbrodni ziemię tę pogrążysz – zginiesz i przeklinać się będą wnuki wnuków naszych…

Lenin śmiał się, a z grubych warg jego sączył się ostry, przenikliwy syk. Trząsł się cały i oczy skośne mrużył…

Gdzieś daleko – daleko, już za górami przebiegł głuchy pomruk przelewającej się nad światem burzy.

Słaby pomruk… Nawet echo nie odpowiedziało mu.

Nie słyszało odgłosu odlatującej burzy, a, może, nie rozumiało dalekiej groźby?…

ROZDZIAŁ XIV.

Lenin, rozstawszy się z poetą w uzdrowisku górskiem, – Zakopanem, powracał samotny do swojej chaty w wiosce Poroninie.

Przeniósł się tu wraz z Krupską i Zinowjewym z Krakowa, gdzie mieszkał przez pewien czas, chcąc być bliżej granicy rosyjskiej. Codziennie pieszo przychodził ze wsi Poronina na pocztę lub do Zakopanego, gdzie miał kilku przyjaciół – Polaków i Rosjan.

Tu przybywali różnemi drogami, a najczęściej szlakiem przemytników – przez „zieloną granicę", rosyjscy rewolucjoniści z partji bolszewików dla narad ze swoim wodzem. Powracali, niosąc zaszyte w ubraniach, czapkach i butach napisane przez niego artykuły, broszury i ulotki, rozchodzące się po Rosji w tysiącznych odbitkach.

Teraz, po wycieczce w góry, wchłaniając całą piersią ożywcze powietrze, świeże i czyste po burzy, jeszcze przemawiającej zdaleka głuchym pomrukiem, powracał do domu.

Miał przed sobą kilka kilometrów drogi.

Pomyślał, że może wstąpić do znajomego Rosjanina Wigiłowa i pożyczyć od niego roweru, lecz nie uczynił tego. Postukując okutą laską góralską, szedł drogą na Poronin.

Przypomniał sobie natchnione słowa poety polskiego, błogosławiące go na wielkie dzieło wprowadzenia ludzkości na drogę niebywałego w dziejach postępu ducha.

Uśmiechnął się chytrze i mruknął:

– Obietnicą oswobodzenia narodów uciemiężonych wstrząsnę całym światem! Znowu się zaśmiał już głośniej.

Myśl jego biegła dalej. Zdawało się, że czyniła przegląd się, kontrolowała zdobyte placówki, wysunięte naprzód posterunki, badała nieprzyjacielskie twierdze.

Każdy inny wpadłby w rozpacz i zwątpienie. Dokoła bowiem piętrzyły się wrogie, potężne przeszkody.

Wojna europejska, którą od kilku lat przepowiadał, wybuchnęła. Oceniał sytuację z zimną rozwagą. Nie wątpił, że europejskie mocarstwa skupiają, gromadzą cały zasób się wewnętrznych, że postanowiły doprowadzić do końca ostateczny porachunek.

– Będziemy świadkami krwawej rzezi pomiędzy imperjalistycznymi drapieżnikami! -pomyślał i znowu się zaśmiał wymachując laską.

W Rosji wzmagający się patrjotyzm, sztucznie podtrzymywany przez prasę i rząd, zmusił rewolucyjne partje do milczenia, lub do ukrycia się po mysich norach.

Wiedział Lenin, że w kołach socjalistów niemieckich i francuskich uważano go za szaleńca i fanatyka, wierzącego w socjalną rewolucję; mieńszewicy, z Plechanowym, Martowym, Danem, Akselrodem na czele, usiłowali wykopać przepaść pomiędzy swoją partją a bolszewikami, prowadząc zażartą kampanję przeciwko „anarchizmowi" ich wodza; Trockij, Joffe, Urickij pracowali nad pogodzeniem obydwu odłamów socjalizmu; w samym obozie organizacji, stworzonej przez Lenina, panował rozkład i rozbieżność w taktyce: zdolni ludzie, jak Łozowski, Wolski, Łunczarskij i Aleksinskij zwalczali bolszewickie centrum, kierowane przez Lenina, Kamieniewa, Zinowjewa i Krupską. Wszystko jakgdyby przeszło do obozu wrogów.

– Kogóż mam w swoich szeregach? – pytał Lenin. – Trzech wiernych towarzyszy, którzy zresztą mogą ulęknąć się ostatniego, stanowczego słowa w chwili krytycznej? Małe grupki partyjnych robotników, jak wyspy na burzliwem morzu, otoczonych nieprzyjaciółmi. Liebknecht, Róża Luxemburg, może Klasa Zetkin w Niemczech… Tak! Oni nie zdradzą, nie odstąpią od naszych haseł, lecz jak postąpi cała masa, tych kilka miljonów zorganizowanych w II-ej Międzynarodówce robotników, kierowanych przez starych wodzów, jak Kautsky, Bebel, Plechanow, Wanderwelde, Vaillant, Scheidemann, Ladzari? Wyprowadzone na manowce, czy pójdą te rzesze za głosem rewolucyjnego sumienia i zdrowego rozsądku?

