W nieznanym, drobnym zakątku górskim szedł taki człowiek. W tej samej chwili we wspaniałych pałacach władców, parlamentów, bogaczy, w świątyniach wiary i nauki, w zacisznych pracowniach twórców wojny, wiedzy, pokoju i ładu płynął swojem łożyskiem niczem nie zmącony potok codziennych trosk i zagadnień, jakgdyby wyrytem przed wiekami i na wieki korytem. Nikt nie przeczuwał dążącej katastrofy, spowodowanej słowem, które mogło kiedyś stać się ciałem; nikt nie podejrzewał, że gdzieś w zaciszu Tatr oddychał i myślał człowiek, posiadający moc, żeby się ogłosić drugim Mesjaszem – białym lub czarnym, promiennym lub mrocznym, Chrystusem lub Antychrystem…
Nikt o tem nie wiedział.
Ludzkość, zagnana szybkim pędem życia, szła wydeptaną od wieków ścieżką bezimiennych bohaterów i męczenników, patrząc obojętnie na wiechy zmurszałych, zbutwiałych idej, nie widząc przed sobą innego celu, oprócz ciemnej czeluści grobu.
Dawno wyzbyła się wiary i nadziei, nie marzyła o nowych Mesjaszach i nie słyszała kroków człowieka o skośnych oczach nienawidzących, o zaciętych w uporze wargach, zwartych niezłomnem postanowieniem.
Lenin zbliżał się do Poronina.
Spostrzegł samotną postać, stojącą na drodze. Wyminął ją, przyglądając się bacznie. Ujrzał młodego mężczyznę. Na twarzy pięknej, uduchowionej płonęły w bladem świetle wschodzącego księżyca, oczy natchnione.
– Przepraszam… – doszedł Lenina cichy okrzyk. – Czy mam przyjemność widzieć towarzysza Włodzimierza Iljicza Uljanowa-Lenina?
Włodzimierz przystanął, podejrzliwie patrząc na nieznajomego.
– Jestem Lenin – odparł i przybrał czujną, gotową do obrony postawę.
– Przysłano mnie do was, towarzyszu, – rzekł młodzieniec. – Dziś przybyłem z Rosji… Jestem członkiem centralnego komitetu socjal-rewolucjonistów, Sielaninow, Michał Pawłowicz Sielaninow, partyjne imię „Muromiec". Widzicie, że mam zupełne zaufanie? Prosiłbym o to samo ze strony waszej, towarzyszu!
Lenin oglądał go bacznie, nieufnie i milczał.
Nieznajomy uśmiechał się nieznacznie i szepnął:
– Nie mam przy sobie żadnej broni… Gotów jestem poddać się rewizji osobistej. Przybyłem tu nie dla zamachu terorystycznego na was, lecz dla rozmowy poważnej… ostatecznej…
Lenin potrząsnął głową i spytał:
– Jesteśmy blisko domu… Może zechcecie wstąpić do mnie?
– Wolałbym pomówić z wami tu. W domu nie jesteście sami… – odparł Sielaninow.
– Jak chcecie? – wzruszył ramionami Lenin. – Usiądźmy tedy. Powracam z gór… Znużony jestem…
Usiedli obok siebie na stosie kamieni i milczeli długo. Lenin ze zdziwieniem podniósł oczy na nieznajomego.
– Zaraz… – szepnął Sielaninow, odpowiadając na nieme pytanie. – Chcę jak najwyraźniej sformułować swoje pytania i żądania.
– Żądania? – powtórzył Włodzimierz i zmrużył oczy, Nagle zrozumiał cel przybycia posła. Sielaninow zadał pierwsze pytanie:
– Zamierzacie rozpocząć rewolucję w okresie wojny?
– Tak!
– Zamierzacie oddać władzę polityczną masie robotniczej?
– Tak!
– Zamierzacie postawić proletarjat zdeklasowany na czele ludo rolnego? – dopytywał Sie-laninow.
– Tak! Wiecie o tem, bo pisałem nieraz o naszym programie partyjnym na okres rewolucyjny, – odparł Lenin.
– Wiemy! – potwierdził młodzieniec. – W tej właśnie sprawie partja moja posłała mnie dla porozumienia się z wami, towarzyszu.
– O cóż chodzi?
– Proponujemy współpracę na całej linji rewolucyjnej…
– Na całej? Czy dobrze słyszałem? – wyrwało się Leninowi szydercze pytanie.
– Tak, lecz… do chwili zwycięstwa rewolucji – odpowiedział Sielaninow.
– To zabawne! – zaśmiał się Włodzimierz. – Może będziecie uprzejmi wyjaśnić szczegóły tak niezwykłej propozycji?
