– Nie czytaliście dziś „Vorwaertsa", Iljiczu? Klęska! Niemiecka socjal-demokracja postanowiła uchwalić kredyty na wojnę! W Reichstagu tylko jeden Liebknecht, będzie protestował, ale nikt nie wątpi, że pozostanie samotny! Klęska! Zdrada! Za nic mają niemieccy towarzysze rezolucje Stuttgarcką i jej potwierdzenie na zjeździe w Bazylei!
Lenin skoczył naprzód, roztrącił otaczających go towarzyszy i, porwawszy „Vorwaerst", przeczytał sprawozdanie z posiedzenia niemieckiego parlamentu.
Zbladł strasznie. Tarł spocone czoło i patrzał na zebranych nieprzytomnych wzrokiem.
Wreszcie zacisnął zęby i wykrztusił:
– Tego nie może być! To nacjonaliści wydali sfałszowany numer „Vorwaertsa". Rekiny imperjalizmu zdolne są do wszystkiego!
Omawiali długo niepokojącą wiadomość. Nikt nie myślał tej nocy o śnie. Przed północą dostarczono Leninowi depeszę z Berlina. Telegrafowała Klara Apfelbaum.
Odczytawszy krótkie doniesienie, Lenin, ciężko oddychając, usiadł, jakgdyby siły opuściły go nagle.
Wątpliwości nie było. Parlamentarne trakcje socjalistów niemieckich, francuskich i angielskich były zdecydowane uchwalić kredyty na wojnę. W pokoju zapanowało głuche milczenie. Wszyscy wpatrywali się w twarz Lenina.
Stawała się coraz żółtsza i bardziej ponura. Przenikliwe oczy rozwarły się szeroko, usta zacisnęły się kurczowo, drgały powieki i guzy, wyrastające koło uszu. Z półmroku wyzierała dzika, skamieniała we wściekłości i nienawiści twarz mongolska, a palce, skubiące rzadką brodę, kurczyły się i prostowały, niby szpony drapieżnego ptaka.
Długo nie odzywał się Lenin. Wreszcie wstał i rzucił chrapliwie:
– Druga Międzynarodówka umarła!…
Zdumieli się obecni, słysząc te bluźniercze słowa, wypowiedziane o potężnej organizacji, szeroką siecią ogarniającej stary i nowy świat.
Jeszcze większe zdumienie, a raczej przerażenie wywołało następne powiedzenie wodza i nauczyciela.
– O, karta nasza jeszcze nie bita! Założymy trzecią Międzynarodówkę; ona nie zdradzi proletarjatu; ona nie wbije noża w plecy socjalnej rewolucji! My będziemy jej twórcami! Towarzysze, żegnajcie! Muszę pisać…
Usiadł przy stole i zamyślił się.
Pisał do świtu. Rzucał straszne obelgi i oskarżenia zdrajcom pracujących rzesz; nawoływał robotników wszystkich ludów do protestu przeciwko ugodowcom, sługom kapitału, tchórzom nikczemnym i wymachiwał czerwoną flagą, na której paliły się słowa: „Tworzyć nową międzynarodówkę dla ostatniej, zwycięskiej bitwy uciemiężonych przeciwko ciemiężcom!"
Kilka dni, prawie nie odrywając się od pracy, pisał Lenin, redagując komunistyczny manifest o wojnie, rozsyłając listy na wszystkie strony świata, przekonywując, buntując sumienia, nawołując do walki, poddając anatemie wczoraj jeszcze uwielbianych wodzów, a dziś zdrajców sprawy, wrogów pracujących tłumów.
Pewnego wieczora w małym wiejskim domku, zajmowanym przez Lenina, zjawiła się policja austrjacka i patrol wojskowy.
Ktoś zadenuncjował tajemniczego Rosjanina, oskarżając go o szpiegostwo na rzecz Rosji. Po zrewidowaniu mieszkania, aresztowano go i odstawiono do więzienia w Nowym Sączu.
Lenin nie myślał o grożącem mu niebezpieczeństwie. Inne, ważniejsze myśli pochłaniały go.
Tymczasem z dniem każdym coraz czarniejsze chmury zbierały się nad jego głową.
Austrjackie doraźne sądy wojenne nie zadawały sobie zbytnich kłopotów z osobnikami, podejrzanemi o szpiegostwo. Na początku wojny prawie codziennie rozstrzeliwano zupełnie przypadkowo pojmanych, niewinnych ludzi. To też polscy socjaliści poruszyli wszystkie sprężyny, aby zwolnić Lenina z więzienia.
Przywódca austrjackich socjalistów, Wiktor Adler, powiadomiony przez nich o całej sprawie, miał drugą rozmowę z prezesem rady ministrów, hrabią Sturgkhiem; gorąco z patosem dowodził, że uwięzienie tak znanego wodza wywoła niechybnie oburzenie rosyjskich sfer robotniczych, biernie lub nawet wrogo względem wojny usposobionych, wskazywał na niezliczone korzyści pozostawienia na wolności Lenina, pracującego nad wybuchem rewolucji w Rosji w okresie toczącej się wojny.