Lenin przystanął i zamyślił się na chwilę.

– Nie! – szepnął. – Tam na zachodzie nie znajdę sojuszników… Zaśmiał się i gwizdnął przeciągle.

– Więc cóż? – spytał kogoś, ukrytego w mroku. – Więc cóż? Pochylić głowę pokornie, czekać na lepsze czasy i milczeć?

Śmiech stawał się coraz bardziej syczący, szyderczy.

We wspomnieniach ożyły nagle łańcuchy zielonych i różowych gór, widzianych z podobłocznej przełęczy, gdzie zaprowadził go rozmiłowany w swoich wierchach i „halach" poeta polski, nieugięty i mocny jak skała, zrodzony z niej cały – od stóp do głowy.

Widział Lenin za kamienną przegrodą, za zasłoną z mgieł i krzyżujących się promieni słonecznych całą ziemię.

Ujrzał ją taką, jaką znał od lat głębokiej zadumy, troski ciężkiej, nienawiści palącej.

Była to kraina łez, płaczu i zgrzytu zębów…

Od wieków, wieków niezliczonych, od zamierzchłych czasów potężnych, dumnych cesarzy czterech stron świata, siedzących na tronie Assyru i Babilonu, od tajemniczych królów-kapłanów, synów egipskiego Ra – słońca, od boskich władców Chin i tak bez końca, przez epoki, stulecia, po przez miecze i berła koronowanych drapieżników, mędrców i świętych… Kraina wiecznej, krwawej przemocy garstki możnych, mądrych i zbrojnych nad mrowiskiem nędznych, bezbronnych, bezradnych.

– Cha! cha! cha! – rozległ się głośny, zły śmiech stojącego na drodze człowieka w wysza-rzałem ubraniu i zniszczonem obuwiu.

– Cha!-cha!-cha! – śmiał się Lenin, oczy skośne mrużył, zaciskał szczęki, aż koło małych, przyciśniętych do czaszki uszu zadrgały guzy mięśni. – Cha-cha-cha! To są moje zastępy! Wszyscy ci, którym pozostawiono jedyne prawo – płakać, ryczeć, wyć z rozpaczy, zębami zgrzytać z nienawiści!… Oni pójdą za mną!… Najnieszczęśliwsi, najciemniejsi, najbardziej zdeptani na czele, na pierwszy ogień, a za nimi ci, co już cierpieć i milczeć umieją. Lecz ja wyszarpnę z nich taką nienawiść zimną, że aż zgrzytną zębami i pójdą za mną… pójdą!…

Uśmiechał się cicho, niemal łagodnie, jak zwykle, gdy wiedział, że rozważył wszystko dokładnie i był pewien powodzenia.

Szedł dalej, obojętnym wzrokiem ślizgając się po usianem gwiazdami niebie. Było mu ono obce, nieciekawe dla niego, bo dalekie, nieuchwytne. Oczy wesołe, ostre, przenikliwe wbijał w ziemię, w góry, czarną zębatą ścianą występujące na niebie, w lasy ciemne, w okna chat góralskich, które świeciły się z obydwuch stron drogi. Ziemię wyczuwał całą swoją istotą.

Przenikały go przyziemne drgania, zalatywały od pól, boru i chat ubogich szmery i szepty; rozumiał je i odpowiadał na nie myślami i cichą radością, odczuwaną w sercu.

Dziwne są zrządzenia nieznanego ludziom przedwiecznego wyroku!

Oto w tej chwili, w mroku nocnym, na drodze, piaskiem zasypanej, wpobliżu wiosek, ukrytych w rozłogach górskich, szedł samotny człowiek. Niósł pod kopułą potężnej czaszki myśl, mającą wstrząsnąć światem całym; tu pod namiotem starych wierzb przydrożnych zapalały się ognie w zuchwałych oczach skośnych, widzących wszystko, co żyło, myślało i cierpiało za temi górami i za dalekim horyzontem, a zamierzających żarem swym zapłodnić nienawiść, aby wydała obfity, wiekuisty plon miłości; przez rozklekotany, drewniany mostek, przerzucony nad wartkim potokiem, kroczył człowiek o żółto-bladej twarzy dalekich przodków mongolskich i myślał o zburzeniu wszystkiego, co przez wieki krwawej walki i orlego lotu genju-szu budowały tysiące pokoleń, dążących do szczęścia i kierowanych podświadomem dążeniem do bóstwa.