– Właśnie w tym celu przybywam – odpowiedział młodzieniec. – Centralny Komitet so-cjal-rewolucjonistów będzie współdziałał z wami do chwili obalenia dynastji, zniesienia mo-narchji i wywłaszczenia ziemi. Będzie dopomagał wam w uregulowaniu życia pracującego proletarjatu, żąda jednak niemieszania się do polityki włościaństwa. Ma on bowiem swoje ideały i tradycje…
– Tradycje drobnych burżujów, stokroć gorszych od wielkich, bo włościanie są ciemni i bierni! – przerwał mu Lenin z pasją.
Sielaninow zajrzał głęboko w jarzące się źrenice Włodzimierza i Powtórzył z siłą:
– Włościaństwo ma swoje ideały i tradycje klasowe! Partja nasza potrafi z tych stu miljo-nów ludzi uczynić najpotężniejszy odłam społeczeństwa, który pokieruje dalszemi losami Rosji.
– Chcecie rewolucji chłopskiej, drobno burżuazyjnej, a my mamy przelewać dla niej naszą krew, żeby wpaść pod nowe jarzmo i, kto wie, czy nie cięższe i nie trudniejsze do zrzucenia?
– Dopomożemy wam do zatwierdzenia sprawiedliwości – zawołał Sielaninow.
– Nie! Sprawiedliwość zapanuje wtedy, gdy my ją ustanowimy, my – pracujący proletar-jat! – wybuchnął Lenin.
– Zginiecie! – szepnął młodzieniec. – Wcześniej czy później żywiołowa siła ludzi ziemi zmiecie was, jak przyniesione z obcego kraju suche liście!
– Bardzo poetyczne porównanie, lecz nie przekonywujące bynajmniej! – zaśmiał się Lenin szyderczo. – Damy sobie radę z owemi stu miljonami ciemnych, chciwych ludzi. Est modus in rebus, towarzyszu!
– Trudne zadanie! – uśmiechnął się Sielaninow. – Nie dokończyliście łacińskiego tekstu, Włodzimierzu Iljiczu, a, może, nie znacie go? Rzymski poeta powiedział dalej: „suni certi denique fines, quod ultra citraque nequit consistere rectum!" Niezłomna prawda całej sprawy tkwi w miłości do ziemi, własnym potem zlanej, towarzyszu! Jej nie oddamy nikomu! Mówię o rosyjskiej ziemi, gdzie od prawieków pokolenia przodków naszych odwalały skiby i cięły brózdy!
Lenin syczącym głosem mówił:
– My te wasze sto miljonów podzielimy na trzy – cztery odłamy i rzucimy je do walki pomiędzy sobą! Wielka to zasada i mądra: „divide et impera!"
– Zginiecie! – powtórzył z naciskiem Sielaninow.
– Doprowadzimy do końca nasz plan! W Rosji uda się socjalna rewolucja.
– Zginiecie! – jak echo, rozległ się szept gorący.
– Zwyciężymy! – odpowiedział syczący głos.
– Nie przyjmiecie więc naszej pomocy i naszych warunków?
– Nie! Postokroć nie! – krzyknął Lenin i laską uderzył w kamień z rozmachem. Pękła i okuty koniec jej zarył się w głęboki piasek i lotny kurz.
– Tak samo się stanie z wami! – zauważył Sielaninow. – Wasza broń rozpryśnie się i ziemia pokryje ją.
– Nie bawcie się w gusła, towarzyszu! – oburzył się Lenin.
– Zapamiętajcie sobie dobrze dzisiejszy wypadek z laską i moje słowa! – rzekł młodzieniec wstając i patrząc na Włodzimierza.
– Nie udawajcie wieszczbiarza lub czarownika! – odpowiedział Lenin zmył głosem i, pochylając głowę, dodał:
– Powiedzcie waszym towarzyszom, że za ich usiłowania odwieść mnie od mego celu partja nasza pośle ich na stryczek, czego i wam, Czernowowi i Sawinkowowi z duszy życzę!
Zawrócił się i poszedł w kierunku domu.
– Zginiecie! – doszedł go zdaleka dźwięczny, natchniony głos. – Zginiecie i wy, i partja wasza!
Lenin szedł do domu i zacierał ręce.
– Wybornie! Boją się mnie i już podsyłając kusicieli – myślał. – Wielkie, prawdziwe powodzenie!
W domu zastał niemal wszystkich towarzyszy i przybyłych z Rosji emisarjuszy. Pokój był cały przesiąknięty dymem. Rozlegały się wzburzone głosy spierających się ludzi. Ujrzawszy wchodzącego, rzucili się do niego obstąpili.