Wyjaśnienia Adlera trafiły do przekonania ministra, który po raz pierwszy posłyszał wtedy
0 partji i programie bolszewików, natychmiast informując o wszystkiem swój sztab generalny i rząd niemiecki.
Z Wiednia wysłano rozkaz uwolnienia Włodzimierza Uljanowa-Lenina.
Podczas trwania korespondencji w jego sprawie Lenin przebywał w więzieniu.
Siedział w głębokiej zadumie w celu, gdzie został umieszczony jeszcze jeden więzień.
Był to również Rosjanin, – prosty chłop bez ziemi, ciemny, niepiśmienny. Przybył do Au-strji przed rokiem na roboty polne, gdyż w domu przymierał z głodu. Opowiedział o tem wszystkiem Leninowi i dodał, że został aresztowany kiedy przechodził granicę.
Zapytany przez patrolujących żołnierzy, dokąd idzie, odparł ze szczerością, że jako rezerwista, powraca do ojczyzny, aby stanąć do wojska w dobie wojny.
Podczas rewizji znaleziono u niego list z planami dróg szosowych i wyliczeniem pułków austrjackich, stojących w pobliżu granicy rosyjskiej.
– Kto wam dał ten list? – wykrzyknął Lenin, słuchając opowiadania towarzysza niedoli.
– Rządca posiadłości, w której pracowałem, jako robotnik – odpowiedział. – Dał mi list
1 kazał doręczyć w Moskwie swemu znajomemu. Nie wiedziałem, co w tym liście pisał, a teraz powiadają mi, że byłem szpiegiem.
Skończył i westchnął ciężko.
Lenin więcej nie słuchał chłopa i nie rozmawiał z nim. Myślał nad sprawami, znacznie ważniejszemi od losu ciemnego wieśniaka, nikomu niepotrzebnego.
Układał w myślach plan nieomylnego ataku na drugą Międzynarodówkę.
Gdy wreszcie praca została ukończona w najdrobniejszych szczegółach, zaczął się przysłuchiwać temu, co mówił leżący na pryczy chłop. Biedak, widocznie, czuł nieprzepartą potrzebę wynurzenia się z myśli, trapiących go. Mówił bez przerwy, przeskakując z przedmiotu na przedmiot.
Pewnego ranka przyszedł po niego patrol i odstawił do sądu.
Chłop powrócił dopiero pod wieczór. Był spokojny i dziwnie pogodny. Oczy jarzyły mu się niezwykłym blaskiem, radość biła z rozjaśnionej twarzy.
– No, jak tam sprawa wasza? – spytał go Lenin obojętnie.
– Skończona… – odpowiedział, uśmiechając się łagodnie.
– Widzę, że dobrze poszło? – rzekł Włodzimierz. – Zwolnili was? Chłop chytrze spojrzał na mówiącego i szepnął:
– Wyrok śmierci…
Lenin drgnął i podniósł na niego zdumione oczy. Nie spostrzegł najmniejszego wzruszenia i niepokoju na ogorzałej, głębokiemi, niby brózdy na roli, zmarszczkami pociętej twarzy chłopa.
Stał wyprostowany i palcami rozczesywał rudawą brodę, spadającą mu na pierś. Uśmiechnął się z jakimś dziwnym wyrazem na twarzy i cicho spytał:
– W Boga i Syna Bożego wierzysz?
– Boga nie znam, a Jezusa z Nazarei poważam, bo strachu napędził możnym i nieprawym – odparł Lenin, z wymuszonym śmiechem.
– Boga znać nikt nie może, Jego potrzeba czuć! Głęboko ukrył się On w człowieku, bracie… oj, głęboko! A człowiek, to mocna rzecz, potężna… Przez jego skorupę nawet Bogu nie łatwo się przedostać!
Pomyślał chwilę i dorzucił:
– Dobrze to, że Chrystusa poważasz… pochwalam!…
– Zaco? – spytał Lenin, dziwiąc się sobie, że o obcych mu pojęciach podtrzymuje rozmowę.
– Zato, że czujesz w człowieku najnędzniejszym jaśniejącego Boga!… Syn ubogiej dziewicy, o której sąsiedzi z pewnością sobie powtarzali ohydne, sprośne rzeczy, i nagle – Syn boży! Nikt nie wiedział, dlaczego jest Synem Boga. Sam też objaśnić nie mógł, a wierzył w to, inni też uwierzyli i wierzą wieki całe… Dlatego tak się dzieje, że każdy człowiek jest Synem Bożym, bratem Chrystusowym…
– I Zbawicielem, do którego modły zanoszą ludzie ciemni, ulegając namowom popów! -dodał Lenin ze złym śmiechem.
– Nie, miły człowieku, nie! Zbawiciel był jeden… A wiesz, dlaczego?
– Mówisz, jak bardzo oczytany mnich… – zauważył Włodzimierz.
– Jaki ja oczytany?! – podnosząc chude ramiona, odparł chłop. – Gdy swój zagon straciłem, włóczęgą byłem długie lata, w klasztorach żyłem, pracując na kawałek chleba, z mnichami uczonymi lubiłem rozmawiać…